Kozetka szarlatana

Kozetka szarlatana

Terapia dla dorosłych dzieci alkoholików to zdaniem dr. Tomasza Witkowskiego psychologiczna prostytucja i hochsztaplerstwo. Pacjenci są jednak innego zdania.

Jakub poszedł na terapię, bo przez picie rozwalało mu się życie i rozpadała rodzina. Maja zaczęła się leczyć na początku studiów. Wtedy uświadomiła sobie, że wszystko, co wiąże się z jej ojcem, kompletnie dewastuje jej emocjonalną równowagę. Była nadreaktywna, chwiejna psychicznie, do tego doszła bulimia. Joannę na terapię skierował internista, do którego trafiła w stanie ogólnego wycieńczenia. Nie przypisywała początkowo winy za nie dzieciństwu. Oskarżała o to stres w pracy. U wszystkich stwierdzono syndrom DDA. Z szacunkowych danych wynika, że DDA i DDD to grupa licząca od 3 do 4 mln osób, czyli około 15 proc. dorosłych Polaków. Tomasz Witkowski, autor „Zakazanej psychologii”, uważa, że takie syndromy w ogóle nie istnieją, lecz zostały wykreowane przez psychologów na potrzeby przede wszystkim prywatnego biznesu. – To nic innego jak zwykła szarlataneria – mówi dr Tomasz Witkowski.

Terapia DDA, podobnie jak w przypadku anonimowych alkoholików, opiera się na przyjęciu zasady 12 kroków. Pierwszy i drugi krok to pogodzenie się z tym, „że jesteśmy bezsilni wobec skutków uzależnienia” i „że przestaliśmy kierować własnym życiem”, oraz wiara, że „siła większa od nas samych może poskładać nas w całość”. Zdaniem Tomasza Stawiszyńskiego, filozofa i autora książki „Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii”, przekonanie, że nie jesteśmy w stanie samodzielnie wyzwolić się z dziedzicznego obciążenia alkoholową traumą, jest niebezpieczne, a syndromy DDA i DDD (dorosłe dzieci dysfunkcjonalne) w ogóle nie mają nic wspólnego z psychologią rozumianą jako nauka. – W badaniach empirycznych nikt się nimi nie posługuje. To raczej ideologia niż psychologia. Rozmaite badania pokazały, że praktycznie każdy, kto wypełni test, cierpi na któryś z tych syndromów lub na oba jednocześnie – mówi Stawiszyński i tłumaczy: – Stwierdzenie, że jest się DDA, daje człowiekowi wygodne wyjaśnienie przyczyn jego niepowodzeń i zahamowań. Ale jednocześnie nakłada nieusuwalne piętno. Zaczynasz chodzić na spotkania, wchodzisz w system grupy terapeutycznej, uzależniasz się od niej i do końca życia jesteś w jej klatce. To taka chytra pułapka psychologiczna: nie ma przyszłości, jest tylko nieustanne przepracowywanie dzieciństwa, na które i tak nie masz wpływu – mówi Stawiszyński.

Od terapii do terapii

Joanna nie miała wprawdzie w domu rodzinnym problemów z alkoholem, a mimo to uważa się za DDA. Takich jak ona jest w Polsce mnóstwo. – Będę bronić terapii DDA, bo sama ją przeszłam i czuję, że mi pomogła. Poleciłam ją wielu znajomym – mówi Joanna, redaktorka ogólnopolskiego dziennika. Ma za sobą dwie terapie. Jedną klasyczną, behawioralną, w grupie, drugą indywidualną. – Za pierwszym razem w ogóle nie wiedziałam, że istnieje syndrom DDA. Myślałam, że moje kłopoty wynikają ze stresu w pracy. Byłam wiecznie zmęczona, cierpiałam na bezsenność. Internista skierował mnie do psychologa – wspomina. Leczenie trwało tylko kilka miesięcy, potem terapeutka powiedziała jej, że czas kończyć. – To było krótko, bo tego typu terapia może trwać nawet dziesięć lat – opowiada Joanna. W tym czasie nauczyła się radzić sobie z problemami, zrozumiała własne zachowania. Jak mówi, duże znaczenie miały powrót do dzieciństwa i uporządkowanie spraw rodziny. Nie upiera się przy tym, by koniecznie klasyfikować jej zaburzenia jako syndrom DDA. Takiej klasyfikacji unikają też mądrzy psychologowie. Joanna miała szczęście do takiego trafić. – Na grupowej terapii były dziewczyny uzależnione od leczenia, które praktycznie biegały z sesji na sesję, od jednego psychologa do drugiego i wszystkie problemy i niepowodzenia zrzucały na karb syndromu. To terapeutka mówiła: „Daj spokój, przestań widzieć w sobie syndrom, te trzy litery. Masz indywidualne kłopoty i to je trzeba rozpatrywać, idź dalej” – opowiada Joanna.

Seans z prostytutką

– Ojciec przeszedł klasyczną grupową terapię AA i twierdzi, że takie leczenie, podobnie jak DDA, potrzebne jest wielu osobom. Nie tylko tym, w których rodzinach był problem alkoholu – mówi Maja. Sama chodziła na terapie blisko sześć lat. Pierwsze trzy regularnie, z sesjami raz w tygodniu, kolejne trzy odwiedzała psychologa, kiedy czuła potrzebę, średnio raz na dwa miesiące.

– Nie bronię samego DDA ani nie upieram się przy wyróżnianiu syndromu. Bardzo potrzebowałam terapii jako takiej – mówi. Dzięki niej nauczyła się nie tylko radzić sobie z emocjami i poczuła, że bardziej panuje nad życiem, nawet w trudnych sytuacjach, ale przede wszystkim odzyskała kontakt z ojcem. – Zniknął, kiedy byłam mała, pojawił się znowu, gdy byłam już praktycznie dorosłą osobą. Z jednej strony czułam ogromną złość na niego, bo nie podobało mi się, kim jest, jaką jest osobą, z drugiej – traktowałam go jak świątynię, bo podświadomie się bałam, że znowu mogę go stracić. Terapia pomogła mi się z tym uporać – opowiada. – Mam koleżankę, która cierpi na depresję, i taką, która przeżyła w dzieciństwie molestowanie. Wszystkie jesteśmy podobne, ale nie wiem, czy to jakiś syndrom. Może ludziom jest po prostu łatwiej, kiedy mogą się jakoś sklasyfikować, kiedy mają się czego chwycić, a to właśnie daje im DDD czy DDA? – zastanawia się Maja.

– Stwarza to jednak ryzyko, że „syndrom” potraktują jako wytłumaczenie, że nie idzie im w życiu, bo są naznaczeni przez przeszłość – dodaje. Według Witkowskiego terapie dla DDA czy DDD, podobnie jak inne ciągnące się przez wiele lat, stwarzają ryzyko, że pacjenci uzależnią się od psychologów. – Ja to nazywam, żartobliwie „psychologiczną prostytucją” mówi. – Pacjent przychodzi, mówi o swoich kłopotach, a psycholog we wszystkim mu przytakuje, bo bierze za to pieniądze. W konsekwencji nie zauważa się, kiedy terapeuta staje się przyjacielem, najlepszym, bo takim, który wszystko zrozumie i da bezwzględną akceptację – twierdzi.

– Dobry kontakt z terapeutą rodzi pokusę, żeby biegać do niego z wszystkim – przyznaje Maja. – Miałam to szczęście, że trafiłam na mądrego. Nigdy nie przekroczył granicy, za którą mogłaby się tworzyć między nami jakakolwiek więź czy relacja pozazawodowa. Dzięki temu nauczyłam się radzić sobie sama – opowiada.

Nie ma powrotu do dzieciństwa

Jakub jest po czterdziestce. Na terapię trafił prawie dziesięć lat temu. Najpierw na dwuletnią AA. Kolejny rok spędził na grupowej dla dorosłych dzieci alkoholików. Uważa, że to właśnie ona pomogła mu stanąć na nogi. – Uświadomiłem sobie, gdzie w rodzinie było moje miejsce, jaki to miało na mnie wpływ – opowiada. Ani Joanna, ani Maja, ani Jakub nie uważają się za ofiary psychologicznego biznesu, machiny, w której płacą, żeby poprawić sobie nastrój i samopoczucie, a psychologowie za pieniądze spełniają ich oczekiwania. Cała trójka nie trafiła do psychologicznych hochsztaplerów. Czy wszyscy z tych paru milionów DDA i DDD w Polsce mieli takie szczęście? Autor „Zakazanej psychologii” uważa, że tylko nieliczni. – Psychologia jest pełna szarlatanerii. DDA czy DDD to wymysły, które napędzają klientów, to łatwy zarobek i biznes – stwierdza ostro. Według niego terapie DDA czy DDD nie mają prawa działać, bo leczą coś, co nie istnieje. Nasi bohaterowie są zgodni. Nieważne, jak nazwiemy to coś, co sprawi, że trafimy na terapię. Ważne, że terapia pomaga. A jeśli ktoś chce całe życie funkcjonować w zaklętym kręgu grupy wsparcia, ma do tego prawo. Tylko dobrze by było, gdyby na terapie do grup DDA chodził ze świadomością, czym one są. I gdyby nie spędzał na analizie nienaprawialnych krzywd z dzieciństwa całego dorosłego życia. ■

Okładka tygodnika WPROST: 23/2013
Więcej możesz przeczytać w 23/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0