Bezradność lewicy

Bezradność lewicy

Zupełnie niezrozumiałe jest to, o co się spierają ludzie nazywający się lewicowymi, jeżeli pominąć banalny fakt, że o władzę czy o wpływy. Mimo że do władzy im daleko, a wpływów nie mają.

Pojęcie lewicy stosowane do polskich partii, partyjek i stowarzyszeń nie ma najmniejszego sensu. Istnieją jedynie ludzie, którzy – jak Ryszard Kalisz – uważają, że są lewicowi, ale na jakiej podstawie tak sądzą, bardzo trudno powiedzieć. Chyba że zastosować klucz niegdysiejszej przynależności do PZPR. Nie jest to zły klucz, chociaż istnieją młodzi ludzie lewicy, którzy w PZPR być nie mogli, oraz ugrupowanie Janusza Palikota, które mieni się lewicowym, a nie jest dziedzicem PZPR. Zupełnie niezrozumiałe jest wobec tego, o co się spierają ludzie nazywający się lewicowymi, jeżeli pominąć banalny fakt, że o władzę czy o wpływy. Jednak do władzy im daleko, wpływów zbyt wielkich nie mają, więc tworzą – na i tak poplątanej polskiej scenie politycznej – wyłącznie galimatias.

Poglądy na pokaz

Ponieważ ostatnio Ryszard Kalisz stwierdził, że pracuje nad programem stowarzyszenia, które założy jeszcze w kwietniu, zastanówmy się, co może lub powinno stanowić składniki takiego lewicowego programu i dlaczego w istocie lewica w Polsce (w Europie jest podobnie, ale nie aż tak źle) nie ma żadnego projektu, programu, planu, poza tym, żeby zyskać tyle poparcia, iżby po następnych wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska musiała zawrzeć z nią koalicję. Doprawdy niskie loty. Wprawdzie Ruch Palikota dołącza do tego postulaty antyklerykalne, a inne, skłócone z nim ugrupowania dokładają postulaty feministyczne, ale wszystko to w żadną całość się nie składa i o polskiej lewicy wiemy tylko, że chciałaby być, ale nie – że jest.

O ile akceptuje się zasadnicze ramy obecnego systemu demokracji parlamentarnej poddanej gospodarce wolnorynkowej, to w ogóle obecność lewicy jest problematyczna. Życiem politycznym rządzą koniunktury gospodarcze. I tak – na przykład – idea państwa dobrobytu, które realizowało wiele postulatów lewicowych w latach 50., 60. i 70., nie była wcale lewicowa. Państwo to dysponowało, dzięki fantastycznej koniunkturze gospodarczej, funduszami na realizację typowo lewicowych postulatów, jak świadczenia socjalne, powszechna edukacja czy względna równość obywateli. Skończyły się pieniądze, skończyła się realizacja postulatów lewicowych.

Czy zatem w czasach kryzysu lewica nie ma nic do roboty i jest skazana na takie przedśmiertne drgawki jak w Polsce? Nawet jeżeli dopcha się do odrobiny władzy, to nie jako lewica, lecz jako ugrupowanie w istocie uznające wszystkie istniejące w Polsce nierówności i wszystkie formy niesprawiedliwości. Przecież rzekoma lewica postkomunistyczna rządziła w Polsce już dwa razy od 1989 r. i nic lewicowego nie zdziałała, żadnych lewicowych postulatów nie wprowadziła w życie. Mam silne przekonanie, że ci, którzy obecnie nazywają siebie lewicą, robią to tylko na pokaz i w celu pozyskania ewentualnej klienteli politycznej, która da się co odkrywać Ameryki, lewica powinna zakwestionować cały układ polityczny, jaki funkcjonuje we współczesnych demokracjach. Zauważmy, że nawet kiedy w niektórych krajach Zachodu partie lewicowe obejmują władzę, to niczym się nie różnią od rzekomo prawicowych poprzedników. Chyba że komicznymi i nieodpowiedzialnymi postulatami, jak prezydent Franćois Hollande, którego popularność spada na łeb na szyję.

Lewica zatem musiałaby wyjść z aktualnego układu gospodarczo- -politycznego, co wymaga zarówno niebywałej odwagi, jak i stanowczości i zasadniczych (chociaż nie rewolucyjnych) decyzji. Jednak lewica w Polsce – i w Europie – tak bardzo stała się składnikiem establishmentu, tylu jej członków jest w rozmaitych radach nadzorczych lub w inny sposób bogaci się kosztem społeczeństwa, że o żadnych zasadniczych zmianach nawet nie marzy, ale – co więcej – tylko się ich boi. A oto krótkie wyliczenie lewicowych postulatów, które można by zrealizować bez specjalnego nakładu pieniędzy, bo oczywiście składanie obietnic – jak to robi PiS – w istocie lewicowych, ale nonsensownych z ekonomicznego punktu widzenia jest zajęciem łatwym i przyjemnym, ale bezsensownym.

Po pierwsze, poprawienie całego systemu opieki społecznej i pomocy socjalnej (od ZUS po MOPS-y), tak by ludzie z niej korzystający, a są to przede wszystkim osoby uboższe, dostawali realne pieniądze i by administrowanie pomocą społeczną kosztowało jak najmniej. Po drugie, zmniejszenie poziomu wykluczenia przez nadzór nad prowincjonalnymi szkołami, w których nieźle zarabiający nauczyciele uczą tylko bezmyślności. Po trzecie, zapewnienie komunikacji autobusowej między wsiami a lokalnymi centrami administracji. Po czwarte, sensowne wydawanie pieniędzy na walkę z bezrobociem. Obecnie te środki są wykorzystywane bezproduktywnie. I tak dalej.

Są to postulaty na tyle oczywiste, a zarazem na tyle mało spektakularne, że ludzie rzekomej lewicy nic w tej mierze nie robią, nawet o tym nie myślą. Wynika to z ich zasadniczej postawy – co stanowi bardzo poważny mankament tej grupy – a mianowicie lewica nie interesuje się ludźmi, a jedynie polityką. Polityka w Polsce jest na tak przeraźliwym poziomie, że lewica, która świetnie się do tego poziomu przystosowuje, znakomicie się czuje w roli bezczynnego krytyka władzy.

Nihilizm polityczny

Naturalnie z pewną sympatią oglądamy wywiady z Markiem Borowskim, Aleksandrem Kwaśniewskim, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Januszem Palikotem czy Ryszardem Kaliszem. Jednak, co zdumiewa, dziennikarze prowadzący te rozmowy w ogóle nie interesują się poglądami wyżej wymienionych i innych uważających się za przedstawicieli lewicy. Zajmują ich jedynie personalne rozgrywki lub kolejne idiotyczne badania opinii publicznej, z których dowiadujemy się na przykład, że Ryszard Kalisz wart jest 3 proc., a może 6 proc. I co z tego? Wart dla kogo i po co? Jeszcze bardziej zdumiewa, że wymieniony wyżej poseł, który nie doprowadził do żadnych skutków, nie odniósł żadnych sukcesów, a nawet nie wiadomo, jakie ma konkretne poglądy, cieszy się poparciem znacznej części społeczeństwa. Świadczy to o słuszności powiedzenia, że na bezrybiu i rak ryba albo o takim zmanipulowaniu polityki przez media, że tylko ludzie medialni się liczą. Kalisz występuje bez przerwy i nie pomija żadnej okazji – to źródło jego sukcesu.

Może jedynym sposobem na odróżnienie lewicy jest to, że ludzie lewicy nie są prawicowi? Byłby to nawet sposób prosty, ale w Polsce tak się nie da, bo zostało zatracone pojęcie na temat tego, kto jest prawicowy (poza sferą moralności seksualnej). Może ludzi lewicy da się odróżnić po tym, że nie są liberalni? Niestety, jest to niewykonalne, ponieważ albo są liberalni, albo kiedy mówią – jak Leszek Miller – że nie są, to nie wiadomo, co to znaczy, gdyż pod względem poglądów na gospodarkę są całkowicie liberalni. Pod jakim więc względem nie są?

Cały ten lewicowy galimatias nie byłby wart większej uwagi, gdyby nie to, że w sytuacji polskiej politycznej bryndzy jakaś lewica, jakoś zorganizowana z jakichś ludzi może w końcu z powrotem dojść do – co najmniej częściowej – władzy. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwy dramat. Bo o ile obecny rząd ma spokojny, chociaż zasadniczo nazbyt pasywny program, to przynajmniej wiemy, o co mu chodzi. Natomiast lewicy nie chodzi o nic, więc jeżeli dostanie się do władzy, to dalej nie będzie wiedziała, co należałoby uczynić, ponieważ nie ma żadnych poglądów. Obawiam się, że w Polsce lewica jest po prostu zbiorem ludzi i ugrupowań, zbiorem, który odznacza się zasadniczym nihilizmem politycznym, z wyjątkiem pojedynczych postaci, które z rozbrajającą szczerością wyznają, że są bezradne. Proponuję zakończenie tego marnego przedstawienia i rezygnację starych politycznych spryciarzy z nowych aspiracji. Jak się nie wie, co robić i co powiedzieć, to najlepiej nic nie robić i tyleż mówić. Dość tego marnego kabaretu.

Okładka tygodnika WPROST: 17/2013
Więcej możesz przeczytać w 17/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także