Rząd i 300 funkcjonariuszy

Rząd i 300 funkcjonariuszy

Dotarliśmy do nowych, nieznanych dokumentów związanych ze śmiercią Grzegorza Przemyka.
Zomowcy zatrzymali Grzegorza Przemyka na placu Zamkowym, bo nie miał przy sobie dowodu osobistego, ale wielkie bicie urządzili mu dopiero na komisariacie przy Jezuickiej. Zaczęło się, gdy licealista próbował powstrzymać rękę szeregowca Ireneusza Kościuka, który chciał mu wymierzyć cios pałką. Wtedy jeden z milicjantów złapał Przemyka od tyłu za ręce, a Kościuk bił łokciem w brzuch tak długo, aż chłopak padł na ziemię. Krzyki i jęki sprowadziły do małej celi sierżanta Arkadiusza Denkiewicza: „Bijcie tak, żeby nie było śladów” – poinstruował kolegów. Gdy skatowany maturzysta skręcał się wciąż z bólu, milicjanci wezwali pogotowie. Dwa dni później, 14 maja 1983 r., Grzegorz Przemyk zmarł z powodu pęknięcia jelita, a biegli nie mieli wątpliwości: obrażenia powstały w wyniku silnych ciosów wymierzonych w brzuch.

O śmiertelnym pobiciu syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej staje się głośno w Polsce i na świecie. W związku literatów zbierane są pieniądze na pogrzeb, episkopat domaga się wyjaśnień od MSW, a „Solidarność” planuje akcję informacyjno-ulotkową. W pogrzebie bierze udział 100 tys. osób.

Szef MSW Czesław Kiszczak od samego początku o najdrobniejszych szczegółach informuje od razu premiera Wojciecha Jaruzelskiego i wicepremiera Mieczysława Rakowskiego. Sytuacja jest napięta, bo za kilka dni przyjedzie Jan Paweł II i oczy świata skierują się na Polskę. Partia i rząd zastanawiają się, jak wyciszyć sprawę.

Urban steruje

Jeszcze w maju powstaje pod okiem Kiszczaka grupa operacyjna, która ma tak fałszować śledztwo w sprawie Przemyka, by odsunąć winę od milicjantów. Plan operacyjny przewiduje początkowo wyeliminowanie pełnomocników matki zabitego Barbary Sadowskiej – mecenasów Macieja Bednarkiewicza i Władysława Siły-Nowickiego, a także głównego świadka pobicia – Cezarego Filozofa. Jednocześnie rusza machina propagandowa. Plan działań medialnych zaciemniających sprawę przygotowuje rzecznik rządu Jerzy Urban. „Sprawa Przemyka będzie nam wracać jeszcze długo i jątrzyć” – pisze w liście do Jaruzelskiego. Urban proponuje na razie siać zwątpienie, by społeczeństwo zaczęło się zastanawiać, kto go naprawdę pobił, gdzie go pobito i czy Przemyk mógłby tak długo żyć, gdyby go biło MO.

„Atak na Przemyka byłby teraz fatalnie przyjęty i zaognił sprawę. Na działania zmierzające w tym kierunku, aby nie stał się on na trwałe symbolem i męczennikiem, przyjdzie czas później przy okazji wycieków ze śledztwa” – pisze Urban i proponuje, by sprawę Przemyka przykryć, jeszcze przed przyjazdem papieża, rozmową braci Wałęsów. Nad taśmami kompromitującymi Lecha Wałęsę jako pazernego i cwanego karierowicza od miesięcy pracują eksperci Służby Bezpieczeństwa. Jednak Jaruzelski nie zgadza się na razie na ich odpalenie (zostaną wyemitowane jesienią, gdy Wałęsa stanie się poważnym kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla).

Urban zaleca, by jak najszybciej załagodzić burzę. Doradza, by Kiszczak wystąpił w telewizji i zapowiedział, że ci dwaj z ZOMO i komendant posterunku na Jezuickiej zostają zawieszeni w czynnościach służbowych do wyjaśnienia sprawy „z zaznaczeniem, że to nie przesądza winy i odpowiedzialności i jest posunięciem czasowym”. Byłoby dobrze – radzi Urban – żeby Kiszczak osobiście pojechał do szkoły i spotkał się z radą pedagogiczną i klasą Przemyka. Wizyta ta nie powinna robić wrażenia operacji propagandowej. „Chodzi o to, żeby reakcja na śmierć Przemyka wypaliła się do 12 czerwca. Tak aby w chwili przyjazdu papieża sprawa ta przestała być gorąca” – pisze rzecznik.

Zakłamywanie

Od samego początku śmierć licealisty staje się sprawą najwyższej wagi. Dziesięć dni później zajmuje się nią Biuro Polityczne PZPR, uznając, że okoliczność jest nadzwyczajna. Od tej pory każda najdrobniejsza notka prasowa musi być uzgadniana z SB (choć czasami esbecy sami piszą artykuły i zamieszczają je w „Życiu Warszawy”, „Trybunie Ludu” i „Żołnierzu Wolności”).

Do zakłamywania włączają się wybitni naukowcy. Na zlecenie Kiszczaka prof. Włodzimierz Szewczuk, dyrektor Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, przygotowuje ekspertyzę. Zaleca w niej, by przedstawić środowisko zabitego chłopca, eksponując pijaństwo i narkomanię. A pogłoski o jego pobiciu uznać za próbę kompromitowania MO, podjudzania społeczeństwa przeciw resortowi i władzy. Przy okazji profesor Szewczuk proponuje gamę działań ocieplających wizerunek MO i SB: programy o poszukiwaniach zaginionych dzieci, pomocy w klęskach żywiołowych i akcjach antyspekulacyjnych.

„W dotychczasowych działaniach MO przyjęła błędną taktykę defensywy, tym samym sugerując, iż ma nieczyste sumienie” – pisze do Kiszczaka w czerwcu 1983 r. prof. Józef Borgosz. Z zespołem naukowców rekomenduje ministrowi przerzucenie winy z milicjantów na kolegów Przemyka, matkę lub pogotowie. „To w pełni logiczna hipoteza” – zauważa. Zdaniem naukowców z Wojskowej Akademii Politycznej należy przekonać opinię publiczną, że niewinne baraszkowanie Przemyka z kolegami na placu Zamkowym tuż przed aresztowaniem to nic innego jak pseudotrening karate. „Skoro tak, to odpowiedzialność spoczywa na kimś innym” – uważa prof. Borgosz i proponuje, by przy opisie tego zdarzenia eksponować element siłowy, upadki i przygniecenia oraz okrzyki w stylu karate. Dzięki temu będzie można tłumaczyć, że krzyki Przemyka na komisariacie to nie jęki bólu, ale okrzyki karate. A że zachowywał się dziwnie, to funkcjonariusze wezwali pogotowie. „Działać zdecydowanie, by nie dawać do zrozumienia, że MO poczuwa się do winy” – piszą naukowcy z akademii politycznej i radzą Kiszczakowi: „Można twierdzić, że uszkodzenie ciała nastąpiło w trakcie szamotania się w karetce i w szpitalu czy też u matki w domu (to wszystko są punkty, w które można bić)”.

Wrabianie

Pod koniec czerwca 1983 r. wersja z pogotowiem staje się obowiązująca. Szef MSW Czesław Kiszczak decyduje, że milicjantom nie można postawić zarzutu śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Informuje wtedy Urbana, że świadkowie wskazują na załogę pogotowia – choć tak naprawdę nie ma żadnych świadków. Rzecznik rządu na konferencji prasowej ogłasza, że załoga karetki zachowywała się wobec Przemyka brutalnie i w ten sposób mogła spowodować śmiertelne obrażenia.

Jest początek lipca. Rozpoczyna się wielkie polowanie na kierowcę karetki Michała Wysockiego i pielęgniarza Jacka Szyzdka. Z zachowanych dokumentów SB wynika, że w lipcu Kiszczak domagał się, by jak najszybciej aresztować Michała Wysockiego. Jednocześnie SB wyznaczyła kierowcy rolę napastnika, który będzie oskarżony o pobicie Przemyka. Dlaczego on? Był wysportowany, trenował kulturystykę, boks i karate, więc zdaniem SB łatwo będzie go przedstawić jako człowieka lubiącego przemoc.

Problem w tym, że nie było żadnego pretekstu do aresztowania. Dopiero trwały poszukiwania kogoś, kto obciąży kierowcę. „Świadka” udało się znaleźć dopiero w grudniu. W ramach akcji rozpracowywania Wysockiego SB nakłoniła wtedy Waldemara Piwoskiego, by oskarżył załogę pogotowia o pobicie. To stało się podstawą aresztowania. Od tego momentu rozpoczęła się akcja wrabiania kierowcy w pobicie licealisty zakończona pełnym sukcesem, czyli wyrokiem, który zapadł w lipcu 1984 r.

Z dokumentów SB wynika, że Wysocki nie miał żadnych szans w starciu z resortem Kiszczaka. Prawie 300 milicjantów i esbeków pracowało, by jego wina nie budziła najmniejszych wątpliwości, a decyzje w sprawie kolejnych posunięć przeciwko niemu akceptował szef MSW Kiszczak i premier Jaruzelski.

Dwa dni po skazaniu kierowcy i sanitariusza oraz uniewinnieniu zomowców MSW rozpoczęło akcję propagandową na niespotykaną skalę, włączając w to radio, telewizję i prasę. Na polecenie SB między innymi redaktor Sławomir Orłowski z „Expressu Wieczornego” miał przygotować cykl artykułów obnażających środowisko matki Przemyka – Barbary Sadowskiej, redaktor Janusz Atlas z Interpressu wytknąć niekonsekwencje sądu, a redaktor Jerzy Bielecki z „Trybuny Ludu” spreparować ostry felieton mieszający z błotem opozycję.

Tak uzasadniał wtedy cel tej medialnej akcji płk Romuald Zajkowski: „Powinno powstać przekonanie, że winą za śmierć Przemyka obciążeni są pracownicy pogotowia”.

PS Prokuratorskie śledztwo IPN przeciwko Czesławowi Kiszczakowi i 21 wysokim funkcjonariuszom MSW, którzy utrudniali i fałszowali postępowanie w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka, zostało umorzone z powodu przedawnienia w październiku 2012 r.

30 lat bezkarności

Pierwszy, wyreżyserowany przez MSW proces w sprawie zabójstwa 19-letniego maturzysty zakończył się w lipcu 1984 r. uniewinnieniem dwóch milicjantów Arkadiusza Denkiewicza i Ireneusza Kościuka. Na podstawie wymuszonych w śledztwie nieprawdziwych zeznań na 2 i 2,5 roku więzienia skazano dwóch pracowników pogotowia ratunkowego Jacka Szyzdka i Michała Wysockiego. Wyrok ten został uchylony dopiero po 1989 r. i cała sprawa rozpoczęła się od nowa. Dopiero 1997 r. na dwa lata więzienia został skazany dyżurny z komisariatu na Jezuickiej Arkadiusz Denkiewicz, ale nigdy nie trafił do więzienia, bo od tamtej pory leczy się psychiatrycznie. Drugi z milicjantów Ireneusz Kościuk został skazany na osiem lat więzienia, ale dopiero pięć lat temu. Nie odbył kary, bo sąd apelacyjny uznał, że sprawa jest przedawniona. W 2007 r. pion śledczy IPN rozpoczął własne śledztwo dotyczące utrudniania i fałszowania postępowania w sprawie śmierci Przemyka. Sprawa przeciwko Czesławowi Kiszczakowi i 21 wysokim funkcjonariuszom MSW i MO została pół roku temu umorzona z powodu przedawnienia.

Okładka tygodnika WPROST: 19/2013
Więcej możesz przeczytać w 19/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także