Pierwsza rolniczka RP

Pierwsza rolniczka RP

Pracy na roli mogłaby uczyć samego ministra rolnictwa. Co roku własnymi rękami wyrywa ponad 60 ton rzepy, kalarepy i buraków. Anna Stępień - polski rolnik roku.

Kiełpin, Bory Tucholskie, jeden z największych i najczystszych kompleksów leśnych w Polsce. Na skraju parku narodowego parę kilometrów od Tucholi gospodarstwo rolne prowadzi Anna Stępień. Kilka tygodni temu wygrała prestiżowy konkurs na najlepszego rolnika w Polsce. Co dwa lata międzynarodowa organizacja ochrony przyrody World Wide Fund for Nature wybiera najlepszego gospodarza w dziewięciu nadbałtyckich krajach. Polka pokonała kilkadziesiąt innych osób walczących o tytuł. Jak to możliwe? Według WWF prowadzi najbardziej ekologiczne i innowacyjne gospodarstwo w kraju.

Pole doświadczalne

– Na tym polu od 24 lat nie było nawet grama jakiejkolwiek chemii – mówi Anna Stępień. Jej rodzice ekologiczną uprawą zajęli się już pod koniec lat 80. – Ludzie wytykali nas palcami, wyzywali od dziwolągów, bo na wsiach w Polsce nadal panuje przekonanie, że jeśli pola nie posypiesz [nawozem – red.], to nie urośnie – mówi rolniczka. Dzisiaj też się śmieją pod nosem, kiedy do Stępniów przyjeżdżają panowie z aktówkami pod pachą i okularami na nosie.

Dla naukowców ekologiczne gospodarstwo Anny Stępień jest jak poligon doświadczalny. Z profesorami z Bydgoszczy Stępień eksperymentuje nad nowymi odmianami ziemniaka. Ma być odporny na stonkę i zarazę ziemniaczaną. Taki niezniszczalny szczep uda się uzyskać dopiero po 12 latach badań. Z profesorami z Poznania rolniczka chce przedłużyć szlachetny gatunek trzody chlewnej. Ma dawać mięso jeszcze lepszej jakości i mieć mniejsze wymagania żywieniowe. Z kolei z kadrą bydgoskiego Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego produkowała innowacyjne nasiona jęczmienia i pszenicy odporne na choroby grzybowe. To nie wszystko.

Rolniczka wsiada na traktor i pokazuje swoje włości. Wzdłuż miedzy biegnie rów melioracyjny obsadzony krzewami. – Korzenie wychwytują szkodliwe związki chemiczne, które nie zanieczyszczają okolicznych rzek, tylko zatrzymują się w roślinach – opowiada. Co parę kroków właścicielka gospodarstwa wykopała małe zbiorniki retencyjne. Tam ma się gromadzić woda po wiosennych roztopach, nie zalewając okolicznych pól. Palcem wskazuje na konary drzew. – Tutaj założyłam budki lęgowe dla ptaków, a na dachu stodoły odnowiłam gniazdo dla bocianów. W tym roku para ma cztery młode – mówi z uśmiechem. Na tym samym dachu leży kilka kolektorów słonecznych – dają prąd dla gospodarstwa. Stępień nie znosi jednokolorowych pól obsianych tylko rzepakiem albo pszenicą. Na swoich 43 hektarach uprawia dosłownie wszystko: pszenicę, jęczmień, groch, fasolę, marchew – łącznie co roku zbiera ponad 60 ton zbóż, warzyw i owoców. Wtedy przeżywa prawdziwy horror.

Nowa rola kobiety

34 lata, szczupła, wysoka. Szorstkie dłonie pełne małych bruzd i spękań. – To naprawdę ciężka praca od świtu do nocy, ale każdy lubi co innego – uśmiecha się Stępień. W podstawówce chciała być nauczycielką. Dzisiaj dziękuje, że po maturze poszła jednak na ekonomię. Zaocznie, bo w dni powszednie trzeba było pomagać przy gospodarstwie. Pracowała też w sklepie w Tucholi, ale, jak powtarza, życia w mieście nigdy nie mogła znieść. – Jeśli człowiek siedzi tutaj całe życie, przesiąka tym na wylot – mówi Stępień. W końcu została na gospodarstwie. W Bydgoszczy podyplomowo ukończyła rolnictwo, żeby zdobyć papiery rolnika.

Wstaje po piątej. Kawa, obrząd trzody chlewnej, dojenie krów. Śniadanie dla dwójki dzieci, wyprawka do szkoły i obchód po polu. Odbiór dzieci, szybki obiad i znów na pole. – O 18 kolacja, a później pranie, prasowanie. Teraz dochodzą jeszcze autoryzacje od dziennikarzy – śmieje się Stępień. Dzień kończy tuż przed północą. Kiedy przychodzi jesień i zima, nie jest lepiej. Razem z pracownikami siedzi w przechowalni i ręcznie pakuje 60 ton warzyw. – Muszę obejrzeć w rękach każdą marchewkę, posegregować warzywa według wielkości i zapakować w skrzynie – mówi kobieta. Ma być ekologicznie – bez maszyn, oprysków, chemii. Więcej pracy na pewno się opłaca. Rolniczka sprzedaje ekologiczne warzywa od razu po cenie detalicznej, omijając pośredników. W ten sposób na każdym kilogramie warzyw może zarobić 20-30 proc. więcej niż rolnik nawożący pola. Pomagają również unijne dopłaty. Nawet 25 tys. zł rocznie. – Plastikowe okna miałam najpierw w chlewie, a później w domu – śmieje się Stępień. Żeby uzyskać dopłaty do hodowli trzody chlewnej, budynek musiał być lepiej naświetlony. Dochodzi częściowy zwrot kosztów na nowe maszyny rolnicze i akcyzę na paliwo. Warzywa z Kiełpina trafiają do ośrodków zdrowotnych dla pacjentów ze ścisłą dietą warzywną, przetwórni owocowo-warzywnych i do bydgoskich sklepów. Zboża lądują w przetwórniach makaronu, a trzoda w ekologicznych masarniach.

Gospodarstwo znalazło się w rękach rodziny już w 1932 r. Prababka Anny Stępień przejęła je po swoim bracie. Zaczynali od kawałka ziemi, paru krów i świń. Obora kryta strzechą, kilka drzew. Siłą pociągową były trzy konie. Uprawiali zboże i ziemniaki. – Przed wojną było o tyle dobrze, że nikt nie wiedział, co to jest nawóz. Po wojnie zmuszali wszystkich do nawożenia upraw – wspomina Henryk Wegner, ojciec rolniczki. W 1989 r. do Tucholi przyjechało kilku Holendrów z utrechckiej firmy Integra, promotora ekologicznego rolnictwa. Zwołali zebranie z 25 rolnikami, były władze gminy i Parku Narodowego Bory Tucholskie. Cel: przekonać producentów żywności, że do dobrych żniw nie potrzeba chemii. Ekologicznym rolnictwem w okolicy zajęły się tylko cztery osoby. – Kiedy pozostali usłyszeli, że będą musieli ręcznie wyrywać chwasty, nauczyć się żyć ze szkodnikami i przymykać oko na niektóre choroby roślin, popukali się w czoło i od razu wyszli z zebrania – wspomina ojciec. Wegnerowie zostali. Holendrzy zaproponowali im uprawę cykorii, która po przeróbce trafiała do kawy zbożowej – na początku lat 90. hitu eksportowego z Borów Tucholskich. – Wtedy zarobiliśmy prawdziwe kokosy. Starczyłoby na kilka maluchów. Co roku sprzedawaliśmy 30 ton surowca – wspomina Wegner. Od kawowego interesu szybko odcięli ich jednak Niemcy. Nałożyli na cykorię 120 proc. cła przewozowego. Eksport przestał się opłacać i ekologiczna uprawa umarła. Przerzucili się więc na warzywa i tak zostało do dziś.

Ściany w pokoju Anny Stępień to niekończąca się wystawa dyplomów, certyfikatów i nagród. Na stoliku w kącie stoi kilka pucharów. Tytuł najlepszego gospodarstwa ekologicznego w województwie, nagroda od marszałka za wyniki w rolnictwie, zaświadczenia o spełnieniu wszystkich norm do produkcji ekożywności. – Anna Stępień z rodzicami zajmowała się ekologicznym rolnictwem, kiedy większość rolników nawet nie znała znaczenia tego słowa. Jej uprawy są jednymi z najczystszych w kraju – motywuje decyzję o wyborze rolnika roku Marta Kalinowska z polskiego oddział WWF. Gospodarstwo w Kiełpinie jest innowacyjne, prowadzi badania z naukowcami, chroni przyrodę, dba o krajobraz naturalny – to tylko kilka zalet, które dały Annie Stępień wygraną.

– Ludzie nazywają nas dziwakami, ale kiedy widzą te nagrody, to wywalają gały ze zdziwienia – mówi Kazimiera Wegner, matka rolniczki. Pod koniec sierpnia w Helsinkach jej córka będzie rywalizować z ośmioma rolnikami, m.in. ze Szwecji, Norwegii i Niemiec, o tytuł najlepszego rolnika nad Bałtykiem. – Muszę chyba sobie kupić jakąś ładną sukienkę, ale i tak trudno będzie wygrać. Proszę trzymać za mnie kciuki – kończy rozmowę Anna Stępień. ■

Okładka tygodnika WPROST: 27/2013
Więcej możesz przeczytać w 27/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także