Du, du, du, da, da, da

Du, du, du, da, da, da

Wódz ludu, tropi bogatych w rezydencjach, a sam żyje jak minister. Za jedynego godnego przeciwnika uznaje premiera Donalda Tuska.

Czarny volkswagen passat. Za kierownicą Daniel Jaromir. Kierowca, asystent, doradca. Prawa ręka przewodniczącego „Solidarności”. Razem przemierzają Polskę. Właśnie wracają z posiedzenia Komisji Krajowej związku. Duda ciągle krąży między Śląskiem, gdzie mieszka, Gdańskiem (centrala „S”) i Warszawą.

Obalić rząd. To główne hasło Piotra Dudy w ostatnich miesiącach. – Biedni znajdą bogatych za murami rezydencji – złowieszczo zapowiedział niedawno szef „S” w „Rzeczpospolitej”. Mocne. Jak na wodza związkowego z prawdziwego zdarzenia przystało.

Tyle że sam Duda do tych „najbiedniejszych” nie należy. Związek co miesiąc wypłaca mu pensję w wysokości prawie trzykrotnego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. To ok. 11 tys zł. Do tego samochód z kierowcą do dyspozycji, dwa służbowe mieszkania – w Gdańsku i Warszawie, fundusz reprezentacyjny. Duda jest też przewodniczącym rady nadzorczej spółki Dekom. To firma, której właścicielem jest NSZZ „Solidarność”. Jak przyznaje w rozmowie z „Wprost” – wynagrodzenie z tego tytułu pobiera. Ile? Tego już zdradzić nie chce. Podobnie jak władze spółki. – Dekom sp. z o.o. jest podmiotem prywatnym, a nie spółką Skarbu Państwa i dane dotyczące wynagrodzenia rady nadzorczej, zarządu oraz pracowników są poufne – odpisała nam pracownica biura zarządu. Do tego wynagrodzenie za zasiadanie w Komisji Trójstronnej, które reprezentujący „S” związkowcy otrzymują poza zwrotem kosztów. Jakie? Tego też Duda nie powie.

Garnitur za pięć stówek

Lider „Solidarności” w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy stał się jednym z najważniejszych graczy na scenie politycznej. Po kampanii przeciwko reformie emerytalnej i zablokowaniu Sejmu łańcuchami okrzyknięty został nowym liderem i przyszłością polskiej prawicy. Od tego czasu zaczął wyraźnie zmieniać się jego wizerunek. Przeanalizowały go dla „Wprost” Ewa Rubasińska-Ianiro i Magdalena Makarewicz, stylistki i specjalistki od komunikacji wizerunkiem. Jeszcze kilka lat temu Duda występował w kolorowym swetrze. Dziś dobiera wizerunek do okazji – na wiecach T-shirty i sportowe marynarki albo eleganckie kraciaste koszule. Do telewizji i na spotkania na szczycie – eleganckie garnitury.

– Ma pan stylistę? – pytamy Dudy.

– A skąd, ja bym nawet pięciu groszy za to nie dał. Sam sobie garnitury wybieram. I to na pewno nie Pierre Cardin. A gdzie? Najczęściej – jak przekonuje – sięga po hiszpańską sieciówkę Zara.

– I za pięć stówek mam supergarnitur – podkreśla. Nasi rozmówcy w związku dopowiadają, że najchętniej kupuje je jednak w Hiszpanii. A Rubasińska zauważa, że na jednym ze zdjęć widać Dudę w wydaniu od Rodrigo de la Garza. To meksykański projektant, który szyje w Polsce, na wymiar. Jego garnitury kosztują powyżej 2 tys. zł.

Na wizerunek lidera – podobnie jak w największych partiach politycznych – pracuje cały dwór. Najbliższe otoczenie Dudy to członkowie prezydium Komisji Krajowej – m.in. Jerzy Wielgus, Henryk Nakonieczny, Tadeusz Majchrowicz. Przewodniczący ma też swojego rzecznika. To właśnie w tym gronie rodzą się pomysły na kolejne akcje związku, eventy i kampanie. Duda ma też wąskie grono nieformalnych doradców, głównie przyjaciół ze Śląska – z mediów, polityki i biznesu. Z nimi konsultuje najważniejsze posunięcia. Sam przewodniczący w rozmowie z „Wprost” zaprzecza za to, by korzystał z porad profesjonalnych doradców PR albo marketingu politycznego. Wystąpienia też pisze sam:

– Mówię to, co czuję w sercu. Jestem sobą i chcę być naturalny, ludzie wyczuwają, kto jest hipokrytą. Społeczeństwo ma już dość gadających głów. Rozmawialiśmy z kilkunastoma osobami z tej branży. Nikt z nich rzeczywiście nie współpracował z Dudą, choć wielu jest zgodnych: to jeden z największych talentów politycznych. Bardzo poważny zawodnik. Wie, jak mówić do tłumów.

Autorytet przewodniczącego

Szczyt awantury emerytalnej, kilkanaście miesięcy temu. Duda wysyła list do szefów regionów dotyczący ewentualnego spotkania z premierem. Chce wiedzieć, co myślą – spotykać się z Tuskiem czy nie. Przewodniczący regionu „S” z Rzeszowa Wojciech Buczek (należy do PiS) odpowiada, niespecjalnie przebierając w słowach. Duda na najbliższym spotkaniu Komisji Krajowej publicznie go atakuje. – Że nie w takiej formie e-maila wysłał. Bo to podważa autorytet przewodniczącego – opowiada nam jeden ze związkowców.

Buczek: – Uważałem, że należy się spotykać z premierem na posiedzeniach Komisji Trójstronnej. Piotr zareagował negatywnie, emocje zadziałały. Jednak my rozmawiamy w swoim gronie, a nie przez prasę – ucina. To niejedyny przypadek, który pokazuje, że autorytetu przewodniczącego podważać w „S” nie wolno. Jeden z naszych rozmówców podsumowuje: – Duda traktuje ludzi po wodzowsku.

Kilka tygodni temu, kolejne spotkanie z szefami regionów. Odbywa się chwilę po tym, jak Tusk atakuje Dudę, że choć domaga się dialogu z rządem, sam nie przychodzi na posiedzenia Komisji Trójstronnej. Premier publicznie wytyka szefowi „S”, że na pięć posiedzeń był tylko na jednym. Kolegom ze związku się to nie podoba. Mają do Dudy pretensje. – Premier nie przychodzi, to ja też nie muszę – odparowuje im przewodniczący.

Dla niego sparingpartnerem jest tylko Tusk. Wicepremiera Janusza Piechocińskiego już tak poważnie nie traktuje. Kilka miesięcy temu, spotkanie Komisji Krajowej „S” z Piechocińskim. Lider PSL deklaruje wsparcie związkowych postulatów, obiecuje, że poszuka pieniędzy. Związkowcy nagrywają spotkanie na taśmę. Chwilę później zaczynają krążyć opowieści o „taśmach Piechocińskiego” z obietnicami z księżyca.

Związek jak partia

Pod przewodnictwem Dudy „Solidarność” coraz bardziej przypomina profesjonalną formację polityczną. Kampanie, eventy, happeningi. Ze źródeł zbliżonych do związku usłyszeliśmy, że zorganizowanie jednego dużego eventu w stolicy może kosztować nawet kilka milionów złotych (w tym zwiezienie działaczy autokarami). Przy akcjach protestacyjnych „S” widywane są też wielkie telebimy firmy nagłośnieniowej Trias z Torunia, kojarzonej z ojcem Tadeuszem Rydzykiem (sięgał po nią też w swoich kampaniach PiS).

Lider „S” uważnie śledzi kolejne sondaże CBOS, które pokazują ocenę działań związku. W ostatnim, kwietniowym – wzrosła kilka punktów. Jednak styl działania Dudy zaczyna budzić wątpliwości wewnątrz. Zwłaszcza że przewodniczący ma tam silną opozycję, kojarzoną z byłym szefem „S” Januszem Śniadkiem (dziś posłem PiS). Wśród niektórych związkowców można usłyszeć, że Duda za bardzo gra na siebie i działa „newsami”. – Wydajemy wiele milionów złotych na promocję lidera – przyznaje jeden z działaczy.

O osobistej promocji lidera „S” zrobiło się głośno zwłaszcza przy okazji kongresu Platformy Oburzonych. To inicjatywa Dudy i jego przyjaciela Pawła Kukiza. Jej szczegóły dopracowywali w hotelu Dal (należy do spółki Dekom) przy sutej kolacji. Dzień później Duda zaprezentował się jako lider szerokiej inicjatywy, różnych środowisk. W stylu „prezydenckim” – jak ocenia Rubasińska.

Dudę z postulatami Platformy Oburzonych zaprosił wtedy nawet prezydent Komorowski. Jednak szef „S” zaczął stawiać warunki. – Ta inicjatywa jest projektem Dudy i Kukiza. Do prezydenta w tej sprawie pójdę tylko z Pawłem – podkreśla. Terminu na razie nie ma.

Okiem związkowca i pracodawcy

Duda szykuje się już do kolejnej ofensywy dotyczącej praw pracowniczych i tzw. umów śmieciowych. Tym razem musi bronić też dobrego imienia związku, po tym jak jeden z pracowników uzdrowiska Bałtyk zarzucił samej „S”, że zatrudnia na „śmieciówkach”. – To kłamliwy donos – kwituje Duda.

„Solidarność” tłumaczy, że na zleceniach w Bałtyku pracują tylko studenci i osoby na etatach w innych miejscach. Powołuje się też na kontrolę Państwowej Inspekcji Pracy. Sprawę – jak zapowiada – skieruje do sądu. Za to wezwie do kontroli wszystkich urzędów w całej Polsce, administracji, a także... redakcji mediów. – Będę apelować, żeby sprawdzić, jak posłowie zatrudniają w biurach poselskich, jak zatrudnia premier w kancelarii… – Duda reaguje ostro, bo wie, że taka historia mogłaby się odbić cieniem na związku, który ma na sztandarach walkę o prawa pracownicze.

W ich obronie poleciał nawet do Michela Platiniego, prezydenta UEFA. Przed Euro 2012 Duda wysłał mu list w sprawie źle traktowanych pracowników Biedronki, wtedy sponsora PZPN. Panowie spotkali się w Szwajcarii. A kilka miesięcy później… Duda zasiadł w loży VIP na meczu Czechy – Niemcy w Gdańsku.

O tej historii można usłyszeć w „S” wiele anegdotek. Za to wszyscy nabierają wody w usta, kiedy pytamy o restrukturyzację i rozstania z wieloletnimi pracownikami związku, którzy nabyli uprawnienia emerytalne. Maria Szymańska to legenda „S”– w związkowej centrali przepracowała ponad 20 lat. Kilkanaście miesięcy temu miała usłyszeć propozycję rozstania za porozumieniem stron. – Ją potraktowano elegancko, były kwiaty i huczne pożegnanie. Przewodniczący jednak rozstał się też z innymi emerytami – podkreśla jeden z naszych rozmówców. W sumie z KK miało odejść nawet 20 osób (czyli ok. 1/5 pracowników krajówki). A wszystko to w czasie, kiedy „S” walczyła z reformą emerytalną „67”. Podobne działania restrukturyzacyjne Duda miał przeprowadzać już wcześniej w swoim regionie – jako szef śląskiej „Solidarności”. Teraz wypowiedzenia dostają kolejne osoby, ale nikt nie chce o tym oficjalnie rozmawiać. Dopytywany przez nas szef jednego z regionów w końcu przyznaje: – Piotr jest w trudnej, podwójnej roli – i pracodawcy, i działacza związkowego...

Kolega Grasia

Cel Dudy na dziś to kolejna kadencja w związku. Co dalej? Choć zapewnia, że do polityki się na razie nie wybiera, lider „S” ma dużo większe ambicje. I potrafi czekać. Marian Krzaklewski już w 2002 r. chciał, żeby Duda został przewodniczącym „S”. Wtedy odmówił, tłumacząc, że jeszcze na to za wcześnie. Dojrzał po ośmiu latach. Czy tak samo będzie z polityką? Duda chętnie wypowiada się w mediach na tematy stricte polityczne, z katastrofą smoleńską na czele (uważa, że zamachu nie było). „S” wzięła też udział w marszu „Obudź się, Polsko” w obronie TV Trwam. Relacje Dudy z Tadeuszem Rydzykiem to jednak złożona sprawa. – Dla niego liczą się TVN i Polsat, ale z powodu elektoratu i sympatii związkowców do Rydzyka musi dbać o kontakty z Radiem Maryja – uważa nasz rozmówca.

Ma zresztą dobre relacje z politykami od prawej do lewej. Nie wyłączając partii rządzącej. Lider „S” od lat zna się z Jerzym Buzkiem (obaj ze Śląska) i Krzysztofem Kwiatkowskim, dziś posłem PO. Niewiele osób wie, że przyjaźni się też z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem. Zresztą wyraźnie nie podoba mu się to pytanie: – Znamy się. I tyle.

Czerwony beret

W przeszłości komandos VI Dywizji Powietrznodesantowej Duda rozbrajał bomby. Często opowiada, że stacjonował na wzgórzach Golan. A także – że w stanie wojennym roznosił żałobne wstążeczki po pacyfikacji górników w Wujku. Wtedy podpadł i został wcielony do wojska. – To była zwykła służba zasadnicza. Najpierw Kraków, potem Syria – podkreśla. Sam z siebie nie mówi, że VI Dywizja w Warszawie osłaniała też lotnisko Okęcie i budynek telewizji. Dopiero dopytywany przyznaje: – Tak, byłem w telewizji. Przez dwa tygodnie, w końcówce stanu wojennego.

Zdecydowanie woli rozmawiać o planach strajkowych. Komisja Krajowa właśnie rozpoczęła referendum we wszystkich zakładach. Na tej podstawie zdecyduje, czy będzie strajk generalny. To byłoby jednocześnie „sprawdzam”, czy w ogóle lider „S” ma dziś jeszcze możliwości, żeby zatrzymać kraj.

Uliczny trybun

prof. Paweł Ruszkowski, socjolog UKSW

Piotr Duda ma osobowość charyzmatycznego przywódcy. Ludzie chcą go słuchać i za nim iść. Potrafi przemówić i na ulicy, i w Sejmie. Jednak tego bardzo dużego potencjału Duda nie potrafi jednak wykorzystywać tak, jakby mógł. Przyjął styl dowódcy, wydaje polecenia, ale nie buduje drużyny. Nie ma też zaplecza eksperckiego, co być może wynika z pielęgnowanego przez „S” urazu do doradców. Nie jest w stanie stworzyć własnego pola między Jarosławem Kaczyńskim a ojcem Tadeuszem Rydzykiem. I to oni jak na razie dzielą się między sobą efektami tego, co robi lider „Solidarności”.


Tajemnice związkowych finansów

Poza zdawkowymi informacjami o finansach NSZZ „S” trudno się czegoś dowiedzieć. W KRS w Gdańsku nie ma dokumentów dotyczących bieżącej działalności związku. „Solidarność” jest właścicielem spółki Dekom, która prowadzi hotele, restauracje, uzdrowisko Bałtyk w Kołobrzegu, wynajmuje nieruchomości (łącznie majątek wart ok. 80 mln zł). W 2011 r.

osiągnęła prawie 37 mln zł ze sprzedaży, a 5 mln zł zysku netto. – Ta firma zawsze była finansowym zapleczem związku – można usłyszeć od ludzi związanych kiedyś z „S”. Związek figuruje jako wspólnik jeszcze w kilkunastu przedsiębiorstwach – najczęściej dotyczy to nie Komisji Krajowej, ale komisji zakładowych lub organizacji międzyzwiązkowych.

„S” utrzymuje się przede wszystkim ze składek członkowskich (ok. 700 tys. członków, ale nie wszyscy regularnie płacą składki). Ma siedzibę w centrum Gdańska, gdzie podnajmuje też powierzchnię biurową. Do tego dochodzą inne źródła, jak choćby z projektów unijnych czy ok. 550 tys. zł, które co roku otrzymują wszystkie organizacje biorące udział w pracach Komisji Trójstronnej. ■

Okładka tygodnika WPROST: 20/2013
Więcej możesz przeczytać w 20/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • lekarz Macierewicza IP
    "Treść komentarza została odrzucona - wulgaryzmy"
    :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-)
    • lekarz Macierewicza IP
      :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-)
      PO i Donalt Tusk są szczęściarzami, zazdroszczą im sytuacji nasi sąsiedzi w UE.
      Polska opozycja to populistyczno kwakający PIS, ubogi intelektualnie, bez szansy na koalicję z kimkolwiek .... oraz związki zawodowe mające historyczną nazwę ale liczebnie i kadrowo to tylko dumny "odrzut poprodukcyjny".