Wojna o kościół

Wojna o kościół

Kuria zabiera ks. Jackowi Stasiakowi prawo do odprawiania mszy i grozi zesłaniem do stanu świeckiego. Ksiądz Jacek Stasiak mówi, że to prawo rodem ze średniowiecza, i zamierza podać arcybiskupa do sądu.

Ksiądz Jacek Stasiak właściwie wcale nie wygląda na księdza. Zamiast sutanny ma beżowe płócienne spodnie, a zamiast koloratki – błękitną koszulę w paski. Z podwiniętymi rękawami i modnymi oprawkami okularów pasuje raczej do wyobrażenia o dziarskim przedsiębiorcy. Dotąd nikt w Aleksandrowie Łódzkim nie wiedział jednak, że uczestnicząc w jego mszach i przyjmując od niego sakramenty, ściąga na siebie grzech śmiertelny. Tak przynajmniej wynika z listu wysłanego do wiernych przez arcybiskupa łódzkiego Marka Jędraszewskiego. Ksiądz Stasiak mówi, że to bzdura i średniowieczny zabobon. Zamiast przejąć się groźbami biskupa, zamierza podać go do sądu. Nie kościelnego, tylko cywilnego. – Rozmawiałem już z adwokatami. Podam go do sądu za nierespektowanie oświadczeń medycznych, mobbing i jeszcze kilka innych rzeczy. Dziwne? Nie, biskup i ja jesteśmy równi wobec prawa Rzeczypospolitej – mówi ks. Jacek Stasiak pewnym głosem. Że nikt wcześniej tego nie robił, a duchowni konflikty rozwiązywali we własnym gronie? – Czasy się zmieniają. Kiedyś nie karano biskupów jeżdżących samochodem po kielichu, a teraz można. Dlaczego mam być bierną stroną, a biskup ma być bezkarny? Bez względu na konsekwencje, chciwość i kłamliwe oświadczenia biskupa będę robił to, co robię. Wierzę w Boga, a nie w hierarchów – zapowiada ks. Jacek Stasiak.

Luter

25 sierpnia, kościół św. Stanisława Kostki w Aleksandrowie Łódzkim. Ksiądz Stasiak przemawia do ponad pół tysiąca wiernych, którzy ledwo się tu zmieścili. Właściwie tej mszy nie powinno być. Ale jest i ks. Stasiak tłumaczy, że arcybiskup łódzki Jędraszewski, który zakazał mu odprawiania mszy, jest w błędzie, działanie kurii zaś to jedna wielka intryga. Dla wzmocnienia przekazu przypomniał abp. Jędraszewskiemu epizod z czasów, kiedy hierarcha pracował w Poznaniu i bronił oskarżonego o molestowanie księży metropolitę wielkopolskiego abp. Juliusza Paetza. Mówił: „O tym, co jest wiarygodne i prawdziwe, świadczy historia naszego życia i naszych dokonań. Bezkarne łamanie sumień, poświadczanie nieprawdy, to wszystko robił obecny arcybiskup łódzki. Komentarz dopiszcie sobie sami (…) Nie pozwolę sobie na to poczucie bezkarności grupy, przed którą przestrzegał nas papież Franciszek [chodzi o lobby gejowskie w Kościele – red.]. Zakończył cytatem z Marcina Lutra: „Bóg mi świadkiem, inaczej nie mogę”. Od wiernych dostał rzęsiste brawa.

Tydzień wcześniej arcybiskup łódzki nałożył na niego suspensę zakazującą mu sprawowania jakichkolwiek czynności kapłańskich, m.in. odprawiania mszy, spowiadania czy głoszenia kazań. Wcześniej, jeszcze w czerwcu, zakazał mu odprawiania mszy w kościele św. Stanisława Kostki i zamieszkanie w jednej z łódzkich parafii w charakterze rezydenta. Wszystkie kary, jak tłumaczono w piśmie, miały zmobilizować Stasiaka do życia zgodnego z normami Kościoła i naprawić publiczne zgorszenie. Oficjalny powód? Prowadzenie przez niego działalności gospodarczej bez zgody biskupa i nieuregulowany status kościoła św. Stanisława Kostki. – Tak naprawdę to wielka intryga, bo nie zgodziłem się oddać za darmo kościoła archidiecezji. Teraz się mszczą – tłumaczy ks. Stasiak.

Kościół

Przedmiot sporu, czyli kościół św. Stanisława Kostki, z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku zachwyca niespotykaną w Polsce protestancką architekturą. Drewniane balkony, pięknie malowane polichromie, zabytkowe organy. Wszystko odnowione według przedwojennego protestanckiego oryginału. Kiedy ks. Stasiak zaprasza do środka, pokazuje swoją kolejną twarz: przewodnika zasypującego historycznymi ciekawostkami. Kościół ma burzliwą historię. W 1820 r. wybudowali go luteranie. Przed wojną Aleksandrów Łódzki był miastem trzech kultur i wyznań. W zgodzie z sobą żyli tu Polacy, Żydzi i protestanci. Kiedy hitlerowcy weszli do miasta we wrześniu 1939 r., zaprowadzili nowe religijne porządki. Synagogę wysadzili w powietrze, kościół katolicki zamknęli na cztery spusty i zostawili tylko ewangelicki zbór. – Po wojnie prawem kaduka przejął go Kościół katolicki – opowiada ks. Stasiak. W latach 60., kiedy stosunki między wyznaniami trochę się ociepliły, arcybiskup podpisał umowę z ewangelikami na dzierżawę. Zobowiązał się do płacenia za nią i utrzymania kościoła w dobrym stanie. – Nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Już po wojnie proboszcz wymontował z kościoła nowatorską wtedy technikę ogrzewania centralnego i przeniósł ją na plebanię. Przez lata kościół niszczał, ale nikt się tym nie przejmował – opowiada ks. Stasiak. W końcu wiernym sufit zaczął spadać na głowę i w latach 80. kościół zamknięto. – Po tym jak katolicy go porzucili, został tu tylko miejski szalet. Jako rodowity aleksandrowianin, który siedział w ławkach tego kościoła jako dzieciak, nie mogłem na to patrzeć – opowiada ks. Stasiak. Mówi, że ludzie patrzyli na niego jak na wariata, kiedy w latach 90. dogadał się z zaprzyjaźnionym biskupem ewangelickim i odkupił od wspólnoty protestantów świątynię za symboliczną złotówkę.

Remont zaczął z własnych pieniędzy. Potem razem z biskupem ewangelickim założył Fundację Ekumeniczne Centrum Dialogu Religii i Kultur. Jako organizacja pożytku publicznego mogła zbierać dotacje. Miasto przekazało na renowację kościoła 900 tys. zł, kilkaset tysięcy dał europejski fundusz ochrony zabytków, resztę dołożyli prywatni sponsorzy. Kościół katolicki do zbiórki się nie dorzucił. – W sumie za 2,5 mln zł odnowiliśmy kościół, który jest dziś w rejestrze zabytków i jest perłą niespotykaną na skalę kraju. Poprzedni arcybiskup łódzki Władysław Ziółek wyraził zgodę na odprawianie mszy. Ale potem zaczął wprost domagać się ode mnie, żebym przekazał go na rzecz kurii za darmo. Proszę to sobie wyobrazić: Kościół najpierw zabrał ewangelikom świątynię, korzystał z niej przez 40 lat, nie płacąc złamanego grosza, i doprowadził do ruiny. Nie kiwnął nawet palcem, kiedy go odbudowywaliśmy, a teraz zgłasza się do mnie i mówi: oddaj nam za darmo. Nawet gdybym chciał, to nie mogę, bo to przecież własność fundacji. Każdy prawnik powie panu, że gdybym jako jej szef przekazał go jako darowiznę, dostałbym od prokuratora zarzut niegospodarności! – przekonuje ks. Stasiak.

Biznesmen

Fundacja to zresztą kolejna kość niezgody z arcybiskupem. W liście do księdza arcybiskup nakazał mu zaprzestania działalności gospodarczej związanej z prowadzeniem fundacji, a także prowadzenia prywatnego gimnazjum i liceum, księgarni, zakładu rehabilitacji i stomatologii oraz domu pomocy społecznej. Wszystko, jak motywuje biskup, dla dobra duchowego ks. Stasiaka. – Co o moim dobru duchowym może powiedzieć biskup, który mówi, że nie interesuje go to, że dzięki współpracy z bankiem żywności mogę dwóm tysiącom najbiedniejszych mieszkańców miasta co miesiąc przekazać żywność o wartości 200 zł na osobę? – opowiada ks. Stasiak. – Bo co ja będę głodnemu mówił o Bogu? W trakcie naszego spotkania co chwila wyciąga smartfona. A to dzwoni ktoś w sprawie nagłośnienia na niedzielnej mszy, a to trzeba położyć dywan w fundacji albo odebrać paczki z banku żywności. Kurii ta działalność chyba się nie podoba.

W liście nakazuje Stasiakowi zaprzestanie kierowania dwiema prywatnymi szkołami: gimnazjum katolickim Scholar i liceum Erasmus, które założył i których jest dyrektorem. Szkoły są prestiżowe, liceum od dziesięciu lat ma 100- -proc. zdawalność matury. Uczniowie płacą 200 zł za miesiąc nauki. – Szkoła ma profil katolicki, ale nie jest zależna od Kościoła. Nie ma u nas segregacji doktrynalnej, są niewierzący, są muzułmanie. Mamy teraz dwie uczennice z Dubaju. Tak, chodzą na przedmiot religii z elementami religioznawstwa, ale nie mają z tym problemu. Modlitwa przed lekcją? Nie prowadzimy czegoś takiego. Chcemy wychowywać świadomie i samodzielnie myślącego człowieka, który traktuje wiarę jako sposób na życie, a nie odziedziczoną ojcowiznę – opowiada ks. Stasiak. Uczniowie szkoły mają też zapewnioną darmową opiekę w niepublicznej poradni rehabilitacji i poradni stomatologicznej. Obie założył ks. Stasiak. – Mamy umowy z NFZ, zdecydowana większość ludzi leczy się tutaj bezpłatnie – przekonuje. Oprócz fundacji, dwóch szkół i dwóch przychodni ma też księgarnię przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi.

Wolny strzelec

Swoją wielką aktywność tłumaczy tym, że spełnia się w działaniu. Poza tym musiał sam zadbać o siebie, bo, jak twierdzi, Kościół się nim nie przejmował. Przez lata był wolnym strzelcem, nienależącym do żadnej parafii. Biskup mianował go prefektem, więc uczył religii w tutejszym liceum, ale zarabiał tylko, prowadząc raz dziennie mszę. – W sumie 900 zł miesięcznie. A w tym czasie ciężko chorowałem na kręgosłup, miałem też historie nowotworowe związane z rakiem kości. Gdybym nie wziął spraw w swoje ręce, dawno jeździłbym na wózku – przekonuje.

To właśnie z powodu stanu zdrowia od lat jest na rencie, co pozwala mu funkcjonować na uboczu kościelnej hierarchii. Nie należy do żadnego Kościoła, msze odprawia we własnej świątyni, nad którą biskup nie ma żadnej władzy. – Ale ludzie głosują nogami. U mnie na jednej mszy o dziesiątej jest 500- -800 osób. W parafii obok na sześciu mszach 1,7 tys. – przekonuje. Twierdzi, że leki, które bierze z powodu bólów kręgosłupa, w znacznym stopniu utrudniają obiektywne postrzeganie rzeczywistości. Tak przynajmniej napisał lekarz na oświadczeniu, które złożył w kurii. Pytam go, czy wobec tego należy go traktować jak człowieka nie w pełni władz umysłowych. – Oczywiście, że nie, ale prawo jest prawem. Jeśli widzę, że przeciwnik, a tak postrzegam niestety biskupa, knuje intrygę, to muszę jakoś się bronić. Złożyłem całą dokumentację medyczną, ale w kurii to zignorowano. Według prawa kanonicznego biskup nie może mnie ukarać, jeśli są takie przesłanki medyczne. Dlatego ja uważam te kary za nieważne – tłumaczy.

Buntownik

Mówi, że zawsze był inny. Powołanie nie spłynęło na niego nagle jak grom z jasnego nieba, tylko wybrał je świadomie. – Powołanie odkryłem w literaturze. Od dziecka czytałem mnóstwo klasyki. Od „Odysei”, przez „Boską komedię”, po Feliksa Koniecznego, Dostojewskiego i Prousta. Na pamięć znałem cały „Traktat o szczęściu” Tatarkiewicza, tak mi się spodobał – opowiada. Przyznaje, że to może mało typowy zestaw dla katolickiego księdza, ale zaraz dodaje, że wrażliwość na piękno, które tam odnajdywał, chciał też znaleźć w kapłaństwie. – I znalazłem. Bo dla mnie tytuły arcybiskupów, purpura i symbole to jest teatralna dziecinada. Nigdy nie chciałem być wysoko w hierarchii, tylko być blisko misterium i ludzi – tłumaczy.

To podejście nie zapewniało mu popularności wśród zwierzchników. Kapłańskie święcenia przyjął 29 lat temu i od razu zaczął robić wokół siebie szum. Pracował w parafii w pobliskim Zgierzu i urządzał tam konspiracyjne spotkania z narodową historią. – Znałem wszystkich opozycjonistów. Przyjeżdżali do mnie na odczyty i występy, po raz pierwszy w komunie Andrzej Ostoja-Owsiany publicznie mówił u mnie o Katyniu. Na zewnątrz były tłumy ubeków. Kiermasze książek z drugiego obiegu, występy Jacka Fedorowicza jako Kolegi Kierownika, przemycaliśmy bibułę. Piękne czasy, chociaż hierarchom się nie podobało – wspomina.

Na kilka lat przestał ich drażnić, kiedy wyjechał pracować jako duszpasterz do Niemiec. – To był sposób na leczenie. Prowadziłem tam normalnie msze, spowiedź, ale miałem też dostęp do niemieckich klinik, które uratowały mi życie – opowiada. Kiedy wrócił, zaczął wykładać muzykoterapię na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. – Od zawsze interesowałem się psychologią, specjalizowałem się w psychotanatologii, czyli badaniu zjawiska śmierci. Zrobiłem podyplomowe studia z muzykoterapii na własny rachunek. Fascynowało mnie to, że za pomocą materiału muzycznego można minimalizować strach przed śmiercią. To czysto naukowe teorie, synchronizacja półkul mózgu, fale alfa i beta, ale dla większości hierarchów byłem chyba alchemikiem, który uprawia jakąś zakazaną dla każdego katolika szarlatanerię – opowiada.

Ekumenizm

Jeszcze bardziej niż zainteresowania ks. Stasiaka niektórych hierarchów drażniła jego otwartość na inne religie. Przez lata zapraszał do kościoła Stanisława Kostki żydowskich artystów, organizował spotkania ekumeniczne z protestantami. Na ostatniej zakazanej mszy kilkadziesiąt minut poświęcił 180. rocznicy urodzin Izraela Poznańskiego, żydowskiego przedsiębiorcy z Aleksandrowa Łódzkiego. Był nawet koncert i „Skrzypek na dachu” odśpiewany w trakcie nabożeństwa. – Wyobraża pan sobie, jaka to odwaga? W małym mieście, gdzie powszechne były fobie i niechęć, to jest niesamowita rzecz. Udało mu się zmienić świadomość mieszkańców – przekonuje Jacek Lipiński, burmistrz Aleksandrowa. Rządzi miastem już trzecią kadencję, od początku współpracuje z ks. Stasiakiem. Mówi, że to człowiek renesansu z otwartym umysłem. – Nie żaden klecha w tradycyjnym rozumieniu. Humanista, który czyta Hegla i Baudelaire’a i potrafi ich cytować w kazaniach. Trudno to pogodzić z tym, co prezentuje tradycyjny Kościół – mówi Lipiński.

– Moje kazania mają uwrażliwić na ogólnie pojęte sacrum. Ilu ludzi, tyle dróg do Boga. Ja mam tu, na ziemi, tylko stać i pomagać im do niego dojść, a nie uznawać się za inkwizytora – komentuje ks. Stasiak. O sprawę ks. Stasiaka chcieliśmy zapytać w archidiecezji łódzkiej. Rzecznik kurii ks. dr Rafał Leśniczak odpowiedział nam jednak, że jest to „wewnętrzna sprawa Kościoła, a normy prowadzonego procesu kanonicznego nie pozwalają na publiczne wypowiedzi”. Zapowiedział, że jeśli odprawi mszę 1 września, zostanie przeniesiony w stan świecki. A ks. Stasiak już szykuje uroczystą mszę z okazji rozpoczęcia roku i rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przejmuje się raczej tym, jak wypadnie koncert wojskowej orkiestry, a nie groźbami biskupa. – To jest bzdura, tak samo jak straszenie wiernych grzechem ciężkim. Jeśli mamy używać średniowiecznych anachronizmów, to przypominam, że wciąż ważny jest Indeks ksiąg zakazanych, wśród których widnieje np. „Boska komedia” Dantego czy poezja Baudelaire’ a. Według tego prawa czytanie tych dzieł to dla katolika ciężki grzech. Chciałbym tylko tak grzeszyć – mówi ks. Stasiak.

Zapowiada, że będzie księdzem do końca życia. Nie chce iść drogą buntowników, którzy chcieli zmieniać Kościoł, a potem z niego odchodzili. – Bo czy przez moment w tym pokrzykiwaniu i straszeniu przez biskupa da się zauważyć, że tu chodzi o człowieka? O wiarę w Boga? Nie, tu chodzi o pychę, zastraszanie i poczucie władzy – mówi ks. Stasiak. Ale dodaje, że on nie da się zastraszyć i będzie dalej robił swoje. Bóg mu świadkiem, inaczej nie może. ■

Okładka tygodnika WPROST: 36/2013
Więcej możesz przeczytać w 36/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Tomasz IP
    Grzech śmiertelny i będzie palony w piekle ! Ale bzdury. Ksiądz Stasiak w nie nie wierzy bo jak 80% księży jest ateista (ukrytym) i wie, ze najważniejsza jest kasa i władza i nie da się wygonić ze stanowiska.