Państwo ściśle tajne

Państwo ściśle tajne

Edward Snowden dołącza do ściganych przez rząd USA donosicieli. Ameryka nigdy tak zapalczywie nie walczyła z tymi, którzy wyciągają na światło dzienne jej tajemnice.

Człowiek, który ujawnił, że USA gromadzą dane o rozmowach telefonicznych i internetowej aktywności milionów ludzi na świecie, ma 30 lat. Nie ukończył szkoły średniej. Chciał zostać komandosem, ale w niejasnych okolicznościach wyleciał z armii. Wspierał datkami Rona Paula, republikanina słynącego z bezkompromisowych libertariańskich poglądów. Ma dziewczynę, tancerkę baletową. Do niedawna żyli wygodnie (jak mówi on sam) na Hawajach w niebieskim domku z zadbanym trawnikiem. Edward Snowden zarabiał 200 tys. dolarów rocznie jako informatyk w firmie Booz Allen Hamilton obsługującej NSA – największą agencję szpiegowską na planecie. Wcześniej pracował bezpośrednio dla agencji. Był też zatrudniony w CIA. Miał dostęp do tajnych danych. Jakim cudem koleś bez matury dostaje takie posady?

Komentatorzy znajdują tylko jedno wyjaśnienie: służby wypatrzyły go w sieci. Wiadomo, że wywiad USA ma specjalną komórkę do wyłapywania i werbowania co bardziej utalentowanych hakerów. Bardzo prawdopodobne, że Snowden był jednym z nich.

Jego wygodne życie w niebieskim domku skończyło się pewnego dnia pod koniec maja, kiedy spakował cztery laptopy, walizkę pełną dokumentów i kostkę Rubika, pojechał na lotnisko w Honolulu i wsiadł w samolot do Hongkongu. Teraz się ukrywa. Nie ma wątpliwości, że będą go szukać. Co gorsza, wątpi w to, że go nie znajdą. – Jeśli chcą cię dopaść, to cię dopadną – mówi.

Tajne wojny Obamy

Rzeczywiście Ameryka nigdy wcześniej z taką zapalczywością nie ścigała tych, którzy ujawniają jej tajemnice. Kilka tygodni temu kraj żył doniesieniami o tym, że administracja Obamy złożyła tajny wniosek o możliwość wglądu w historię rozmów, które na 20 liniach telefonicznych przez dwa miesiące prowadzili dziennikarze największej amerykańskiej agencji prasowej Associated Press. Departament Sprawiedliwości chciał ustalić źródło przecieku, na którym agencja oparła artykuł o działalności CIA w Jemenie. Jak pisze „The New Yorker”, było to „najbardziej agresywne zajęcie danych w mediach od czasów Richarda Nixona”. Jest ono częścią ofensywy, którą Obama kieruje przeciw autorom przecieków i rządowym donosicielom. Tu małe wyjaśnienie: słowa „donosiciel” używamy z braku lepszego tłumaczenia angielskiego terminu whistleblower, którym nazywa się ludzi wywlekających na światło dzienne niewygodne tajemnice zatrudniających ich instytucji.

W przeszłości rządy USA rzadko decydowały się na angażowanie prokuratorów do zwalczania tego typu donosicielstwa. Na przeszkodzie stoi gwarantująca wolność słowa pierwsza poprawka do konstytucji. Poza tym wojny z prasą są ryzykowne wizerunkowo. Jednak Obama jest w tej kwestii wyjątkowo zdeterminowany. W ciągu ostatnich stu lat tylko dziesięciu funkcjonariuszy państwowych było oficjalnie ściganych za współpracę z prasą. Sześciu z nich w czasie rządów Obamy. Snowden będzie siódmy.

Przed nim administracja brała na cel między innymi Thomasa Drake’a i Billa Binneya, byłych wysokich rangą pracowników NSA, którzy opowiadali publicznie o programach podobnych do ujawnionego przez Snowdena PRISM (pisaliśmy o tym we „Wprost” przed kilkoma tygodniami – „Świat na podsłuchu”, nr 20). Obaj panowie od lat twierdzą, że rząd gromadzi całą cyfrową komunikację na terenie Stanów Zjednoczonych. Prezydent powtarza: „nie mam zamiaru przepraszać” za dochodzenia wyjaśniające przecieki, które stwarzają zagrożenie dla życia amerykańskich żołnierzy i szpiegów. – Nie można mieć jednocześnie 100 proc. bezpieczeństwa i 100 proc. prywatności – mówi. Jednak coraz liczniejsi krytycy Białego Domu zarówno z prawa, jak i z lewa oskarżają go o zamach na wolność słowa. „Bohaterem narodowym” nazwali Snowdena i guru prawicowych radykałów prezenter radiowy Glenn Beck, i idol wszystkich lewaków świata dokumentalista Michael Moore.

Profesor Jeffrey Sachs z Uniwersytetu Columbia wojowanie Obamy z whistleblowerami widzi jako część większej strategii: – Prezydent prowadzi wiele tajnych wojen – mówi Sachs agencji Bloomberg. – Listy celów [ludzie do zlikwidowania zatwierdzani osobiście przez Obamę na tajnych naradach w Białym Domu – red.]; ataki dronów w Afryce i na Bliskim Wschodzie; podsłuchy. To wszystko odbywa się bez debaty publicznej i bez kontroli Kongresu. Historia uczy, że jeśli sprawy bezpieczeństwa narodowego oddaje się w całości CIA i innym tajnym służbom, obraca się to ostatecznie przeciw interesom USA.

Tajne i wrażliwe

Abu Zubajdę, człowieka Al-Kaidy, Amerykanie zatrzymali w Pakistanie w 2002 r. Przez jakiś czas przebywał między innymi w tajnym więzieniu CIA w Starych Kiejkutach (dziś pozywa Polskę przed Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu). W 2007 r. o tym, że poddawano go torturze podtapiania (waterboarding), doniósł w wywiadzie dla telewizji ABC były agent CIA John Kiriakou. Jak się później okazało, Zubajda wytrzymał więcej niż 35 sekund, o których mówił Kiriakou. Dokładnie: 83 podtapiania w ciągu miesiąca i 11 dni z rzędu pozbawiania snu. Był jednym z królików doświadczalnych, na których służby próbowały „ulepszone techniki przesłuchań” dopuszczone przez administrację Busha tajnym rozporządzeniem. Wywiad Kiriakou dla ABC, choć merytorycznie nieprecyzyjny, miał wagę historyczną – pierwszy raz człowiek z wewnątrz powiedział wprost: „Tak, Ameryka torturuje ludzi”.

Niedługo potem rząd zapukał do drzwi swojego byłego agenta. Na liście donosicieli ściganych przez Obamę John Kiriakou zajmuje miejsce wyjątkowe. Prezydent, który zapowiadał rozliczenia przestępstw epoki Busha, wysyła za kraty człowieka, który o tych przestępstwach zaświadcza. Komentując tę sprawę, Jameel Jaffer z Amerykańskiej Unii Praw Obywatelskich mówił, że gdyby nie donosiciele, ryzykujący karierę, a często dużo więcej, żeby ujawnić nadużycia rządu, społeczeństwo byłoby uboższe o kluczową dla demokracji wiedzę. Każda epoka w najnowszej historii USA miała bohaterów, którzy tę wiedzę dostarczali. Daniel Ellsberg w 1971 r. ujawnił tzw. papiery pentagońskie. Ponad siedem tysięcy stron dokumentów i analiz opatrzonych stemplem „Tajne i wrażliwe” (to drugie określenie nie ma mocy prawnej, dostają je dokumenty wyjątkowo wstydliwe dla rządu) pokazało Ameryce całą prawdę o wojnie w Wietnamie. Między innymi to, że wiele lat przed jej zakończeniem rząd wiedział, że jest ona nie do wygrania, a mimo to w imię politycznej kalkulacji wysyłał na śmierć dziesiątki tysięcy ludzi.

W następnej dekadzie jednym z głośniejszych donosicieli był William Sanjour, wieloletni pracownik rządowej Agencji Ochrony Środowiska (EPA). Sanjour poszedł na wojnę ze swoim pracodawcą, kiedy zorientował się, że EPA bardziej niż o środowisko dba o interesy wielkich korporacji, których działania powinna regulować. W czasach Busha juniora wysoka cywilna urzędniczka armii Bunny Greenhouse ujawniła szczegóły wielomiliardowych kontraktów na tzw. odbudowę Iraku, które firma Halliburton dostawała bez przetargu. Warto przypomnieć, że byłym szefem korporacji był Dick Cheney, wiceprezydent w administracji Busha, jeden z największych adwokatów inwazji. Szacuje się, że Halliburton zarobił na tej wojnie 40 mld dolarów. Każdego roku to, jak działa lub nie działa rząd, pokazują też donosy nieco mniejszego formatu. Na stronach National Whistleblowers Center można na przykład znaleźć sylwetkę Roberta Ranghellego. W 2009 r. jako 19-latek był on pracownikiem Narodowego Domu Pogrzebowego w Wirginii, gdzie po śmierci trafiają weterani amerykańskich wojen. Ujawnił, że dziesiątki ciał czekających na wieczny spoczynek na państwowym cmentarzu w Arlington gnije w niechłodzonych halach i na korytarzach.

80 milionów tajności

Dopóki Snowden pozostaje wolny, najważniejszym donosicielem, który wpadł w ręce rządu, jest Bradley Manning. Siedzi w areszcie od 2010 r. Według raportu ONZ był torturowany. Właśnie ruszył jego proces. Szeregowemu, który przekazał portalowi WikiLeaks tysiące depesz dyplomatycznych i dokumentów o irackiej i afgańskiej wojnie – między innymi film, na którym widać, jak załoga amerykańskiego helikoptera zabija niewinnych ludzi na ulicach Bagdadu – grozi dożywocie. Rząd postawił mu zarzut „wspomagania wroga”. Adwokaci Manninga będą dowodzić, że żaden Amerykanin nie ucierpiał na skutek przecieku. Jednym ze świadków zeznających na rzecz oskarżonego jest szef Departamentu Obrony w latach 2006-2011 Robert Gates. Obrońcy chcą w czasie procesu pokazać, że większość dokumentów ujawnionych przez ich klienta nie powinna w ogóle zostać utajniona. W skrywaniu swoich poczynań rząd USA staje się coraz bardziej paranoiczny – w 2010 r. utajniono prawie 80 mln dokumentów, osiem razy więcej niż w roku 2001. Nawet wewnętrzna rządowa kontrola wykazała, że 35 proc. akt ostemplowanych jako „Tajne” nie spełniało kryteriów tajności.

Różne są losy whistleblowerów, ale jedno jest pewne – rząd nie lubi, kiedy się na niego donosi. Manning siedzi i jeśli się nie wybroni, posiedzi do końca życia. John Kiriakou, który rozgadał się o amerykańskich torturach, w styczniu tego roku dostał 30 miesięcy. Wyjdzie za dwa lata. Daniel Ellsberg od „papierów pentagońskich” w końcu wygrał proces, ale w międzyczasie agenci federalni robili tajne naloty na gabinet jego psychoanalityka. Bunny Greenhouse, która opowiadała o kontraktach dla Halliburtona, straciła pracę. Poszła na wojnę z rządem i wygrała prawie milion dolarów odszkodowania. Na razie ani centa za to, że wyleciał z roboty, nie doczekał się Robert Ranghelli, chłopak, który doniósł o gnijących trupach zasłużonych Amerykanów w narodowej kostnicy.

Edward Snowden pod koniec maja umówił się z reporterem „The Guardian” w hotelu w Hongkongu. Jako znak rozpoznawczy obracał w dłoniach kostkę Rubika. To, co miał w teczce i w czterech laptopach, wstrząsnęło całym światem. Dziś przebywa w ukryciu. Ma nadzieję, że władze niezależnego chińskiego regionu nie zgodzą się na jego ekstradycję, o co niechybnie poproszą Stany Zjednoczone. Prezydentowi Obamie, który nie wierzy, że bezpieczeństwo można gwarantować, nie odbierając obywatelom prywatności, Snowden odpowiada cytatem z Benjamina Franklina: „Ci, którzy oddają wolność za bezpieczeństwo, nigdy nie będą wolni i nigdy nie będą bezpieczni”. ■

Okładka tygodnika WPROST: 25/2013
Więcej możesz przeczytać w 25/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także