Adwokat smoleński

Adwokat smoleński

Gdy posłowi Bartoszowi Kownackiemu uda się zastąpić medialnego mecenasa smoleńskiego Rafała Rogalskiego, droga do kariery stanie przed nim otworem.

Pech mecenasa Bartosza Kownackiego polegał na tym, że choć sprawą Smoleńska zajmuje się od samego początku, to zawsze stał w cieniu bardziej medialnych kolegów. Rzadko się przebijał poza Radio Maryja i „Nasz Dziennik” ojca Rydzyka. Dlatego mainstreamowi jest mało znany. Również dlatego, że nie jest tak wyrazisty jak inni. Nawet na najprostsze pytanie, czy wierzy w zamach, udziela dość mglistej i pokrętnej odpowiedzi: – Jako adwokat nie mam prawa wygłaszać własnych sądów. Muszę być powściągliwy – tłumaczy poseł Kownacki, który po rezygnacji Rafała Rogalskiego ma szansę wyjść z cienia i stać się pierwszym ze smoleńskich adwokatów. Czy wykorzysta swoje pięć minut?

Cudowne dziecko prawicy

Miał 13 lat, gdy zdecydował, że będzie politykiem; 20 – gdy wstąpił do partii Ruchu Odbudowy Polski, 26 – gdy pierwszy raz wystartował w wyborach. Potem poszło już błyskawicznie – Kancelaria Prezydenta, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, członek komisji weryfikującej WSI, asystent w sejmowej komisji naciskowej, a w końcu poseł. Sporo jak na 34 lata. Wszystko rozstrzygnęło się w szóstej klasie przed wakacjami, 4 czerwca 1992 r. Wieczorem w telewizji tuż przed obaleniem rządu premier Jan Olszewski zapytał w telewizorze, czyja będzie Polska. Bartek spojrzał mu przez kineskop prosto w oczy i od tamtej pory wiedział, kim chce być w życiu.

– Pan premier mnie wtedy tak zafascynował, że powiedziałem sobie: chcę być prawnikiem i politykiem tak jak on – wspomina. I jak podrósł, zapisał się do Ruchu Odbudowy Polski Jana Olszewskiego. Bo ROP był patriotyczny i miał szacunek dla tradycji narodowej. AWS natomiast była zgniłym kompromisem, więc gdy w 2000 r. premier Olszewski mu powiedział, że wycofuje się z walki w wyborach prezydenckich na rzecz Mariana Krzaklewskiego, Bartek miał łzy w oczach. – Rezygnował tym samym z budowy silnej pozycji swojej partii, która mogłaby w przyszłości zastąpić AWS – mówi Kownacki.

Olszewski stał się ojcem chrzestnym jego politycznej kariery. Najpierw powierzył mu organizowanie młodzieżówki wokół kanapowego ROP, a pięć lat później, gdy sam trafił do kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego jako doradca, ściągnął lidera młodzieżówki. I to był początek błyskotliwej kariery Bartosza Kownackiego.

Rok później, gdy tylko młody asystent skończył studia prawnicze, Olszewski polecił go koledze z dawnego rządu – Antoniemu Macierewiczowi, który organizował Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Dzięki Macierewiczowi Kownacki dostał pierwszą poważną pracę – dyrektora biura prawnego Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Dla 27-latka był to niebywały, chociaż krótkotrwały awans. Jesienią 2007 r. po klęsce PiS w wyborach Macierewicz stracił stanowisko szefa SKW i zaczęła się czystka. Kownacki złożył rezygnację, gdy się dowiedział, że nowo mianowany szef płk Grzegorz Reszka jedzie już do siedziby przy ulicy Oczki w Warszawie. – Nie chciałem z nimi wchodzić w żadne relacje, by nie wywierali presji na moją lojalność – mówi Kownacki. Jak twierdzi, aktywność w komisji weryfikacyjnej WSI i praca w kontrwywiadzie wojskowym skutecznie mu zablokowały możliwość szybkiego awansu w prokuraturze, a był już przecież po aplikacji prokuratorskiej. – Pocztą pantoflową dostałem wiadomość, że nie będzie mi łatwo – mówi. Z konieczności wpisał się na listę adwokatów.

Kownacki nie da ciała

Do PiS przyprowadził Kownackiego były szef Zarządu Studiów i Analiz SKW Piotr Bączek. Powiedział, że ma zaufanego, młodego i nieuwikłanego prawnika, który może pomóc. W 2009 r. został asystentem posłów PiS w komisji do spraw nacisków.

– Zaangażowany, z otwartą głową, bardzo się wtedy spodobał – wspomina poseł Arkadiusz Mularczyk z Solidarnej Polski, który kilka miesięcy później wsadził go do organizowanego przez siebie zespołu prawników pomagających rodzinom smoleńskim. Kownacki reprezentuje do dziś sześć rodzin, m.in. córkę minister rozwoju Klarę Gęsicką i trzy wdowy: Magdalenę Mertę, Dorotę Skrzypek i Ewę Błasik. Nie był tak przebojowy jak mecenas Rafał Rogalski ani tak kontrowersyjny. Jak twierdzi jeden z posłów PiS, od czasu katastrofy smoleńskiej trwa korespondencyjny pojedynek między dwoma adwokatami, którzy poznali się podczas aplikacji prokuratorskiej. Rogalski znacznie lepiej organizował szum wokół swojej osoby, sugerując raz po raz możliwość zamachu. Kownacki nigdy granicy dobrego smaku nie przekroczył i systematycznie przegrywa wizerunkowy bój o rozgłos.

– Nie ukrywajmy, gdy trafił do zespołu prawników smoleńskich, nie miał żadnego doświadczenia. Robił to, co robiłoby 90 proc. adwokatów na jego miejscu, a Rogalski od samego początku był ideowo zaangażowany w sprawę – mówi jeden z posłów PiS. Szybko się jednak uczył. Ewa Błasik zawdzięcza mu ofensywę w sprawie obrony honoru męża, generała Błasika, którego raport MAK oskarżał, że był pod wpływem alkoholu. A Magdalena Merta rozgłos, jaki zrobił w sprawie zaginionej już w Polsce obrączki męża. Skutecznie w tej sprawie nękał prokuraturę. W 2011 r. liderzy PiS Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro wytoczyli proces reżyserowi Kazimierzowi Kutzowi, który oskarżył ich o zamordowanie niewinnej Barbary Blidy. Tę prestiżową sprawę powierzyli do prowadzenia właśnie młodemu prawnikowi Bartoszowi Kownackiemu. Kilka miesięcy później dostał propozycję startu w wyborach. Miał do wyboru Podkarpacie albo województwo bydgosko-toruńskie. Wybór był prosty – na Podkarpaciu nie miał szans, bo tam nie głosują na spadochroniarzy z Warszawy, a w Bydgoszczy atutem była jego smoleńska rozpoznawalność. Startował z trzeciego miejsca na liście. Murem stanęli za nim Radio Maryja, „Nasz Dziennik” i Zbigniew Ziobro, który pojechał wesprzeć mało znanego kandydata. Mówił na spotkaniach, że gdyby przejeżdżał przez Bydgoszcz w dniu wyborów, na pewno by zagłosował na Bartosza Kownackiego, bo to solidny człowiek. – Mecenas Kownacki nigdy nie dał ciała – mówił Ziobro.

Jednak po kilku miesiącach zmienił zdanie i powtarzał już znajomym, że się zawiódł na mecenasie. W Bydgoszczy faworytką prezesa była Magdalena Żuraw, zwana aniołkiem Kaczyńskiego, a akcja wspierania Kownackiego bardzo ją osłabiała. Ziobro więc stawiał sprawę jasno. Mówił, że za poparcie i pomoc oczekuje tego samego, gdy prezes będzie próbował go usunąć po wyborach z partii. – Po wyborach był roztrzęsiony i przerażony. Przyszedł do nas, gdy go postawiliśmy pod ścianą – mówi jeden z posłów Solidarnej Polski. Jedyną osobą, z którą Kownacki poważnie rozmawiał o odejściu z PiS, był Jan Olszewski. Olszewski mówi, że to wielki błąd.– Dałem słowo Zbyszkowi, że go nie zostawię – zakomunikował.

Być jak Macierewicz

Po odejściu od Kaczyńskiego powiedział Arkadiuszowi Mularczykowi, że chce być w Solidarnej Polsce odpowiednikiem Macierewicza, czyli liderem narracji smoleńskiej. – Był bardzo krytyczny wobec niego, uważał, że Macierewicz wykorzystuje Smoleńsk do własnych gier politycznych – opowiada Mularczyk. On chciał spokojnie merytorycznie wyjaśniać i punktować prokuraturę. Nie miał żadnych szans przebić Macierewicza i stać się telewizyjną gwiazdą. Dziś w Solidarnej Polsce mówią, że nie wytrzymał presji niskich sondaży. Wytykają mu, że jako jedyny poseł odmówił płacenia 400-złotowej składki na klub, tłumacząc, że został po odejściu z PiS odcięty od funduszy na wsparcie prawne. Na pieńku miał też z szefem SP Zbigniewem Ziobrą, którego rok temu namówił do wzięcia udziału w wielkim marszu w obronie Telewizji Trwam. Gdy Ziobro próbował przemówić do tłumu, ludzie z PiS odcięli mu nagłośnienie. Ziobro był wściekły na Kownackiego, że wsadził go na taką minę.

Bartosz Kownacki: – Miałem poczucie, że Zbyszek nie ma do mnie zaufania. Czułem się tam u nich jak piąta kolumna.

W lipcu 2012 r. liderzy Solidarnej Polski dowiedzieli się, że Kownacki organizuje grupę, która będzie negocjowała przejście do PiS. Szlag ich wtedy trafił. – Zawiódł naszą lojalność – mówi dziś Arkadiusz Mularczyk, przewodniczący klubu parlamentarnego Solidarnej Polski. Był pierwszym posłem, który opuścił Solidarną Polskę. Na Nowogrodzkiej przyjął go osobiście prezes Jarosław Kaczyński. – Może pan wracać – powiedział. Bartosz Kownacki: – Przyjął do wiadomości, że popełniłem błąd. Mam nadzieję, że zauważy, jak ciężko teraz pracuję.

W butach Rogalskiego

Bartosz Kownacki siedzi przy stole i wyrzuca z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. Często mówi o swoim politycznym mistrzu Janie Olszewskim, który też kiedyś odszedł od Jarosława Kaczyńskiego, a potem wrócił budować z nim wspólny niepodległościowy obóz. Tak samo jak Kownacki. Na pytanie, czy prezes Kaczyński jest w stanie zapomnieć o tej nielojalności, nikt w PiS nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć. Zresztą 34-letni poseł, którego pozycję określa miejsce w ostatnim rzędzie parlamentu, nie jest kimś, kim by sobie głowę zawracał szef partii. Marek Suski, jeden z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego, mówi, że winy odpuszczono. – Grzechem byłoby, gdyby wciąż tkwił w błędzie, ale skoro wrócił, uderzył się w pierś, to wszystko zostało wybaczone – zapewnia.

Teraz Bartosz Kownacki ma do odegrania ważną rolę. Musi w medialnej przestrzeni zastąpić mecenasa Rafała Rogalskiego, który przez ostatnie trzy lata skupiał na sobie uwagę mediów i umiejętnie podtrzymywał zainteresowanie katastrofą smoleńską. Bo im głośniej jest o Smoleńsku, tym większe szanse wyborcze PiS. Przepis na sukces jest dość prosty. Wystarczy skopiować oryginał. Czyli być ofensywnym, walecznym, przekonującym, nie bać się podrzucać mediom nowych, nawet kontrowersyjnych tropów. Mecenas Rogalski był przecież najczęściej cytowany, gdy mówił o rozpylaniu nad smoleńskim lotniskiem helu i wypuszczaniu sztucznej mgły. Tylko czy poseł Kownacki temu podoła? ■

Okładka tygodnika WPROST: 21/2013
Więcej możesz przeczytać w 21/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0