Koledzy Wałęsy, o których zapomniano

Koledzy Wałęsy, o których zapomniano

Ostatnie wspóle zdjecie grupy Stogi (fot.archiwum prywatne Józefa Drogonia)
W filmie "Wałęsa. Człowiek z nadziei” brakuje wątku o ludziach, którzy pomagali Lechowi Wałęsie, a potem popadli w zapomnienie.
Ich nazwisk prawie nikt nie zna. Nie ma ich ani w podręcznikach historii, ani w prezydenckich wspomnieniach, ani nawet w filmie Andrzeja Wajdy. Czasem, gdy Lech Wałęsa wspomina początki swojej walki, pojawiają się w tle tej opowieści jako ludzie od czarnej roboty, bezimienni członkowie jego grupy ze Stogów. 30 lat temu daliby się za Lecha Wałęsę pokroić, a dziś nawet z nim nie rozmawiają. – Z Lechem trudno się skontaktować, bo on nie nosi z sobą komórki – próbuje jakoś tłumaczyć Wałęsę poseł Jerzy Borowczak. To on zaczął w 1980 r. strajk w Stoczni Gdańskiej, który Lech Wałęsa zakończył wielkim sukcesem. – Czasem tak jest, że Wałęsa nie o wszystkich pamięta. I nie można mieć o to pretensji, bo już w książce "Droga nadziei” Wałęsa pisał: "Trudno wskazać miejsce, w którym zaczyna się rzeka”.
***

Kazimierz Żabczyński mieszka w tym samym baraku i wśród tych samych sąsiadów, którzy od pół wieku czekają, aż coś się zmieni. Chodzi po mieszkaniu w kształcie kiszki, kołysząc się na boki jak kwoka. Ma uszkodzony staw biodrowy i żadnych szans na jego leczenie, bo nie ma pracy ani ubezpieczenia. Miał 24 lata, gdy w 1978 r. kolega z pracy powiedział mu o człowieku, który jawnie stawia komunistom opór. – Facet był dziwny – mówi Żabczyński. – Wiadomo było, że coś robi, bo pod jego blokiem wyczekiwali stale w samochodach ubecy.
 
– Był przywódcą, ale tylko dla nas trzech – dodaje Żabczyński. W 1979 r. do grupy Stogi należeli jeszcze 24-letni kierowca Sylwester Niezgoda i 47-letni ślusarz Leon Stobiecki. Później dołączył Józef Drogoń ze Stoczni Północnej. Wałęsę zobaczył po raz pierwszy w grudniu 1979 r., gdy przemawiał pod stoczniową bramą. Mówił, że za rok z kamieni przyniesionych przez gdańszczan powstanie tu pomnik poległych w 1970 r. stoczniowców. – Gadał śmiesznie, podniesionym głosem, a wokół kręciło się sporo ludzi – wspomina Drogoń, który na wiecu dostał ulotkę z informacją, że gadającego elektromontera z Elektromontażu odnajdzie przy ulicy Wrzosy 26, klatka c, mieszkanie numer 5. Do tych drzwi zapukał kilka tygodni później, gdy z Motławy wyłowiono ciało jego kolegi Tadeusza Szczepańskiego, który w Wolnych Związkach Zawodowych pełnił funkcję pomocnika Wałęsy. Szczepański zginął w tajemniczych okolicznościach, o jego śmierć działacze WZZ winili SB. – Był nadęty, nikogo nie słuchał i mówił zawsze swoje – wspomina Drogoń Wałęsę. Ale miał też zalety: – Jak mówił, tak robił. Był solidny. Jak coś komuś obiecał, to dotrzymywał słowa.

***

Wolne Związki Zawodowe powstały na Wybrzeżu 29 kwietnia 1978 r. i Lech Wałęsa nic o tym nie wiedział. Mózgiem i motorem ich założenia był Krzysztof Wyszkowski, który dziś oskarża Wałęsę o agenturalne związki.

***

Gdy się patrzy na kuśtykającego Kazimierza Żabczyńskiego, trudno uwierzyć, że był kiedyś komandosem WZZ. Że wykonywał zadania specjalne, malował mury, rzucał ulotki, rozwoził je po Pomorzu i był na każde wezwanie Lecha. On i mieszkający nieopodal przy ulicy Ugory Sylwester Niezgoda byli podporą całej grupy. Potrafili całą noc drukować ulotki, a rano pakować do siatek i jechać z nimi do centrum miasta i rozrzucać wśród ludzi. W styczniu 1980 r. Niezgoda i Żabczyński podpalają wielką propagandową tablicę stojącą przed Elektromontażem: "Polityce Partii nasze tak”. To wielkie logistyczne przedsięwzięcie, ale nikt nie wpada. Do sierpnia zajmują się łącznością z robotnikami, kursując między Słupskiem i Elblągiem. W sierpniu Wałęsa powierza im niezwykle trudne zadanie. O świcie 14 sierpnia mają w kolejce jeżdżącej przez Trójmiasto wręczać ulotki informujące o strajku, który za kilka godzin ma wybuchnąć. Dzień wcześniej ukrywają się po krzakach i rowach, by o świcie wsiąść do "elektryczki” i wykonać zadanie. Żabczyński z Niezgodą docierają do stoczni w południe 14 sierpnia. Mówią stoczniowcom, że są z grupy Lecha Wałęsy, ale jeszcze nie wszyscy go tutaj znają. – Strajkiem kierował wtedy Andrzej Gwiazda i jego żona Joanna, a Lechu dopiero powoli się wkręcał.

Najstarszy w grupie był ślusarz z gdyńskiej stoczni Marynarki Wojennej Leon Stobiecki. Miał 47 lat, gdy wybuchł strajk w Gdańsku. To on konstruował prymitywne ramki do drukowania, wyposażał opozycję w wałki drukarskie i konstruował wyrzutnie ulotek. Dwa tygodnie przed strajkiem, 31 lipca 1980 r., poszedł z Wałęsą do centrum Gdańska na jedną z ostatnich swoich akcji ulotkowych. Bibułę trzymali w wózku małej Magdy Wałęsówny i jadąc ulicą Chmielną, rozrzucali je tak długo, aż zostali zatrzymani. Dwa miesiące wcześniej Wałęsa poprosił Stobieckiego, by wykonał 37 wałków, które będą mu wkrótce potrzebne. Nimi właśnie drukowano potem komunikaty strajkowe. Stobiecki był jedyną osobą z grupy Stogi, poza samym Wałęsą, która weszła w skład Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni im. Lenina w sierpniu 1980 r. Już podczas drugiego dnia strajku Stobiecki mocno się skonfliktował z Lechem Wałęsą. Gdy Wałęsa ogłosił wielkie zwycięstwo i zakończenie strajku, Stobiecki podszedł do niego i powiedział: – Takiego ch… zwyciężyłeś. Jak wyjdziesz za bramę, to cię ukamienują. Od tej pory relacje między nimi są napięte.

***

Jedno z ostatnich wspólnych zdjęć grupy Stogi zostało zrobione przy grobie Tadeusza Szczepańskiego w marcu 1980 r. Na tle brzozowego krzyża stoją Żabczyński, Stobiecki, Niezgoda i Wałęsa z dwoma synami: dziesięcioletnim Bogdanem i sześcioletnim Przemkiem. Nie widać Józefa Drogonia, bo właśnie robi zdjęcie. To jeden z ostatnich momentów, kiedy są razem i sobie ufają. – Już podczas strajku w stoczni stawał się bogiem – mówi dziś Żabczyński. – Czuć było, jak się od nas oddala.

Po Sierpniu Żabczyński i Niezgoda trafili do pracy w "Solidarności”. Pierwszy został drukarzem, drugi kierowcą. W 1981 r. oskarżają Mieczysława Wachowskiego, najbliższego współpracownika przewodniczącego "Solidarności”, o związki z SB i w trakcie szamotania wymierzają mu kilka kopniaków w tyłek. Wałęsa reaguje nerwowo, wzywa ich na dywanik i opiernicza. Tak się kończy ich przyjaźń. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w grudniu 1981 r. Sylwester Niezgoda ukrywa się na statku handlowym i w ten sposób udaje mu się uciec do Holandii. Zrywa kontakty. Pod koniec lat 90. jest kierowcą tira i przejeżdżając przez Gdańsk, odwiedza Żabczyńskiego. Obiecuje, że wpadnie następnym razem, ale ślad po nim ginie. Trzy miesiące temu z nekrologu zamieszczonego w lokalnej gazecie koledzy dowiadują się, że zmarł na obczyźnie.

Żabczyński trafia do obozu internowania w Strzebielinku. Po wyjściu łapie się kolejnych robót, aż do 2006 r., gdy ostatecznie traci pracę. Oficjalnie jest inwalidą bez prawa do renty. Z czego żyje? Tego nie wiedzą nawet jego najbliżsi koledzy. Nigdy potem nie szukał kontaktu z Lechem Wałęsą. – Ja zwykły robol jestem, a on już panisko obrośnięte w piórka – mówi. – Gdyby chciał z nami rozmawiać, to na pewno by się z nami skontaktował. Najdłużej z Wałęsą współpracował Józef Drogoń. Jeszcze w stanie wojennym przygotowywał mu aparaturę radiową, by mógł nasłuchiwać milicyjnych kanałów. Był na usługach przewodniczącego aż do 1987 r. – Wtedy mi powiedział, że nie będę mu już potrzebny, więc wyjechałem do Ameryki. W latach 90., gdy Lech był już prezydentem, pojechał odwiedzić go w domu przy ulicy Polanki. Próbował tłumaczyć, że nie wygra wyborów, bo ludzie się od niego odwrócili. I następnym razem już nie został wpuszczony. – Więcej już tam nie poszedłem – mówi.

***

Leon Stobiecki ma 80 lat, pierwszą grupę inwalidzką, głodową emeryturę i ciężko chorą żonę za drzwiami. Z tego powodu gości przyjmuje tylko na klatce schodowej. – On jeden wyprowadził wojska radzieckie, jeden obalił system komunistyczny, jeden sam wszystko wygrał – mówi o Lechu Wałęsie. – Wszystko sobie przypisał. Po co mam mu zabierać ten triumf, zwycięstwo i bohaterstwo, skoro odstawił nas na boczny tor. Stobiecki nosi w sercu zadrę. Od kiedy wie, że Lech Wałęsa próbował go wyrzucić z „Solidarności”. A potem przy zagranicznych dziennikarzach nazwał go zdrajcą. I zanim zniknie za drzwiami, dodaje: – Nie chcę mieć już z nim nic wspólnego.

Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Wprost" oraz na stronie internetowej

Najnowszy numer "Wprost" jest   dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania .

Czytaj także

 30
  • _reżyser.POsłusznyNaTelefon IP
    ...Wajda czuje się tak, jakby mu ktoś napluł w twarz ? - ale 'twarz" to trzeba mieć... ?
    • jacek IP
      Ten człowiek wyżej patrzy jak widzi, prawdziwy bufon.
      • aussie1inc IP
        Co to jest, ze jak jakis Polak odniesie sukces to cala masa ma przyjemnosc w opluwaniu tego drania, co to odniosl sukces ale na barkach tych co teraz opluwaja. A jak jakis Polak odniesie ogromny sukces to jest to zbrodniarz, zlodziej, lachudra, donosiciel, sprzedawczyk. Tak Polacy oceniali Jozefa Pilsudskiego, tak oceniaja Lecha Walese. Widac tak ma byc w tym pieknym kraju.
        • makaron530 IP
          Tez mu ufalem.
          Oszukal kolegow ,oszukal narod,wszedl w uklad z komunistami i ciagle w tym bagnie siedzimy.
          Mowi o demokracji,znaczy oszukuje w dalszym ciagu albo jest naiwny,albo swiadom zniewalania narodu.
          • dziśstaryfacet IP
            Ja tamte czasy pamiętam .Może dobrze że wspomina się tamtych ludzi -ale to nie zmieni sytuacji że przez 10 lat niekwestionowanym przywódcą i jedynym któremu ludzie Solidarności wierzyli był Lech Wałęsa.Bez niego nic by nie wyszło.Każdy Polak zna JP2 i wie że on wcześniej nazywał się Karol Wojtyła.Ci co pamiętają Karolka z Franciszkańskiej i okno w którym wtedy był rozmawiając z młodziezą nie ma nic wspólnego z oknem papierskim.Po oknie Karola Wojtyły od kilkunastu lat nie ma nawet śladu.Jest natomiast okno papierskie po drugiej stronie ulicy Franciszkańskiej.Przecież tak już było gdy jeszcze żył JP2.No i niby co mielibyśmy dzisiaj zarzucić JP2 że olał nas tych młodych którzy przychodzili pod tamto okno????Wtedy każdy z nas liczył się z tym że SB może nas obserwować.Ja pamiętam że wtedy mieliśmy problemy w szkole ale jakoś nigdy nie łączyliśmy tego z tym że chodziliśmy na Franciszkańską.Dzisiejsza młodzież nie jest w stanie wyobrazić sobie jak wtedy wyglądało życie.Może to i dobrze bo śmiali by się że przed Lechem Wałęsą mieliśmy tak głupich Polaków którzy zgadzali się na takie życie(wegetację).W tamtych czasach około 50% Polaków nie widziało nigdy prawdziwego banana a o innych owocach nawet nie ma co mówić.Poprostu było tak jak dzisiaj w Korei północnej.Zabawka Made in Honk Kong to co najmniej pół wypłaty.Dzisiaj taka samo nie kosztuje nawet pół dniówki.