Ślady Błasika w kokpicie

Ślady Błasika w kokpicie

Dowódca Sił Powietrznych mógł być w kabinie tuż przed katastrofą Tu-154M. Co więcej, jest też możliwe, że gen. Andrzej Błasik miał do tego prawo.

Podtrzymuję, że zdaniem komisji w ostatniej fazie lotu w kabinie znajdował się wyższy oficer w randze generała, co zresztą potwierdził Instytut Ekspertyz Sądowych swoimi analizami – mówił podczas wtorkowej konferencji prasowej Maciej Lasek, szef zespołu mającego popularyzować oficjalne ustalenia w sprawie katastrofy smoleńskiej. To była pierwsza polemika z najważniejszymi tezami zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza. Lasek powoływał się na ekspertyzy krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna, który badał zapis rozmów w kabinie pilotów. W kokpicie padają słowa „generałowie”, mogące potwierdzać obecność Błasika. Ale z analizy Instytutu Sehna wynika więcej. Krakowscy eksperci potwierdzili przecież także, na co mało kto zwraca uwagę, że wysokość 250 m czyta niezidentyfikowany głos „mężczyzny”. Kto zatem spoza załogi (która jest w całości zidentyfikowana po głosach) miał na tyle kompetencji, by odczytywać w ostatniej fazie lotu wysokościomierze?

Sprawa obecności gen. Błasika to jeden z najbardziej spornych i budzących największe emocje elementów katastrofy. W dodatku taki, przy którym podziały nie układają się według schematu zwolennicy katastrofy kontra zwolennicy zamachu. Obecność generała została po raz pierwszy stwierdzona na etapie przesłuchiwania taśm z kokpitu w Moskwie. Do dziś ani członkowie komisji Millera, ani przedstawiciele prokuratury wojskowej nie chcą ujawnić, kto pierwszy tego dokonał. Pod pierwszą wersją stenogramu, przekazaną Polsce przez MAK i udostępnioną 1 czerwca 2010 r. opinii publicznej, podpisani są trzej Polacy: Sławomir Michalak, Waldemar Targalski i ppłk Bartosz Stroiński. Ten ostatni kilka miesięcy temu w rozmowie z „Wprost” twierdził, że jak przyjechał do Moskwy, głos Błasika był już rozpoznany. Jego zdaniem głosu tego nie rozpoznał też Michalak, a Targalski również zaprzeczał, że to on. W tamtej wersji stenogramu gen. Błasik wypowiadał tylko jedno zdanie: „mechanizacja skrzydeł przeznaczona jest…”. Dla MAK było to jednak wystarczającą podstawą, by uznać, że dowódca Sił Powietrznych wywierał presję na załogę. We wrześniu 2011 r. swój zapis, wykonany przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, ujawniła komisja Jerzego Millera (ponad miesiąc od ogłoszenia swojego raportu o przyczynach katastrofy). Było tam więcej kwestii przypisanych gen. Błasikowi. Nie zostało mu co prawda przypisane zdanie o mechanizacji skrzydeł, ale za to dwukrotnie Błasik odczytywał wysokość samolotu w ostatnich sekundach lotu. Po raz pierwszy, gdy niezidentyfikowany głos czyta „trzysta” (zapewne nawigator), Błasik poprawia go na „dwieście pięćdziesiąt metrów”, po czym nawigator powtarza „dwieście pięćdziesiąt”. Po raz drugi Błasik włącza się, jako pierwszy informując, że samolot osiągnął wysokość 100 m, a po nim wysokość tę czyta nawigator. Kilka sekund później Błasik wypowiada słowa: „nic nie widać”, po czym nawigator po raz kolejny czyta wysokość 100 m (po siedmiu sekundach od pierwszego odczytu!). Wtedy dowódca Arkadiusz Protasiuk wydaje komendę: „odchodzimy na drugie”, potwierdzoną przez drugiego pilota.

Niemniej przedstawiciele Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji, firmującego tę ekspertyzę, zaprzeczali w nieoficjalnych rozmowach, że to oni odczytali głos Błasika. W niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Lasek przyznał, że głos generała rozpoznali członkowie komisji, ale odmówił ujawnienia, kto to zrobił, powołując się na prawo lotnicze.

Do gwałtownego zwrotu akcji w sprawie obecności Błasika w kokpicie doszło w styczniu 2012 r., gdy prokuratura wojskowa ujawniła trzecią ekspertyzę fonoskopijną, przygotowaną przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna. W ekspertyzie tej żaden z głosów nie został przypisany gen. Błasikowi. Polemika na wysokości 250 m została przedstawiona inaczej niż w stenogramie komisji Millera. Według Instytutu Sehna po odczytaniu przez nawigatora Artura Ziętka wysokości „trzysta” pojawiło się nieprzypisane nikomu pytanie: „jakie trzysta?”, a następne odczyt: „dwieście pięćdziesiąt metrów”, przypisany drugiemu pilotowi Robertowi Grzywnie. Sekundę potem pojawia się „wypowiedź mężczyzny” (niezidentyfikowanego z nazwiska): „…pięćdziesiąt”, mogące oznaczać tylko potwierdzenie poprawki o 250 m, a także słowa: „weź sobie policz”. Z kolei krytyczną wysokość „sto metrów” jako pierwszy czyta, według ekspertów Instytutu Sehna, także Robert Grzywna. Po nim powtarza nawigator Artur Ziętek.

Gdy pojawiła się ta ekspertyza, komisja Millera została oskarżona o „fałszerstwo” i „szkalowanie dobrego imienia gen. Błasika”. A gdy przedstawiciele komisji tłumaczyli, że obecność dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie ustalono także na podstawie miejsca znalezienia ciała, media ujawniły, że Błasika znaleziono co prawda w tym samym sektorze co jednego z członków załogi, ale w sumie było tam aż 13 ciał.

Jednak Maciej Lasek w kolejnych wywiadach podtrzymywał opinię o obecności Błasika w kokpicie, tłumacząc to „rozpoznaniem kontekstu sytuacyjnego”. W rozmowie z „Wprost” potwierdza naszą hipotezę. – Odczytywanie wysokości przez niezidentyfikowanego mężczyznę może sugerować, że musiał nim być ktoś znający się na lotnictwie. Spośród osób spoza załogi najbardziej znał się na nim pan gen. Błasik – mówi Lasek.

Czy zapis ten będzie jednak wystarczającą podstawą, by uratować komisję Millera przed konsekwencjami prawnymi? Pełnomocnik Ewy Błasik i poseł PiS Bartosz Kownacki zapowiada bowiem złożenie w prokuraturze zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez członków komisji. – Sami przypisali generałowi określone wypowiedzi, mimo że nie dysponowali wystarczającymi ekspertyzami fonoskopijnymi. Moim zdaniem jest to nadużycie uprawnień – tłumaczy „Wprost” Kownacki. Oczywiście w ostatecznym werdykcie mogłaby pomóc jeszcze jedna ekspertyza fonoskopijna. Z informacji „Wprost” wynika, że w Polsce raczej nie będzie już ona przeprowadzana. Jednak własną ekspertyzą dysponuje Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. Jak dotąd nie została ona ujawniona, a może w dużym stopniu różnić się od dotychczasowych. To właśnie w związku z tą ekspertyzą rosyjscy prokuratorzy wzywali do Moskwy niektóre rodziny ofiar, by pomogły rozpoznawać głosy. – Ta ekspertyza może być najpełniejsza, bo Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej miał po prostu najwięcej czasu na odczytanie nagrań – mówi „Wprost” pragnący zachować anonimowość członek komisji Millera. Trudno się jednak spodziewać, by na przykład osoby związane z zespołem parlamentarnym Antoniego Macierewicza uznały ustalenia rosyjskich śledczych za wiarygodne. Nawet więc jeśli ekspertyza ujrzy kiedykolwiek światło dzienne, przekona już tylko przekonanych. – Tak naprawdę najbardziej wiarygodny zapis tego, co działo się w kabinie tupolewa w ostatnich minutach i sekundach lotu, uzyskamy, nakładając na siebie wszystkie odczyty. Każdy jest przecież w szczegółach nieco inny – mówi „Wprost” członek komisji Millera.

Kluczowe wydaje się jednak pytanie, czy na pewno gen. Andrzej Błasik nie miał prawa być w kokpicie. Nie był on co prawda formalnym członkiem załogi, ale niejako sam się nim mianował, meldując prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu gotowość tupolewa do lotu jeszcze na lotnisku w Warszawie. Jest więc prawdopodobne, że zamierzał sobie ten lot wpisać do własnego nalotu, jako lot inspektorski. Warunkiem uznania Błasikowi lotu do Smoleńska jako lotu inspektorskiego, a więc uznania jego obecności w kokpicie za uprawioną, jest jednak znalezienie odpowiedniego rozkazu w tej sprawie. Do tej pory, jak wynika z informacji „Wprost”, nie udało się go znaleźć.

Odczyt Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji, firmowany przez komisję Millera, sugeruje zupełnie inną rolę generała, niż twierdził MAK. Na to dziś też mało kto zwraca uwagę. Generał Błasik nie tylko w żaden sposób nie wywierał presji na lądowanie, ale wręcz sugerował odejście na drugi krąg. Tak przecież można zinterpretować odczytanie przez niego wysokości krytycznej 100 m, a następnie słowa: „nic nie widać”. W wypowiedzi sprzed kilku miesięcy dla „Tygodnika Powszechnego” Lasek dopuścił możliwość, że komisja przyzna się do błędu w sprawie generała, jeśli kolejna ekspertyza fonoskopijna definitywnie wykluczy jego obecność w kokpicie. Jest to jednak mało prawdopodobne. ■

Okładka tygodnika WPROST: 22/2013
Więcej możesz przeczytać w 22/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także