Łowcy skarbów

Łowcy skarbów

Polska ciągle nie odzyskała kilkudziesięciu tysięcy dzieł sztuki zagrabionych w czasie wojny. Wartość najważniejszych obrazów, które nam się należą, może przekraczać 200 mln dolarów.

Doktor Zofia Lorentz, historyk sztuki i urzędniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zostaje nagle wezwana do kancelarii premiera. Szef rządu oznajmia jej, że za granicą odnaleziono „Portret młodzieńca”, arcydzieło Rafaela zrabowane z Krakowa w czasie wojny przez Niemców. Doktor Lorentz ma odzyskać bezcenny obraz dla Polski, choć prawdopodobnie będzie musiała wejść w kontakty z międzynarodowym światem kryminalnym, a nawet działać na pograniczu prawa. Do pomocy dostaje oficera służb specjalnych i byłą złodziejkę specjalnie wypuszczoną w tym celu z więzienia.

Tego, co się wydarzyło później, można się dowiedzieć z najnowszego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego pt. „Bezcenne”, który od kilkunastu tygodni podbija polski rynek księgarski. Doktor Monice Kuhnke, która w MSZ rzeczywiście zajmuje się poszukiwaniem zaginionych polskich dzieł sztuki, książka bardzo się spodobała. W trakcie jej pisania autor spotykał się z nią zresztą, wypytując o szczegóły jej pracy. Trudno jednak uznać, że Kuhnke jest pierwowzorem bohaterki. – Doktor Lorentz nie siedzi przy komputerze, nie wysyła e-maili, nie pisze urzędniczych wniosków, wyjaśnień i notatek służbowych. Ona po prostu odzyskuje dzieła! Nawet nie wie pan, jak jej zazdroszczę! – żartuje. Niemniej podziwia autora, że tak szczegółowo wgryzł się w temat. Niemal wszystkie szczegóły się zgadzają. Z wyjątkiem jednego: w rzeczywistości, mimo prawie 70 lat żmudnych poszukiwań, polski Rafael nie został jeszcze odnaleziony.

Młodzieniec w sejfie

Na szczęście znamy go z kolorowych fotografii. Młodzieniec (być może sam Rafael) patrzy na widza, lekko odwrócony. Ubrany w białą koszulę, ma regularne rysy twarzy, prosty nos i ciemne oczy. Obok „Damy z łasiczką” jest najcenniejszym obrazem, jaki kiedykolwiek znajdował się w polskich zbiorach. W czasie okupacji płótno trafiło do rezydencji Hansa Franka. Po wojnie dzieła nie odnaleziono. – Z tego co wiemy, Frank miał je w prywatnych zbiorach – mówi prof. Wojciech Kowalski, pełnomocnik MSZ ds. restytucji dóbr kultury. – Kiedy Frank został powieszony po procesie norymberskim, jego żona została sama z synem. Prawdopodobnie, będąc w trudnej sytuacji życiowej, sprzedała Rafaela, by mieć pieniądze na utrzymanie. To wbrew pozorom dobra informacja. Oznacza to bowiem że obraz nie został zniszczony. Skoro przetrwał kataklizm wojny, wszystko wskazuje na to, że gdzieś istnieje – mówi prof. Kowalski. Sęk w tym, że nie wiadomo gdzie. Ostatni realny trop pojawił się w latach 80., kiedy znany historyk sztuki prof. Jan Białostocki otrzymał informację, że dzieło może się znajdować w bankowym sejfie w Australii. Niestety nie ma jak tego sprawdzić. – Żaden normalny człowiek nie wystawi też „Portretu młodzieńca” na aukcji. Po prostu nie da się go legalnie spieniężyć – mówi dr Kuhnke. Teoretycznie jest możliwe, że obraz wisi u kogoś, kto kompletnie nie ma świadomości, co posiada. Jednak bardziej prawdopodobne, że jest skrzętnie ukryty przez jakiegoś kolekcjonera.

Płótno Rafaela to symbol wszystkich polskich strat kultury z czasu okupacji. Zaraz po wojnie liczbę utraconych obiektów szacowano na pół miliona. Skrupulatna inwentaryzacja prowadzona od 1992 r. przez Ministerstwo Kultury zawiera 60 tys. obiektów, w tym ok. 13 tys. obrazów. Rynkową cenę 124 najdroższych płócien polskich i obcych malarzy, których ciągle szukamy, szacuje się na ok. 200 mln dolarów. Z kolei wartość wszystkich utraconych dóbr kultury, które udało się udokumentować, wycenia się na 20 mld dolarów. – Problem w tym, że z dokumentacją nie jest najlepiej. Nie wiemy nawet, ile muzeów było w Polsce przed wojną – mówi prof. Wojciech Kowalski. Pełniejsze dane zachowały się jedynie z terenu Ziem Odzyskanych, bo przed wojną szczegółowe inwentaryzacje robili tam Niemcy. U nas o tym nie myślano – jedynie w przypadku 10 proc. zaginionych dzieł zachowała się jakakolwiek fotografia, a to w przypadku ich odzyskiwania zwykle dowód konieczny. – Najgorzej jest w przypadku kolekcji prywatnych. Pamiętam sympatyczne starsze małżeństwo, które na moje pytanie o wymiary skradzionego obrazu, pokazywało rękami w powietrzu: „O, mniej więcej taki”. Dość nieudolnie opisywali, co na nim było. Niestety informacja, że obraz przedstawia kobietę w niebieskiej sukni, na niewiele się zda. Domagając się zwrotu dzieła sztuki, musimy mieć niezbite dowody, że nam się ono należy – podkreśla dr Kuhnke.

Matka Boska Moskiewska

Prawo międzynarodowe mówi, że zagrabione obiekty kultury powinny wrócić tam, skąd zostały zabrane. Niezależnie od tego, że zmieniały się granice państw i panujące w nich reżimy. Stąd Polska ma np. prawo do poniemieckich obrazów z Wrocławia, ale już do dzieł Jacka Malczewskiego z muzeum we Lwowie nie. – To tak zwana zasada więzi terytorialnej – wyjaśnia prof. Kowalski. Co nie przeszkadza, by np. Malczewskiego pozyskiwać w toku negocjacji i uzgodnień.

Tyle teoria. W praktyce bowiem wiele najlepszych kolekcji muzealnych świata zbudowano na gromadzonych przez wieki wojennych łupach. Dyrektorzy tych placówek ani myślą się z tego rozliczać. Najczęściej tłumaczą wymijająco, że muzea są od tego, aby gromadzić dzieła sztuki, a nie je oddawać. Jednak ze względu na ogrom grabieży II wojna światowa traktowana jest wyjątkowo. Na ogół nikt nie kwestionuje wprost potrzeby restytucji skradzionych w jej trakcie dzieł. Najwięcej wróciło do nas tuż po wojnie, zwłaszcza dzięki wysiłkom prof. Karola Estreichera. Tyle że pod koniec lat 40. na skutek zimnej wojny proces uległ niemal całkowitemu zahamowaniu. Dopiero po 1989 r. znowu zaczęliśmy odzyskiwać narodowe skarby, zwłaszcza gdy 15 lat temu powstała odpowiednia komórka w MSZ.

Stosunkowo najłatwiej dojść swego, jeśli poszukiwane dobro kultury znajdzie się w USA lub Anglii. W tych krajach prawo własności chronione jest bowiem najsilniej. Gorzej jest w Europie Zachodniej, paradoksalnie niezbyt korzystne jest też prawo polskie, oparte jeszcze na XIX-wiecznym Kodeksie Napoleona. – Jeśli nabywca nie wiedział, że przedmiot pochodzi z kradzieży, po trzech latach staje się jego prawowitym właścicielem – wyjaśnia prof. Kowalski. Czasem nasza sytuacja jest trudna ze względu na zwykły brak zrozumienia. Przykład? Ostanio w Austrii renomowany antykwariusz nie chce zwrócić dzieła, mimo że figuruje ono w katalogu strat wojennych. Odrębnym zagadnieniem są kraje byłego ZSRR, gdzie także przetrzymuje się wiele naszych dzieł. Wkraczająca na Ziemie Odzyskane Armia Czerwona traktowała wszystko, co tam zastała, jak swoją własność. Grabieży dokonywano także na ziemiach, które przed wojną należały do Polski. Dziś nasze dzieła sztuki zalegają w magazynach rosyjskich muzeów i często nawet nikt o nich nie wie. Czasem wypływają przypadkowo. Niekiedy dosłownie: w 1990 r. w Petersburgu wylała Newa i zaczęła zalewać piwnice Ermitażu. Ewakuując zalegające tam od wojny skrzynie, natrafiono na cenne płyty nagrobne z katedry poznańskiej. Oddano je Polsce, ale to absolutny wyjątek. Na razie polska strona pisze kolejne wnioski, które zostają bez odpowiedzi. Jak choćby w sprawie namalowanej w 1518 r. przez Lucasa Cranacha „Madonny Głogowskiej”, którą radziecki oficer wywiózł z Dolnego Śląska „w celu zabezpieczenia”. Dziś można ją oglądać w Muzeum Puszkina w Moskwie.

Madonna w ceracie

Więcej szczęścia mieliśmy do innego dzieła Cranacha – wycenianej dziś na ok. 8 mln euro „Madonny pod jodłami”. Zawinięta w ceratę została w 1947 r. wywieziona z Wrocławia przez niemieckiego księdza, który opuszczał Polskę. W archidiecezjalnym skarbcu duchowny pozostawił namalowaną naprędce kopię. Wstyd powiedzieć, ale dopiero w latach 60. Polacy się zorientowali, że posiadają prymitywną podróbkę. W latach 70. oryginał próbowano kilkakrotnie sprzedać na zachodzie Europy, jednak za każdym razem antykwariusze bali się oskarżeń o paserstwo. W końcu właściciel się zorientował, że go nie sprzeda, na łożu śmierci postanowił więc przekazać dzieło szwajcarskiemu biskupowi. Ten podjął decyzję, że odda go Wrocławiowi. Warunek był jeden: trzeba było ze szwajcarską precyzją udowodnić, że Cranach się nam należy.

Udało się. „Madonna pod jodłami” to najcenniejsze dzieło sztuki, które odzyskaliśmy w ostatnich latach. Profesor Wojciech Kowalski do dziś pamięta sensacyjny telefon, który w lutym ubiegłego roku odebrał, gdy był na nartach we Włoszech. Akurat wjeżdżał kolejką linową na stok. Informacja, że „Madonna” prawdopodobnie się znalazła, brzmiała na tyle poważnie, że od razu przystąpił do działań. – Wykazanie praw własności archidiecezji wrocławskiej wymagało nie tylko znajomości archiwaliów, lecz także prawa kanonicznego. Ponieważ jednak „Madonna” została namalowana dla katedry wrocławskiej i wisiała tam przez cztery i pół wieku, wszystkie argumenty były po naszej stronie – mówi prof. Kowalski.

– To są emocje, których nawet nie umiem opisać – mówi dr Kuhnke, która jako pierwsza z MSZ miała okazję oglądać „Madonnę”, gdy obraz przyjechał do Polski. – Niesamowite było poczucie, że oglądam coś, czego od kilkudziesięciu lat praktycznie nikt nie widział – dodaje. Na szczęście już wstępne oględziny wykazały, że obraz jest w idealnym stanie. Od pół roku jest eksponowany we wrocławskim muzeum archidiecezjalnym.

Bukiet w oleju

Samozwańczy właściciele nie zawsze jednak obchodzą się z dziełami łaskawie. Skradzioną po powstaniu warszawskim, przypisywaną kiedyś Georgowi Penczowi, „Trójcę Świętą” nasączono olejem. Dzięki temu nawet prześwietlenie ultrafioletem nie wykazywało żadnych warstw ani przemalówek, co miało zapobiec identyfikacji obrazu. Dopiero analiza porównawcza ze starymi fotografiami umożliwiła zwrot do Muzeum Narodowego w Warszawie. Z kolei „Bukiet kwiatów” Jacoba van Walscapellego przemalowano tak, że trudno było go poznać. Wywieziony przez Niemców trafił po wojnie do Ameryki Południowej. Długa podróż statkiem, potem gorący klimat, a do tego jeszcze nieudolna konserwacja sprawiły, że mocno ucierpiał. W latach 90. żona amerykańskiego dyplomaty próbowała go sprzedać, wówczas się dowiedziała, że dzieło to łup wojenny.

Po żmudnych negocjacjach zgodziła się oddać je Polsce. Uroczyste przekazanie miało miejsce w 2002 r. w polskim konsulacie w Nowym Jorku. – Dzień przed ceremonią z udziałem ofiarodawczyni i ministra Władysława Bartoszewskiego miałam ostatecznie zidentyfikować dzieło – wspomina dr Kuhnke. – Kiedy jednak otworzyliśmy skrzynię z obrazem, dosłownie ugięły się przede mną nogi. „To koniec!” – pomyślałam, bo miałam przed sobą zupełnie inny obraz niż ten poszukiwany – opowiada. Na szczęście po długich oględzinach i telefonicznych konsultacjach z polskim ekspertem okazało się, że to jednak oryginał, tyle że mocno przemalowany. Zgodnie z prawidłami sztuki konserwatorskiej, pierwotnej wersji nie odtwarzano. Drogi, jakimi się udaje trafić na trop zaginionych dzieł sztuki, są czasem niewiarygodne. Zdarza się, że złodzieja rusza sumienie. Innym razem decyduje kompletny przypadek. W 1976 r. pracująca w towarzystwie chopinowskim Maria Lewkowicz oglądała w telewizji nudnawy enerdowski film „Co tydzień wesele”. W jednej ze scen zauważyła zaginiony od wojny portret Izabelli Chopin, siostry kompozytora. Telewizja Polska zorganizowała zamknięty pokaz filmu, podczas którego przeanalizowano stopklatki. Nie było wątpliwości, że chodzi o obraz zaginiony w Warszawie. Jednak NRD oświadczyła, że w filmie wykorzystano kopię polskiego dzieła. W tę wersję można by od biedy uwierzyć, jednak kilka lat później inna znawczyni Chopina dr Hanna Wróblewska-Straus dostrzegła bliźniaczy obraz w kolejnej wschodnioniemieckiej produkcji „Zmierzch nad Dunajem”. Tym razem był to zaginiony portret samego kompozytora. Sąsiedzi zza Odry znów zapewniali, że nie jest to oryginał, ale tym razem w ich wersję nikt już nie wierzył. W przypadku tego drugiego płótna nigdy bowiem nie istniała jego barwna reprodukcja. – Poza tym w Niemczech liczba biedermeierowskich portretów jest ogromna. Po co ktoś miałby odtwarzać barwną kopię niezbyt znanego tam dzieła na podstawie przedwojennej czarno-białej fotografii? – zauważa dr Kuhnke. Sprawę zwrotu obu portretów Polska podniosła ponownie już w latach 90. Niemcy znów oświadczyli, że to reprodukcje. Ale nie umieli wskazać, gdzie się one znajdują. Niestety tym razem najwyraźniej zabrakło dobrej woli.

Bo paradoksalnie, mimo że zwykle chodzi o grabieże, w restytucji dóbr kultury uczciwość odgrywa duże znaczenie. Tym bardziej że na rynku dzieł sztuki jest ona niezbędnym warunkiem reputacji. Niestety jednak nie u nas. – W Polsce o dobre imię firmy aukcyjnej nikt nie dba, bo nie musi – mówi z żalem dr Kuhnke. Na Zachodzie porządnym marszandom zależy, żeby się wyraźnie odróżniać od tych, którzy działają poza prawem. To ważne: wszak nielegalny obrót sztuką to trzeci, po broni i narkotykach, czarny rynek na świecie.

Chłopi w Londynie

W dbałości o standardy przoduje zwłaszcza Anglia, gdzie siedzibę mają najważniejsze domy aukcyjne: Sotheby’s i Christie’s. Kiedy w 1997 r. znany Londyński marszand Johnny von Haeften kupił za 43 tys. funtów „Chłopów w karczmie” Adriaena Brouwera, nie miał pojęcia, że kupuje dzieło zagrabione z Polski. Kiedy cztery lata później o obraz upomniało się warszawskie Muzeum Narodowe, von Haeften już go nie miał – sprzedał go bowiem za 73 tys. funtów kolekcjonerowi z Francji.

Prawo w zasadzie stało po stronie Brytyjczyka. Po pewnym czasie zdecydował, że „Chłopów” odkupi i zwróci do Warszawy. Polska strona nie kryła zdziwienia, tym bardziej że cała operacja oznaczała dla niego gigantyczną finansową stratę. – Zaopatruję najważniejsze muzea i galerie na świecie. Moja reputacja jest najcenniejsza – oświadczył urzędnikom. Na uroczystość przekazania płótna do polskiego MSZ przyjechał z żoną i córką. Była akurat zima, stolica Polski wyglądała wtedy wyjątkowo ponuro. Kiedy dr Monika Kuhnke kurtuazyjnie go spytała, jak mu się podoba Warszawa, odpowiedział, że choć jest tu pierwszy raz, zdążył się już zorientować, że to piękne miasto. – Ale niestety dosyć drogie. Jeszcze nigdy weekend poza Londynem nie kosztował mnie ponad 30 tys. funtów – dodał z uśmiechem.

Von Haeften jest dowodem na to, że cuda się zdarzają. Dlatego na ministerialnym biurku dr Moniki Kuhnke od wielu lat stoi zdjęcie obrazu Rafaela. Ona sama ma nadzieję, że kiedyś zobaczy oryginał. Że tak jak w powieści Miłoszewskiego wezwie ją do siebie premier i powie: „Wpadliśmy na trop »Portretu młodzieńca«”. Albo jeszcze lepiej, że to ona będzie mogła zakomunikować podobną wiadomość szefowi rządu. – Trzeba mieć marzenia, bo czasem się spełniają – mówi dr Kuhnke. ■

Top 10 zrabowanych polsce dzieł

1. Rafael Santi, „Portret młodzieńca”. Oprócz „Damy z łasiczką” najcenniejszy obraz, jaki kiedykolwiek znajdował się w polskich zbiorach. Prawdopodobnie ok. 1800 r. zakupił go w Wenecji Adam Jerzy Czartoryski, będący carskim ambasadorem w Sardynii (wcześniej także we Włoszech kupił „Damę”). Jego matka Izabela wystawiała płótno w prywatnym muzeum w Puławach, pod koniec XIX w. trafiło do Krakowa. Zarekwirowane przez hitlerowców trafiło ostatecznie na Wawel, gdzie rezydował Hans Frank. Zaginęło w zamęcie ewakuacji Niemców

2. Willem Key, „Święta Rodzina”. Obraz namalowany przez słynnego XVI-wiecznego twórcę z Antwerpii. Wiele jego dzieł zostało zniszczonych przez ikonoklastów w 1566 r. Zrabowany przez Niemców z Miejskiego Muzeum Historii i Sztuki im. J. i B. Bartoszewiczów w Łodzi

3. Pieter Bruegel Starszy, „Walka karnawału z postem”. Obraz zrabowany z Muzeum Narodowego w Krakowie w grudniu 1939 r., do tej pory nieodnaleziony (jego bliźniacza wersja znajduje się w muzeum w Wiedniu). Po wojnie był ponoć oferowany kolekcjonerowi na terenie Europy. Niestety do dziś nie udało się tego potwierdzić

4. Jacob Jordaens, „Scena mitologiczna z młodym Bachusem”. Olejny obraz zrabowany przez Niemców z Miejskiego Muzeum Historii i Sztuki im. J. i B. Bartoszewiczów w Łodzi. Jego autor uważany jest za najwybitniejszego, oprócz Rubensa i Antona van Dycka, przedstawiciela flamandzkiego malarstwa barokowego

5. Franćois Clouet, „Portret księżniczki Ludwiki Lotaryńskiej”. Obraz zrabowany z kolekcji muzeum w Gołuchowie. W czasie wojny księżna Maria Ludwika Czartoryska ukryła go w Warszawie. Niemcy odkryli dzieło i zdeponowali w Muzeum Narodowym. Stamtąd w 1944 r. trafiło do zamku Fischhorn

6. Franćois Clouet, „Portret Renaty, księżnej Ferrary, córki króla francuskiego Ludwika XII”. Dzieło próbowano ukryć w należącej do Czartoryskich warszawskiej kamienicy przy ul. Kredytowej. Obraz zarekwirowali Niemcy i w październiku 1944 r. wywieziono go do Austrii (zamek Fischhorn)

7. Dieric Bouts, „Mater Dolorosa”. Lewe skrzydło dyptyku z XV w., zrabowane w 1944 r. z kolekcji muzeum w Gołuchowie. Niemal identyczny obraz eksponowany jest m.in. w jednym z muzeów w Tokio. Bouts namalował bowiem serię podobnych przedstawień, różnice są niekiedy bardzo subtelne

8. Dieric Bouts, „Ecce Homo”. Prawe skrzydło dyptyku, namalowane na desce. Podobnie jak bliźniacze dzieło „Mater Dolorosa” zrabowany w 1944 r. z kolekcji muzeum w Gołuchowie. W tym samym roku trafił do Austrii na zamek Fischhorn, będący siedzibą adiutanta Hitlera, szwagra Ewy Braun

9. Ambroży Mieroszewski, „Fryderyk Chopin”. Obiektywnie jako dzieło sztuki obraz nie ma wielkich walorów artystycznych, dla Polaków ma jednak bezcenną wartość historyczną i sentymentalną oraz symboliczną. Jest to pierwszy portret Fryderyka Chopina (wykonany w 1829 r.)

10. Ambroży Mieroszewski, „Izabella Chopin”. Spośród pięciu obrazów rodziny Chopinów do tej pory natrafiono na dwa: Fryderyka i Izabelli. Są poszlaki, że podobizna siostry kompozytora znajdowała się na terenie NRD, jednak strona niemiecka tego nie potwierdziła

Okładka tygodnika WPROST: 33/2013
Więcej możesz przeczytać w 33/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także