Korporacja AK

Korporacja AK

Armia Krajowa otrzymywała pieniądze od rządu RP w Londynie, a nawet od prezydenta USA. Jednak żołnierze polskiego podziemia najczęściej musieli samodzielnie finansować swoją działalność konspiracyjną.

W początkach swego istnienia armia państwa podziemnego była niewielką organizacją z miesięcznym budżetem 25 tys. dolarów. Latem 1944 r. Komenda Główna AK miała już budżet na poziomie 1 mln dolarów i zatrudniała na etatach 4 tys. osób, będąc jednym z największych pracodawców w Warszawie. Pensja dowódcy warszawskiego Kedywu z dodatkami wynosiła ponad 6 tys. zł. Jednak większość żołnierzy Armii Krajowej nie dostawała nic i musiała sobie radzić na własną rękę. Finansom AK historycy poświęcili dotąd niewiele uwagi. W powszechnej świadomości utrwalił się obraz bohaterskich żołnierzy walczących bezinteresownie o wolność Polski. Nie byłoby to jednak możliwe bez pieniędzy na utrzymanie kadry zawodowych konspiratorów, sieci tajnych lokali, zakupy broni, amunicji, samochodów, szkolenia, wykupywanie aresztowanych, leczenie rannych, korumpowanie urzędników okupacyjnej administracji i wiele innych, czasami zdumiewających rzeczy. Dlatego już pierwsze depesze, wymieniane między dowódcą Związku Walki Zbrojnej w kraju gen. Stefanem Grotem-Roweckim a komendantem ZWZ za granicą gen. Kazimierzem Sosnkowskim, dotyczyły spraw finansowych.

Prowizja dla kuriera

Środki przekazane pod koniec września 1939 r. na utworzenie konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce (poprzednik ZWZ) szybko się skończyły. Były to pieniądze z kasy miejskiej Warszawy, które do dyspozycji podziemia oddał prezydent Stefan Starzyński (ok. 1 mln zł), oraz fundusze z kas oddziałów Wojska Polskiego. Sporymi środkami dysponował rząd przebywający na uchodźstwie we Francji, ale problemem było przewiezienie ich do okupowanego kraju. Zadania tego podjął się niejaki Samson Mikiciński, wcześniej właściciel biura podróży i właściciel paszportu dyplomatycznego Chile (przed wojną zatrudniał go konsulat tego kraju w Warszawie). Jego usługi okazały się jednak wyjątkowo kosztowne.

„Mik. przywiózł 6,5 mln zł, oddał nam 2,7 mln zł, z czego potrącił 90 tys. za paszport i 100 tys. za fatygę i prowizję, 300 tys. na cele charytatywne, a 450 tys. dał do wymiany swoim żydowskim pośrednikom. Dostaliśmy tylko 1,8 mln zł” – skarżył się Grot-Rowecki w marcu 1940 r. w depeszy wysłanej do Francji. Skarga okazała się chyba skuteczna, bo w kolejnej depeszy informował gen. Sosnkowskiego, że Mikiciński przekazał w kwietniu 2 mln 302 tys. 100 zł, potrącając sobie tylko niecałe 323 tys. zł (zwykle jego prowizja wynosiła minimum 25 proc.). Niestety większość przysłanych pieniędzy była w banknotach 100 i 500 zł, które Niemcy zaczęli wycofywać z obiegu. Można było je jeszcze wymienić, ale ze stratą sięgającą nawet połowy wartości. Dlatego w kolejnej depeszy Grot-Rowecki prosił, by nie przysyłać więcej złotówek, ale dolary w ilości ok. 20 tys. miesięcznie, ewentualnie część tej kwoty w markach niemieckich lub brylantach.

Wielokrotne likwidacje

Po upadku Francji rząd RP przeniósł się do Londynu, co utrudniło finansowanie podziemia: w depeszy z grudnia 1940 r. Grot- -Rowecki skarżył się, że z obiecanej kwoty 180 tys. dolarów do końca listopada dostał tylko 110 tys. 855 dolarów. Jednocześnie planował już wydatki na następny rok. W 1941 r. koszty działalności ZWZ obliczał na 500 tys. dolarów (odpowiednik obecnych 6 mln dolarów). Na utrzymanie konspiracji w Generalnej Guberni potrzebowano 197 tys. dolarów, na ziemiach włączonych do Rzeszy – 83 tys. dolarów, a na terenach pod okupacją sowiecką – 90 tys. dolarów. 85 tys. dolarów miało zostać przeznaczone na rezerwy, wydatki specjalne, wywiad, opłacenie kurierów oraz wykupywanie ludzi z rąk gestapo i z obozów koncentracyjnych.

W lutym 1941 r. rozpoczęły się pierwsze zrzuty cichociemnych na tereny okupowanej Polski. Ich zadaniem było nie tylko przekazanie polskiej konspiracji dywersyjnego know-how, ale też dostarczenie pieniędzy dla podziemnej armii. Każdy spadochroniarz miał specjalny pas, w którym były ukryte papierowe i złote dolary. Finansowanie ZWZ nabrało rozpędu, jednak budżet na 1941 r. wciąż nie umożliwiał prowadzenia aktywnej walki. Najbardziej spektakularne akcje tego okresu to likwidacja zdrajców i konfidentów gestapo oraz sabotaż w fabrykach – takie akcje kosztowały najmniej. Likwidacja zdrajcy, obejmująca jego obserwację, transport egzekutorów, koszty amunicji i samą akcję, zamykała się w kwocie od 500 do 1,5 tys zł. Co prawda niektórych trzeba było likwidować kilka razy, gdyż pierwsze zamachy, przeprowadzane przez mało jeszcze doświadczonych konspiratorów, bywały nieskuteczne. Przełomem był dopiero następny rok budżetowy, na który gen. Stefan Grot- -Rowecki wynegocjował z rządem kwotę ponad 4 mln dolarów. Również trzy wizyty gen. Sikorskiego w Waszyngtonie zaowocowały przyznaniem ZWZ (przemianowanemu od lutego 1942 r. na Armię Krajową) stałej dotacji w wysokości kilku milionów dolarów rocznie z funduszu dyspozycyjnego prezydenta USA. Efekty szybko były widoczne: między październikiem 1942 a marcem 1943 r. partyzanci AK dokonali ponad 60 ataków na niemiecką armię – trzy razy więcej niż w sumie przez poprzednie trzy lata okupacji. Rozpoczął się też proces etatyzacji podziemia.

Bezpłatny urlop na pracę w AK

Jednym z zatrudnionych był 23-letni wówczas Władysław Wojewódzki, ps. Kaszub: „Ponieważ wyniki na egzaminach w podchorążówce miałem bardzo dobre, zaproponowano mi pracę w wydziale szkoleniowym. W 1943 r. zostałem awansowany do stopnia podporucznika, przeszedłem na etat i dostawałem za to pieniądze. Pracowałem jako wykładowca, jeździłem po różnych mieszkaniach i prowadziłem wykłady z zakresu walk ulicznych, nauki o broni i małego sabotażu. Wykłady miałem trzy, cztery razy w tygodniu. Poza Armią Krajową były jeszcze inne organizacje, do których mnie posyłano, m.in. Państwowy Korpus Bezpieczeństwa, który miał być po wojnie polską policją. Prowadziłem również szkolenie młodzieży w Szarych Szeregach” – wspominał Wojewódzki.

Pół etatu w AK dostał Witold Bartnicki ps. Kadłubek z batalionu Zośka: „Etat cały to było 1,4 tys. zł brutto. U nas etaty były dzielone, żeby obdzielić większą liczbę osób. Otrzymałem 700 zł, ale to była fortuna, bo pensja wtedy, powiedzmy sobie, robotnika wynosiła 150 zł, konduktor na tramwajach zarabiał 120 zł”. W rzeczywistości robotnicy w Warszawie zarabiali więcej, a 700 zł w połowie 1943 r. starczało na bardzo skromne utrzymanie. Jednak 18-letniemu Witoldowi taka pensja mogła się wydawać wielką kwotą. 32-letnia Jadwiga Uzdowska ps. Gienia pracowała w wydziale finansowym zarządu miasta Warszawy. Aby dostać pracę w AK, wzięła bezpłatny urlop z biura. Zatrudniono ją w wydziale saperów.

Etaty przyznawano również ludziom, którzy mieli stałe zatrudnienie, ale byli szczególnie cenni dla organizacji: „Przerwałem naukę na tajnych kompletach, przechodząc na etat Armii Krajowej. Byłem kurierem. Na lotniskach Okęcie i Bielany pracowałem dla wywiadu AK, jednocześnie pracując w firmie Obhut, która prowadziła ochronę magazynów i obiektów na niemieckich lotniskach” – wspominał Jerzy Sienkiewicz, jeden z najmłodszych zatrudnionych (w 1943 r. miał 16 lat).

Współpracownik wyżywi się sam

Stałe zatrudnienie Armia Krajowa oferowała również tym członkom, którzy z powodu wielu obowiązków w konspiracji nie byli już w stanie godzić jej z pracą. Jednym z nich był 19-letni Zdzisław Kaczorowski ps. Ryś. Zajmował się m.in. likwidacją konfidentów gestapo i kolaborantów – od maja 1942 r. brał udział w 11 takich akcjach. Jednocześnie pracował w straży pożarnej: „Do straży przyjeżdżali Niemcy. Robiliśmy próby gaszenia z bombami zapalającymi, bo Niemcy przykładali do tego bardzo dużą wagę, żeby w razie czego umieć gasić takie bomby. Później odszedłem ze straży, bo już nie było możliwości dalej tam pracować i jednocześnie prowadzić akcje. To już były za duże nerwy, żeby to wszystko ogarnąć” – wspominał. Jednym z warunków otrzymania etatu w AK było skończenie tajnej podchorążówki. Takich osób było jednak niewiele. Większość nie otrzymywała więc żadnych pieniędzy. Konspiratorzy pracowali jako robotnicy, kierowcy, ochroniarze, urzędnicy miejscy czy personel szpitalny i dopiero po pracy „szli na akcję”. Handlowali też towarami i walutą, pędzili bimber, zajmowali się szmuglowaniem żywności. Czasem robili użytek z broni. Jerzy Kisieliński ps. Dyszel, żołnierz pułku Baszta, wspominał: „Zaopatrzeni to byliśmy w ten sposób, że szliśmy do restauracji. Restauratorzy dobrze sobie żyli, bo Niemcy pili w restauracjach, mieli pieniądze. Wchodziłem, odpinałem marynarkę, miałem kopytko na brzuchu – za paskiem przeważnie się nosiło – i mówiłem, że potrzebujemy żywności, bo koledzy nie mają co jeść, siedzą w domu. Jak wziąłem jakiegoś kolegę przystojniaka, żeby też wyglądał jako tako jak żołnierz, to przynosiliśmy, co chcieliśmy. Nie mieliśmy na to pieniędzy, dowódca kompanii nam nie dał, tylko mówił: przynieście jedzenie. To przynosiliśmy. Jakoś mnie to dobrze szło. Chętnie dawali, wcale się nie sprzeczali, że pieniądze chcą”.

W wielu oddziałach tylko dowódcy otrzymywali pensje z kasy AK i finansowali z nich zakupy dla całej grupy. Często jednak pieniędzy nie wystarczało, szczególnie na zakup broni, nowy karabin kosztował kilka tysięcy złotych. Konieczne było więc zdobywanie funduszy na własną rękę: „Folksdojcze prowadzili różne duże firmy. Mieliśmy tam wtyczki, bo oni zatrudniali Polaków, tak że jak jakaś duża transakcja była, to myśmy wiedzieli i wtedy uderzaliśmy, zabieraliśmy pieniądze” – wspominał Wiesław Szulc, który brał udział w takich akcjach jako 18-latek.

Ta cholerna biurokracja

Finansową elitą AK byli członkowie oddziałów dyspozycyjnych Komendy Głównej – Kedywu. Były to profesjonalne grupy szturmowe, wykorzystywane do najtrudniejszych akcji (m.in. zamachu na szefa SS i policji w Warszawie Franza Kutscherę). Józef Rybicki, szef Kedywu Okręgu Warszawa, na początku 1944 r. oprócz 2,1 tys. zł pensji (etat II kategorii) otrzymywał też dodatki: 1,2 tys. zł węglowego, 1,2 tys. zł rodzinnego, 1,3 tys. zł lokalowego i 900 zł „na bezpieczeństwo” – razem 6,7 tys. zł. Druga na liście płac 40-letnia Zofia Franio, z zawodu lekarka sportowa i wykwalifikowany dywersant ze specjalnością materiały wybuchowe (brała również udział w akcjach), otrzymywała 4,3 tys. zł. Pensje innych żołnierzy Kedywu mieściły się w granicach 2,9-3,5 tys. zł. Mimo to Rybicki notował w swoim dzienniku, że z finansami było krucho, bo fundusz płac pochłaniał niemal 90 proc. budżetu, który miał do dyspozycji, brakowało natomiast pieniędzy na inne wydatki. A były one niemałe. Przykładowe pozycje z rozliczeń finansowych Kedywu: 10 budzików po 1,7 tys. zł do akcji specjalnej, 3 karty szoferskie po 2,5 tys. zł, samochód trzytonowy, numer rejestracyjny GZ 51899 – 75 tys. zł, koszta akcji pod Skrudą (wysadzenie pociągu) – 1,2 tys. zł, koszta wykonania wyroków (w czerwcu 1944 r.) – 4,78 tys. zł, akumulatory (ładowanie, kwas, przewóz) – 400 zł, kurs prawa jazdy dla 24 osób – 4,32 tys. zł, kredyt na dwie akcje – 10 tys. zł.

Rybicki opisuje również, jak księgowy z Komendy Głównej AK zażądał od żołnierzy Kedywu faktury za naprawę samochodu uszkodzonego w akcji: „Wściekłem się i poszedłem wytłumaczyć, co by się stało z właścicielem warsztatu, gdyby taki rachunek wpadł w ręce gestapo” – wspominał. Ostatecznie biurokrata zadowolił się fakturą wystawioną na fałszywe nazwisko. Narażający życie młodzi ludzie musieli się rozliczać nawet z takich wydatków jak leczenie zębów (280 zł) czy potajemny pogrzeb Tadeusza Zawadzkiego – Zośki – na Powązkach (3,025 tys. zł). Wielu podejrzewało, że pieniądze Armii Krajowej zamiast na zakup broni, akcje bojowe i szkolenia są wydawane na pensje i dodatki dla oficerów z Komendy Głównej oraz mieszkania dla nich i ich rodzin (sam komendant AK miał do dyspozycji 17 lokali) lub po prostu są ukrywane. Mieli wiele racji.

5,25 dolara za powstanie

Po aresztowaniu komendanta gen. Grota- -Roweckiego w czerwcu 1943 r. skończyło się wysyłanie do Londynu szczegółowych rozliczeń dochodów i wydatków Armii Krajowej. Nie wiadomo więc dokładnie, ile Komenda Główna AK otrzymała pieniędzy na 1944 r. ani na co zostały one wydane. Kiedy zapadła decyzja o wybuchu powstania w Warszawie, zmobilizowani 1 sierpnia żołnierze mieli do dyspozycji zaledwie 1 tys. karabinów i pistoletów maszynowych, 2,5 tys. sztuk broni krótkiej oraz 35 tys. granatów. Tymczasem ułożona przez płk. Chruściela ps. Monter lista liczyła ponad 180 obiektów, które mieli zająć w ciągu kilku dni. Jeszcze bardziej szokuje wysokość żołnierskiego żołdu. 22-letni Andrzej Żółtowski ps. Żuk z walczącego na Mokotowie dywizjonu 1. Pułku Szwoleżerów dostał za 63 dni powstania 5 dolarów i 25 centów. Ale nawet takie kwoty nie do wszystkich dotarły.

„Ciekawe – podobno żołd dostawaliśmy, płacili nam w powstaniu stuzłotówkami z napisem AK. Ani grosza nie dostałem. Później, jak ze szpitala wyszedłem, w Milanówku spotkałem Kryśkę sanitariuszkę. Powiedziała mi: Wiesz co, idź do Pruszkowa, tam pięć dolarów dostaniesz. Mówię: Z jakiej racji? Żołd ci się należy. Poszedłem, tam był Szary, plutonowy: Nie ma, przyjdzie później. Za kilka dni: Chwilowo nie ma. Grosza nie dostałem” – wspominał Jan Sawicki ps. Sowa, żołnierz pułku Baszta. Janusz Ptaszyński, żołnierz grupy bojowej Krybar: „Dostaliśmy po dziesięć dolarów, tylko nie do ręki, bo był jeden banknot studolarowy na dziesięciu. Wziął go nasz dowódca kapitan Kazik i po wojnie jakoś się z nami rozliczył”. Jak wynika z relacji żołnierza pułku Baszta Wiesława Lewensteina, który twierdzi, że jego teść ppłk Edward Lubowicki był skarbnikiem AK, ostatni komendant główny Leopold Okulicki w momencie aresztowania przez NKWD miał w swojej dyspozycji jeszcze ponad 1 mln 200 tys. dolarów i co najmniej 1,5 mln zł. Pieniądze wpadły w ręce komunistycznej bezpieki. ■

Okładka tygodnika WPROST: 41/2013
Więcej możesz przeczytać w 41/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także