Ekofundamentaliści

Ekofundamentaliści

Rodzą w domu, nie szczepią dzieci. Tak żyją apostołowie ekologii. Chcą założyć własny Kościół. Piorą w orzechach, a papieru toaletowego używają wielokrotnie.

Współcześni eko-Polacy chcą żyć nie tylko zdrowo i blisko natury, ale również tak, żeby ich obecność jak najmniej szkodziła Ziemi. Szkodliwe jest ich zdaniem niemal wszystko, co stworzyła cywilizacja, zwłaszcza miejska. Najbardziej ortodoksyjni potrafią zrezygnować z toalety, zamieniając ją na drewnianą sławojkę. Nie kupują kosmetyków, robią własne: pastę do zębów z sody, szampon z pokrzyw i nagietka. Albo płuczą głowę w łupinach wielofunkcyjnych orzechów, które sprawdzają się też w praniu ubrań. Do łask wracają znienawidzone jeszcze niedawno pieluchy z tetry, które pierze się i gotuje. Podobnie jak wielorazowy papier toaletowy, czyli miękkie szmatki, które można kupić w ekosklepie albo zrobić samemu ze starych koszulek, oczywiście z bawełny organicznej.

Nie jestem freakiem


Eko-Polakom często się zarzuca, że w gruncie rzeczy są bandą bogatych snobów, których stać na zabawę w życie przyjazne środowisku. A ta zabawa jest czasochłonna, niewydajna i przede wszystkim kosztowna. Z tą opinią nie zgadza się Reni Jusis: – Ktoś może mówić, że jestem znudzonym freakiem, ale perspektywa się zmienia, gdy ma się dziecko uczulonena wszystko, od pieluch po marchewkę. A takich dzieci rodzi się coraz więcej – mówi. Ekologiczne zainteresowania Asi i Tadka Baranowskich, małżeństwa redaktorów z Warszawy, założycieli proekologicznego bloga Organiczni.baranowscy.eu, zaczęły się właśnie z powodów praktycznych. Dzisiaj ekologia to dla nich wręcz rodzaj życiowej filozofii. – Powinniśmy przede wszystkim myśleć o drugim człowieku i żyć tak, żeby nie robić mu krzywdy – mówi Asia. Przekonuje, że jeżeli dobrze się wszystko rozplanuje, ekologia wcale nie jest bardzo droga. Żeby obniżać koszty, Baranowscy skrzykują się na przykład na wspólne zakupy ze znajomymi.

– Jeżeli coś jest droższe, kupujemy tego mniej. Dzięki temu mniej jedzenia trafia na śmietnik – mówi Asia. Baranowscy nie używają żelazka, zrezygnowali z telewizora. Z samochodu korzystają tylko wtedy, gdy jadą całą rodziną, we czwórkę. – Na co dzień mamy rowery. Jest szybciej, taniej i zajmujemy dokładnie tyle miejsca, ile powinniśmy. No i nie dokładamy się do zanieczyszczenia, które generują samochody stojące w korkach – mówią. Co mogą, robią sami. – Nie wszystko się da, bo żeby żyć ekologicznie w 100 proc. przy dwójce małych dzieci, musiałabym mieć dodatkową pomoc. Ale wysiłek wkładany w eko naprawdę się opłaca – zapewnia Asia i dodaje: – Wiem, że nie uchronię synów przed wszystkim, co wywołuje niepożądane skutki. W przedszkolu stykają się z detergentami i alergenami, choćby na ubraniach kolegów, ale absolutnie nie chcę ich odcinać od normalnego życia.

Baranowscy eksperymentują. – Nie wszystko się sprawdza. Z niektórych rzeczy, jak z płynu do higieny intymnej z sody oczyszczonej, musiałam zrezygnować, bo mi nie pasował i odradził mi to ginekolog. Nie używam też pasty do zębów domowej roboty. Z prozaicznego powodu, brudziła umywalkę – mówi Asia. Bawełniany papier toaletowy? – Nie mam nic przeciwko. I tak mam kontakt z kupą swojego dziecka w tetrowych pieluchach. Jedyny problem, że to kolejna rzecz do prania, a i tak ledwo daję radę – śmieje się. Marzy im się dom za miastem i ogród z własnymi uprawami. Na razie jednak działają w ramach istniejących możliwości. – Nie jesteśmy jakimiś świrami. Podejmujemy świadome wybory i chcemy tylko, żeby były one szanowane, tak samo jak my szanujemy wybory innych. Nie wyrzucamy z domu nikogo, kto jest nieekologiczny, na przykład wchodzi do nas w skórzanych butach. Zresztą nie jesteśmy wegetarianami. Jemy mięso, ale bio. Mamy masę znajomych, którzy są znacznie bardziej od nas ekoradykalni – śmieją się.

Poza światem

Marzenia o ekologicznym domu spełnili Katarzyna i Artur Miliccy, nauczycielka i informatyk. Dwa lata temu z dwójką małych dzieci wyjechali z miasta. Kupili stare gospodarstwo na Mazurach z założeniem, że powstanie tam pierwsza w Polsce ekowioska. Bodźcem do zmiany stylu życia stała się dla nich ogólnokrajowa panika, gdy Rosja przykręciła Polsce kurek z gazem. To wtedy Milicki uświadomił sobie, że ze swoim wykształceniem jest zupełnie niezaradny życiowo, zależny od innych. Przekonał do przeprowadzki na wieś żonę, która wtedy nie była wielką zwolenniczką tego pomysłu. Marzenie się spełniło. Projekt ekowioski Akademia Bosej Stopy dziś jest już prawie gotowy. Mogą w niej zamieszkać fani ekologii, którzy chcą się uczyć rzemiosła – stolarki, lepienia garnków z gliny, uprawy ziemi – czy po prostu ludzie zmęczeni cywilizacją. – To powrót do tego, co człowiek potrafił jeszcze kilkaset lat temu. Uczymy się na nowo, jak być samowystarczalnymi. Ekowioskę budujemy wspólnymi siłami – mówi pomysłodawca. Może w niej zamieszkać każdy, kto dostosuje się do zasad wypracowanych przez założycieli. Chętnych na razie nie brakuje, więc Artur planuje już budowę filii ekoosady w innej części Polski.

Wierzy w naturę do tego stopnia, że myśli o założeniu związku wyznaniowego ekologów. – Mam już nawet gotową nazwę – mówi. – Związek Wyznaniowy Ludzi na Ziemi, religia równowagi wszystkich żyjących istot na zasadach open source. Każdy mógłby sobie dobudowywać zasady, jakie by chciał – wyjaśnia. Czy nie boi się, że skrzywdzi swoje dzieci? Że nie przygotuje ich do dorosłości we współczesnym świecie? Nie, bo człowiek, który potrafi żyć w zgodzie z naturą, zawsze sobie poradzi. – Człowiek zbratany z naturą jest silniejszy i bardziej zahartowany, widzę to po sobie – mówi. Ale, jak dodaje, nie chce nikomu niczego narzucać. Jeżeli syn i córka, gdy dorosną, zdecydują, że chcą żyć w cywilizacji, nie będzie im przeszkadzać.

Poród lotosowy

U Milickich jest prysznic, ale mało kto z niego korzysta. Jeżeli już, to tylko z biokosmetykami: siarkowym mydłem i naparem z nagietka, kiedy trzeba umyć głowę. Toaleta? Jest. Elegancki dołek w ziemi. Do takiej ze spłuczką można jedynie oddać mocz, bo kanalizacja jest nieprzyjazna środowisku. Sam gospodarz potrzeby załatwia poza domem, według niego najbardziej naturalny jest po prostu niezbyt głęboki rów albo dołek. Fekalia rozkładają się w nim zaledwie kilkanaście dni, przy okazji użyźniając ziemię.

Paranoja? Niekoniecznie. Zagorzali ekofani myślą podobnie. Jako alternatywa dla klozetów ze spłuczką do łask wracają drewniane wychodki. Niektórzy w ogóle rezygnują z papieru toaletowego, inni korzystają ze szmatek wielokrotnego użytku. Gama wielorazowych higienicznych ekoproduktów jest zresztą szeroka. Są bambusowe tampony i podpaski albo kraniki menstruacyjne, czyli silikonowe lejki, które po napełnieniu opróżnia się i przepłukuje wodą. Mogą służyć nawet przez kilka lat. Milicki uważa, że środkiem dezynfekującym może być własny mocz. Wierzy też w lecznicze właściwości głodówki jako środka na gorączkę (powyżej 40 stopni, bo niższej w ogóle się nie zauważa). W medycynę, poza ratunkową, nie wierzy. Kiedy jego dziecko trafiło do szpitala z pękniętą czaszką, nie zgodzili się z żoną na podanie mu antybiotyków. Miliccy są zdania, że dziecko trzeba puścić wolno, żeby robiło, co chce, i się nie stresować. Wtedy na pewno nie stanie mu się krzywda.

Czy taki radykalny powrót do natury może być niebezpieczny? – Na pewno – uważa doktor Monika Barczewska, neurochirurg z Uniwersytetu Medycznego w Olsztynie. – Wielu moich pacjentów po operacjach kręgosłupa wraca do szpitala z zakażeniami. Są przekonani, że nie powinni dezynfekować pooperacyjnych ran, więc na przykład w ogóle się nie myją przez kilka tygodni – mówi. To, co cenią eko-Polacy, niekoniecznie ceni medycyna. Część lekarzy zgadza się wprawdzie, że przeziębienie czy lekką grypę można leczyć ziołami, okładami z upalonej soli, miodem i plastrami cytryny wkładanymi do skarpet na obniżenie gorączki, ale na przykład w kwestii szczepienia dzieci są już bardziej nieugięci. Podobnie jak w sprawie domowych porodów, które bez odpowiedniej opieki mogą być niebezpieczne i dla matki, i dla dziecka. A alternatyw dla szpitalnej sali z położną i OIOM pod ręką jest coraz więcej. Dla ekomamy ważniejsza od doświadczonej położnej jest doula, czyli asystentka ciąży, która wspiera, trzyma za rękę, wmasowuje w brzuch eteryczne olejki, ale często nie zna się na fachowym odbieraniu porodu. Niezbyt przychylnie lekarze przyglądają się też porodom lotosowym, czyli takim, gdzie noworodka nie odcina się od matki, ale czeka, aż pępowina sama odpadnie. – Często ekologia i medycyna niekonwencjonalna nie wystarczą. Dawniej chorych na gruźlicę wystawiano na słońce, żeby organizm wytwarzał witaminę D3. To nadal jest ważne, ale nie zastąpi antybiotyków – ocenia doktor Barczewska.

Ekouzależnienie

Ekomania dotyka nie tylko Polaków. – W Szwecji niemal każdy jest ekologiczny, to norma. Spędzają wakacje w domach, w których nie ma wody ani prądu. Niektórzy mieszkają w takich warunkach przez cały rok. Nawet wędlina w sklepach jest podzielona na ekologiczną i nie, a dyskusja wokół wegetarianizmu to w gruncie rzeczy rozmowa o tym, jak ekologicznie produkować żywność, bo ta mięsna jest najmniej przyjazna środowisku – mówi dr Magdalena Domaradzka, skandynawistka z SWPS. W tym skandynawskim ekologizmie jest sporo kuriozalnych zachowań. Trudno mówić, że niepłukanie naczyń, by zaoszczędzić wodę, jest zdrowe, a wożenie posegregowanych śmieci do specjalnych sortowni oddalonych często o kilometry rzeczywiście dobrze robi naturze, jeżeli uwzględni się emisję spalin. Ale Skandynawowie się starają. Jednak nawet oni nie odcinają się od cywilizacji.

Tymczasem eko-Polacy zachowują się jak neofici. Bezkompromisowo odrzucając zdobycze cywilizacji, nierzadko zatracają granicę między tym, co jest rzeczywiście zdrowe, a tym, co niebezpiecznie przypomina chorobliwą obsesję. Zaburzenia psychiczne wynikające z nadmiaru ekologii zostały już zresztą rozpoznane i nazwane w USA. Na przykład ortoreksja, czyli uzależnienie od zdrowego jedzenia, lub karboreksja – obsesyjne kontrolowanie życia poprzez badanie „śladu węglowego”, który pozostawia każda czynność. Może więc lepiej zachować umiar. ■

Okładka tygodnika WPROST: 32/2013
Więcej możesz przeczytać w 32/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 1
  • Emilia IP
    Uważam, że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Z ludzi, których znam i którzy dążą do tego, żeby żyć jak najbardziej w zgodzie z naturą, każdy wybiera sobie to, co mu pasuje najbardziej i bynajmniej nie każdy rodzi w domu, nie szczepi bądź używa papieru wielokrotnego użytku. Nie kupię Państwa gazety, żeby przeczytać ten artykuł w całości, bo już sam wstęp jest tendencyjny i nie chcę się denerwować. A o założeniu własnego kościoła również nie słyszałam. Nie ma to jak wzbudzić niezdrową sensację

    Czytaj także