Stosy zapłoną

Stosy zapłoną

Dojście do władzy PiS będzie oznaczać krzywdę dla wielu ludzi – uważa publicysta Waldemar Kuczyński.

Pojawiła się teza, że rządy PiS grożą faszyzmem. Pan też tak uważa?

Nie używałbym tej terminologii. Powinna być zachowana do zjawisk politycznych z lat 30. XX w. Ale to nie znaczy, że nie może być podobieństw z tamtymi czasami.

Na czym polegają te podobieństwa?

PiS to dzisiaj nie tyle partia polityczna, ile ruch. Faszyzmy były ruchami. To jedna cecha wspólna. Miały ideologię, poczucie misji do wykonania i wodza. PiS też to ma.

Jest w tym coś złego, że jest wódz i misja? Jeśli chce się rządzić w państwie, trzeba mieć przywódcę i program…

Ma pan rację – przywódcę i program. Partia demokratyczna ma przywódcę i program. Ale nie ma religii, misji zbawiania i wodza. To różne byty. Z innych światów. Proszę zwrócić uwagę na fundamentalne różnice między charakterem PO i charakterem PiS…

Są różnice? Obie to partie wodzowskie.

Platforma nie jest partią wodzowską. Ma przywódcę, który jest uznawany, ale przecież ma też oponentów. W tej partii jest życie. Natomiast w PiS jest wódz i wydmuszki. Każdy, kto wstępuje do tej partii, deponuje swą osobowość u prezesa, który ją zamyka na klucz. Od tej pory ten człowiek jest wydmuszką wodza i mówi wodzem. W Platformie tego nie ma i nigdy nie było. A statut PiS? To statut partii totalitarnej, w której szef może wszystko. Partia totalitarnie zorganizowana, która dostaje władzę w państwie demokratycznym, zaczyna przekształcać państwo na swój obraz i podobieństwo.

To jest najgroźniejsze w PiS?

Nie, najgroźniejszy jest wódz. To polityk, który ma skłonność do paranoidalnego widzenia otaczającej rzeczywistości. Dla Jarosława Kaczyńskiego świat dzieli się na dwie kategorie: poddanych mu wyznawców i rzeczywistych albo potencjalnych wrogów. Jest to także polityk o wielkiej podejrzliwości i pamiętliwości. Dynamikę świata widzi jako złożoną wyłącznie z gier i wojen. Z tego wynikają jego wizje. Jedną z nich była wiara, że Polska jest w łapach jakiegoś gigantycznego układu polityczno-przestępczego, który musi być wykryty. Wiadomo, czym to się skończyło.

Pana zdaniem to autentyczne poglądy Kaczyńskiego, a nie tylko retoryka mająca mobilizować zwolenników?

Przestrzegam przed traktowaniem poglądów Kaczyńskiego tylko jako instrumentu politycznego. Rozpowszechnienie tego fałszywego przekonania usypia, bo wyrabia w ludziach przekonanie, że jeśli Kaczyński dojdzie do władzy, to znormalnieje i nic strasznego się nie stanie.

Może tak właśnie będzie?

Niech pan popatrzy na lata 2005-2007…

A co takiego się wtedy działo? Ewidentnych naruszeń demokracji nie było.

Jeśli nie było naruszeń demokracji, to proszę mi wyjaśnić kilka zjawisk. Skąd się np. wzięła niezwykła mobilizacja wyborcza w przedterminowych wyborach w 2007 r.?

PiS twierdzi, że spowodowały to niechętne tej ekipie media.

Pan w to wierzy?

Dostrzegam w tym element prawdy, bo rzeczywiście liberalne media nie pałały szczególną sympatią do tamtej ekipy.

A pamięta pan, jak te same media waliły w rząd Leszka Millera?

I też przegrał.

Ale była mobilizacja czy demobilizacja? Była demobilizacja. W 2005 r. w wyborach była bardzo niska frekwencja, w przeciwieństwie do wyborów w 2007 r. To jest fałszywa teza, że mobilizacja wzięła się z agresji mediów. W Millera media waliły dużo bardziej niż w Kaczyńskich. Skutkiem była demobilizacja wyborców, bo ludzie uznali, że politycy są tak źli, że wypada tylko zostać w domu. Natomiast w przypadku PiS mobilizacja nie wzięła się z mediów, tylko z odbioru dwóch lat rządów PiS. Po raz pierwszy od roku 1989 pojawił się strach ludzi przed państwem jako takim. Przed państwem podejrzliwym, tropiącym, prześladującym. Z tego lęku wzięło się też tak długie utrzymywanie się wysokich notowań PO.

Komisje śledcze nie wykryły żadnych przestępstw ekipy PiS…

Przestępstwa wykrywa prokuratura. Jest sporo spraw. Komisje też różne nadużycia pokazały. Mimo że cała formacja polityczna, prokuratorsko-śledczo-sędziowska, która uczestniczyła w praktykach PiS, cała kadrowa struktura IV RP są szczelnie zamknięte, by niczego nie ujawnić.

Janusz Kaczmarek coś tam ujawnił, ale nie przełożyło się to na mocne dowody. Sprawa Barbary Blidy była oczywiście tragiczna, ale można ją potraktować jako wypadek. Nie każdy człowiek, odwiedzany przez ABW, słusznie czy niesłusznie, popełnia samobójstwo.

Nie zgadzam się. Połamano życiorysy sporej liczby ludzi. To zresztą wszystko było do przewidzenia. W lutym 2006 r. opublikowałem w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym przestrzegałem, że tworzone właśnie CBA zajmie się wymyślaniem przestępców, jeśli nie znajdzie prawdziwych. Tak samo dziś można przewidzieć co będzie, jeśli PiS zdobędzie odpowiednio dużą władzę.

Nie sądzi pan jednak, że powstanie CBA miało też pewne pozytywne skutki?

Wyłącznie negatywne.

Doktor Mirosław G. brał łapówki.

Od tego są inne służby.

Dotąd były nieskuteczne.

Nieskuteczne? Polska jest mniej niż średnio skorumpowanym krajem w Europie. Ponadto CBA została powołana do wykrycia czegoś, czego nie było. Skutkiem tego są właśnie trup Barbary Blidy i połamane życiorysy ludzi. Także dr G. Mógł ratować chorych. Te jego łapówki są śmieszne. I cały aparat IV RP przeciw niemu! To świetna ilustracja koszmaru państwa Kaczyńskiego.

A nie dostrzega pan, że samo powstanie CBA mogło trochę przestraszyć tych, którzy mieli korupcyjne zamiary?

Tak jak we Włoszech za Mussoliniego. Każdy zamordyzm zaczyna się od walki z korupcją i na początku ma sukcesy. Potem się bardziej korumpuje. No i prześladuje.

Jarosław Kaczyński to przecież polityk o określonym rodowodzie. Był działaczem opozycji demokratycznej. Naprawdę podniósłby rękę na demokrację?

Rodowód to nie gwarancja. Lata 2005-2007 to było rządzenie państwem, które system demokratyczny krok po kroku dewastowało. Gdyby te rządy trwały dłużej, widzielibyśmy to wyraźniej.

Co konkretnie było przejawem dewastacji demokracji?

Opanowywanie wszystkich sfer wpływu społecznego, mediów publicznych, umieszczanie w Trybunale Konstytucyjnym wyraźnie sprofilowanych ludzi, przygotowywanie ustaw dotyczących sądownictwa, mających ograniczać jego niezależność. Reforma edukacji, która miała przywracać „spójność narodu”, jak się wyrażał Kaczyński. Wyczuwa pan grozę tego określenia?

W 2007 r. Kaczyński sam oddał władzę. Czy zrobiłby to, gdyby miał zapędy dyktatorskie?

Nie mógł nie oddać. Zrobił wszystko, by przejąć Samoobronę bez Leppera i LPR bez Giertycha, ale mu się nie udało. Dlatego musiał pójść na przedterminowe wybory.

Teraz PiS już nie mówi o walce z „układem”.

Teraz zagraża czymś groźniejszym. Bo ta partia jest opętana gorszym majaczeniem niż o „układzie”. To paranoja zamachu smoleńskiego. Religia, w którą Kaczyński wierzy. Jest przekonany, że zamordowano brata, bo przeszkadzał imperium i politykom w Polsce. To jest w dziesiątkach jego wypowiedzi. Na dodatek tę religię zaszczepiono wielkiej części Polaków. Ona jest kamieniem węgielnym PiS. Proszę sobie teraz wyobrazić, że instrumenty władzy państwowej splatają się z tą paranoją.

Co się wtedy stanie?

Będzie wielkie polowanie na niewinnych. Bo zamachu nie było, a będzie musiał być wykryty. Za pomocą ustawodawstwa specjalnego. Oby nie ze „specjalnym traktowaniem” podejrzanych.

Żeby to przeprowadzić, trzeba mieć zdecydowaną większość w Sejmie i swojego prezydenta. A na to się nie zanosi…

Nie twierdzę, że mu to przyjdzie łatwo. Jednak Kaczyński to bardzo zdolny polityk. Powtarzam: będzie wielkie polowanie na niewinnych. Zapowiedziane!

Kiedy?

Proszę bardzo, wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej”: „Tylko specjalne prawo pozwoli na skuteczne i wnikliwe śledztwo. Chcemy specjalnej ustawy, by dać odważnym prokuratorom szansę na śledztwo nieskrępowane politycznym strachem ich przełożonych”. Albo inny fragment: „Zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta RP i innych wybitnych przedstawicieli życia publicznego, to niesłychana zbrodnia. Każdy, kto choćby przez matactwo miał z nią cokolwiek wspólnego, musi ponieść konsekwencje”. Proszę sobie wyobrazić specjalne ustawodawstwo w celu wykrycia zamachu, którego nie było. Ale musi zostać wykryty, bo tego żąda religia smoleńska. Religia smoleńska wymaga stosów, bo inaczej jej pierwszy kapłan okaże się zdrajcą.

Kto jest tym kapłanem?

Oczywiście Jarosław Kaczyński. Nie może zawieść. Proszę nie lekceważyć słów Kaczyńskiego, by „słowa ciałem się nie stały”. Straszne słowa. Mówi się, że mam obsesję na punkcie szefa PiS. Może. Ale wiedziałem, co będzie robiło jego CBA, zanim powstało. Więc radzę nie lekceważyć przestróg „obsesjonata” Kuczyńskiego. ■

Okładka tygodnika WPROST: 23/2013
Więcej możesz przeczytać w 23/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0