Sławomir Mrożek. Poza sytuacją

Sławomir Mrożek. Poza sytuacją

Odszedł Wielki pisarz, dramaturg i rysownik. Ale przede wszystkim człowiek osobny, nieoswajalny, niepoprawny.

Słyszałem to na własne uszy. [Gombrowicz] był zaczepny i ciągle tworzył dziwne sytuacje, co pracowało na jego korzyść. Czerpał z nich. A ja nie dawałem się w to wciągać, bo taką mam naturę. Wreszcie powiedział na głos, że Mrożek jest „poza sytuacją”, i dał mi spokój” – mówił autor „Tanga” w wywiadzie dla „Playboya” dwa lata temu. Kiedy się jednak myśli o Sławomirze Mrożku parę dni po jego śmierci, przychodzi do głowy, że bycie „poza sytuacją” dobrze określa nie tylko jego towarzysko-twórcze zmagania z Szefem (jak nazywał Gombrowicza), ale także to, że już od dawna bywał i był „poza sytuacją”, nie taki, jak się spodziewano, niepoprawny (w lepszym i gorszym sensie tego słowa), osobny, nieoswajalny.

W Borzęcinie i na Jukatanie

Jego życiem i pisarską karierą można by hojnie obdzielić parę żywotów. Z rodzinnego Borzęcina trafił do Krakowa, gdzie szybko się usamodzielnił i po paru nieudanych próbach ze studiami na różnych kierunkach jako 20-latek zaczyna brylować w literackim światku jako rysownik, satyryk i dziennikarz – przykładnie socrealistyczny, może nawet „pryszczaty”, jak nazywano wtedy co bardziej przejętych urokami stalinizmu młodych pisarzy. Dostaje lokum w słynnym Domu Literatów na Krupniczej i zyskuje tam (zasłużoną) opinię ekscentryka – anegdoty o Mrożku z tego czasu znamy od lat na pamięć. Z drugiej strony, jako przykładny funkcjonariusz literatury ludowej ojczyzny podpisuje list Związku Literatów Polskich potępiający skazanych w haniebnym politycznym procesie księży krakowskiej kurii. Komunizowanie dość szybko jednak Mrożkowi przeszło. Z ustrojem rozliczył się zrazu w sławnej „odwilżowej” nowelce „Słoń”, potem, w 1957 r., błyskotliwie zadebiutował jako dramaturg antytotalitarną „Policją”. Z li tylko satyryka przedzierzgnął się, przed trzydziestką, w „poważnego” już autora, choć wciąż o wybitnie groteskowym zacięciu. Zaczął wyjeżdżać za granicę, odnosić także tam pewne sukcesy. U progu lat 60. ożenił się, przeniósł do Warszawy, a w 1963 r. postanowili z żoną wynieść się z PRL. Wciąż jednak publikował i wystawiał w Polsce. Określenie „jak z Mrożka” weszło do potocznej polszczyzny, a on sam święcił z daleka gigantyczny sukces swojego „Tanga”. Ale kiedy w 1968 r. wojska Układu Warszawskiego dokonały inwazji na Czechosłowację, Mrożek opublikował list protestacyjny i poprosił o azyl polityczny we Francji. W kraju jest na indeksie prawie do połowy lat 70. Za granicą robi coraz większą karierę, choć, szczęśliwie, nie jako „zawodowy antykomunista”.

Dzieła Mrożka mają wymiar (mniej czy bardziej) uniwersalny. W stanie wojennym autor „Emigrantów” znów zaangażował się politycznie – jednoznacznie odrzucając wszelkie usprawiedliwienia działań Jaruzelskiego. Z rzadką u polskich zaangażowanych w stalinizm literatów ostrością rozliczał siebie z lat 50.: bez romantyzowania, obracania młodzieńczej wiary w żart, chowania się za ketmanem czy heglowskim ukąszeniem. W głośnym szkicu Mrożek miażdżył „Popiół i diament” Jerzego Andrzejewskiego jako do cna skłamaną wizję zaprowadzania w Polsce sowieckiego socjalizmu. Reszta jest dobrze znana: pod koniec lat 80. z drugą żoną wyjechał do Meksyku, w 1996 r. wrócił do Polski. Jego twórczość przygasła, budziła coraz mniejsze emocje, ale oczywiście była powszechnie hołubionym klasykiem.

Baltazar

15 maja 2002 r. Mrożek doznał udaru mózgu i będącej jego skutkiem afazji. W wydanym cztery lata później szczupłym tomie prozy „Baltazar. Autobiografia”, którego pisanie było formą rehabilitacji, pracy nad przywróceniem pamięci i mowy, wspominał: „Znałem kilka języków obcych. Po powrocie ze szpitala okazało się, że nie potrafię rozmawiać w żadnym z nich. Język polski, będący moim ojczystym językiem, stał się nagle niezrozumiały. Nie potrafiłem ułożyć żadnego sensownego zdania. Potrafiłem czytać, jednak nie rozumiałem tego, co przeczytałem. Utraciłem umiejętność posługiwania się maszyną do pisania, komputerem, faksem i telefonem. Nie wiedziałem też, jak posługiwać się kartą kredytową. Nie umiałem liczyć i nie mogłem się odnaleźć w kalendarzu. Konieczność wyjścia na ulicę budziła we mnie zdecydowany sprzeciw. Panicznie bałem się spotkania z obcym. Jedyne, co mi pozostało, to umiejętność słuchania muzyki”. Baltazar w tytule książki wziął się ze snu, w którym Mrożek miał usłyszeć, że tak będzie brzmiało jego „nowe nazwisko”. Co więcej, Mrożek wyciągnął z tego w owej autoterapeutycznej autobiografii wniosek następujący: „Zmieniając nazwisko i podpisując się Baltazar, przyznaję się do niedoskonałości. Odtąd nie można mnie chwalić ani ganić za nic, co napisałem przed afazją, ponieważ tamten człowiek nie istnieje”. W istocie, pełnej sprawności Mrożek nigdy nie odzyskał. W 2008 r. znów się przeniósł – do Nicei, na zasłużoną emeryturę w miłym miejscu. Było wiadomo, że nie pisze, zaczęły wychodzić natomiast – niekiedy pasjonujące – tomy jego korespondencji ze Stanisławem Lemem, Janem Błońskim, Adamem Tarnem, Erwinem Axerem. I wreszcie w 2010 r. wybuchła mała bomba: Wydawnictwo Literackie opublikowało pierwszy z trzech tomów „Dziennika” Mrożka, który pisał go z przerwami od 1962 do 1989 r.; jak sam podkreślał – bez myśli o druku. Oto więc w trzech ostatnich latach życia pisarza spadła na nas lawina – dosłownie, bo to ponad 2 tys. stron – jego intymnych zapisków i Mrożek z nieobecnego ciałem i poniekąd duchem klasyka znów znalazł się w centrum uwagi. Jednak znów się okazało, że jest nie całkiem tak, jak by wypadało czy też jak bywa zazwyczaj. Po pierwsze, trudno sobie przypomnieć, w każdym razie w naszej literaturze, wydanie tego rodzaju prywatnego dziennika za życia autora. Po drugie, paradoks tej sytuacji pogłębiał rozdźwięk między masą dziennika a Mrożkiem, który wypytywany o niego (bo wciąż, niezbyt chętnie, ale dawał się namawiać na wysoce lakoniczne z jego strony wywiady) powiadał na przykład, że przecież nie pamięta, co kiedyś napisał. Wypytywano zaś autora i deliberowano nad jego tekstem nie bez powodu. „Dziennik” bowiem okazał się, przynajmniej dla części odbiorców, nader daleki od oczekiwań. Reklamowany jako „literackie wydarzenie dekady”, owszem, wzbogacał i komplikował obraz pisarza z jego najbardziej twórczych lat, w taki jednakowoż sposób, który mógł, a nawet musiał budzić konsternację. Z różnych partii tekstu wyłaniał się Mrożek „ciemny”, jakże inny od jego utrwalonego wizerunku. Mrożek egocentryk, kobieciarz i mizogin zarazem; Mrożek pełen kompleksów, opętany obsesyjną autoanalizą, nieustannie użalający się nad sobą i wciąż szukający pociechy w szklaneczce whisky;Mrożek – co może najgorsze – rozwlekły, banalny i rozwlekły przez to w dwójnasób – w bijącym w oczy kontraście do rzeczy, które publikował, a którym jakiekolwiek gadulstwo było tak obce.

Nijak to nie pasowało do obrazu szacownego, wiekowego klasyka, na którego cześć można już tylko urządzać parady jamników i obsypywać honorami. A jednak w owym dziwnym, niepokojącym, chwilami nie- -do-czytania dzienniku jest sporo świetności, przenikliwości, sporo wreszcie ładnego odrzucania przez Mrożka wszelkiej artystycznej pozy. Jestem rzemieślnikiem, powiada pisarz, wielkiego talentu nie mam, ale mogę zarobić na życie uczciwym pisaniem i nie muszę, powiedzmy, męczyć się w fabryce. Zarobił też pewnie „Dziennikiem” – uczciwie i odważnie wystawiając się na krytykę. I ten jego gest wypada szanować i cenić. Chcecie ślicznego klasyka? – zdaje się mówić Mrożkowa decyzja publikacji swoich skrywanych zapisów. – No to ja wam pokażę klasyka!

Trzeba dodać, że „Dziennikiem” Mrożek podpadł (będzie jeszcze po śmierci podpadać?) nie tylko obyczajowo i intelektualnie, ale też, by tak rzec, politycznie. Nie chodzi nawet o to, że jawi się jako nieprzejednany antykomunistyczny jastrząb w reaganowskim typie, to można zapomnieć. Ale czy Polska (zarówno prawicowa, jak rewolucyjna) zapomni mu krytykę papieża (naszego papieża!) flirtującego zdaniem Mrożka z lewicową teologią wyzwolenia: „Więc już i papież nasz drogi jest przekonany, że kapitalizm = socjalizm, a oba złe. Tak powiedział w Ameryce Łacińskiej. (…) Czy papież nasz drogi nie rozumie, co mówi? Podejrzewam, że nie rozumie. Papież – jako uboczne zajęcie – był grafomanem, a grafomania to potęga. Raz grafoman – zawsze grafoman” (24 kwietnia 1983). Tak więc, pomników Mrożka pewnie w Polsce nie zobaczymy. Ale jego to niespecjalnie obchodziło. W wywiadach, których udzielał w ostatnich latach, także całkiem niedawno, w czerwcu, kiedy przyjechał na warszawską premierę (napisanej chyba także ku własnemu zdziwieniu, jakby na pożegnanie) dość dziwnej sztuki „Karnawał, czyli pierwsza żona Adama”, na uporczywe pytania często odpowiadał czymś w rodzaju: ja już wysiadam, kończę swoje sprawy, to mnie już nie obchodzi.

I dodawał, że świat generalnie nie ma sensu. Takie posłanie do potomnych także rzadko się słyszy z ust „starego pisarza”. Ile w tym – rzeczowym – zapowiadaniu własnej śmierci i braku zainteresowania tym, czym przecież „mistrz” interesować się powinien, Sławomira Mrożka, a ile „Baltazara”? A cóż to ma za znaczenie?

*

W ładnym epitafium dla Leopolda Tyrmanda Mrożek napisał kiedyś, że Tyrmand „Umarł jakby rażony kulą w serce. Tak, jak umierali szeryfowie w starych, dobrych amerykańskich westernach. Być może podobałoby mu się to porównanie”. W westernach mawiało się też, że rewolwerowiec powinien umrzeć we własnych butach – co znaczy nie tylko, że od kuli, w walce – ale także na własnych warunkach, z honorem, bez mazgajenia się i proszenia o litość. Ale nie bardzo wiem, czy Sławomirowi Mrożkowi spodobałoby się akurat takie porównanie.

*

Po jego czwartkowej śmierci – choć on sam kilkakrotnie podkreślał, że nie ma już nic więcej w szufladzie, że trzy tomy dziennika to całość tych zapisków – na stronie Wydawnictwa Literackiego pojawiła się wpleciona w nekrolog informacja, że „być może” ukażą się jeszcze zapiski z lat 90. Co w nich przeczytamy? Czego się z nich dowiemy o Mrożku? Jego to już z pewnością nie obejdzie. Jest „poza sytuacją”. Jak zwykle. ■

Okładka tygodnika WPROST: 34/2013
Więcej możesz przeczytać w 34/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także