Powrót Cylindra

Powrót Cylindra

Gdy koledzy Andrzeja Celińskiego odcinają już kupony od swojej politycznej działalności, on zaczyna wszystko od początku.

Miało być tak: na scenę wchodzi Andrzej Celiński z całą swoją opozycyjną tradycją walki o wolność i niepodległość i deklaruje, że teraz ramię w ramię z Januszem Palikotem będzie walczył o Polskę sprawiedliwą i otwartą. A w zasadzie do Palikota miał się przyłączyć nie tyle on sam, ile cała jego Partia Demokratyczna – mała, ale bardzo zasłużona. – Jestem z nim po słowie, więc na pewno do nas przystąpi – zapewniał znajomych tuż przed kongresem rebrandingowym Janusz Palikot. Wychodząc na scenę, Celiński złożył hołd Palikotowi i zaczął opowiadać, że gotowy jest pójść z Palikotem bardzo, bardzo daleko. Ale jak daleko, dodał, to się okaże dopiero za rok. – Widziałem, jak po tej deklaracji Januszowi szczęka opada – mówi jego znajomy. – Dla niego Celiński i Partia Demokratyczna to spadkobiercy Unii Demokratycznej, dzieci Geremka i Mazowieckiego, na których chciał budować nową tożsamość. Kluczem do tej budowli był właśnie Andrzej Celiński. Miał wnieść do ruchu piękny życiorys, tradycję PPS, KOR i podziemnej „Solidarności”. W zamian Palikot oferował mu wyjście z cienia i powrót na polityczne salony. Być może to już ostatnia szansa dla 63-letniego, trochę zapomnianego polityka.

Własnymi ścieżkami

Gdy w 1989 r. Andrzej Celiński zostawał pierwszy raz senatorem, wydawało się, że nadchodzą dla niego tłuste lata w polityce. W antykomunistycznej opozycji był niemal od dziecka. Jako 14-latek trafił do niepokornej drużyny harcerskiej Czarnej Jedynki, a jako 18-latek był już relegowany z Uniwersytetu Warszawskiego (za 1968). Potem były KOR, „Solidarność”, bliska współpraca z Lechem Wałęsą, uczestnictwo w obradach okrągłego stołu.

Dla przyjaciół z podziemia był Cylindrem, przez którego można było uzyskać dostęp do ucha przewodniczącego „Solidarności”. Lojalny i oddany Wałęsie. To on wywalczył od administracji USA możliwość wystąpienia Wałęsy przed połączonymi izbami parlamentu, co zdarzało się niezwykle rzadko. Miał 39 lat, gdy Wałęsa postanowił zrobić z niego wicemarszałka Senatu. Nie udało się, bo przepadł w głosowaniu. Antykomunistyczna opozycja zarzucała mu już wtedy zbytnią uległość wobec komunistów i odchylenie lewicowe. Gdy „Solidarność” podzieliła się na partie, Celiński trafił do Unii Demokratycznej. Jako jeden z pierwszych namawiał do koalicji z SLD. – Spróbujmy się zresetować – przekonywał. – Zacznijmy od nowa. Nie próbujmy się rozliczać z biografii. My mamy legitymację do sprawowania władzy, a oni mają kompetencje – tłumaczył.

Dziś dodaje: – Zawsze byłem lewicowy. I to właśnie go od Unii, jak twierdzi, odpychało. – Bo Unia wciąż szła na prawo – mówi. – Sama się skazała na dyktat prawicy. Jeszcze gorzej było po połączeniu z gdańskimi liberałami i przekształceniu w Unię Wolności. Celiński został wiceprzewodniczącym nowej formacji. – Wydawało się, że jest przeznaczony do odegrania jakiejś ważnej politycznej roli – mówi Andrzej Potocki, wieloletni rzecznik UW. Nic z tego nie wyszło. Dlaczego? – Nieumiejętność gry zespołowej i brak zdolności do kompromisu – kwituje Potocki. – Andrzej zawsze chodził własnymi ścieżkami. Tam, gdzie inni jeszcze próbowali rozmawiać, on już trzaskał drzwiami. Tak było w 1996 r., gdy oskarżył szefa płockiej Unii Wolności, posła Eugeniusza Aleksandrowicza, o nieetyczne zachowanie. Gdy nie udało mu się Aleksandrowicza pozbawić władzy, honorowo rzucił legitymacją.

– Miał żal, że partia nie stanęła po jego stronie – mówi Potocki. Odejście Celińskiego było ciosem i zaskoczeniem dla UW. – Był znaczącym posłem i łączyły go z nami przyjacielskie więzy – dodaje Potocki.

Ciało obce SLD

Jeszcze większym szokiem był jego tekst „Wybieram lewicę”, który w kwietniu 1999 r. zamieścił w „Gazecie Wyborczej”. Zajmował się już wtedy doradztwem inwestycyjnym, a nie polityką. „Demokracji zagraża bardziej prawica niż lewica – pisał. – Myślę, że dla mojego kraju i mojej wizji tego, co jest mu potrzebne, są oni [SLD] w sumie przyjaźniejsi. Bardziej niż prawica bronią elementarnych wartości związanych ze społecznym poczuciem sprawiedliwości. Gwarantują świecki charakter państwa”. Potem potoczyło się już błyskawicznie. Szykujący się do objęcia władzy Leszek Miller zadzwonił do Celińskiego i zaprosił go na obiad. Zaproponował, by został jednym z pięciu założycieli SLD (pod taką nazwą lewica rejestrowała się jako partia), a jeśli nie, to żeby chociaż napisał program. – Zastanawiałem się, czy jestem dla nich tylko listkiem figowym – wspomina Celiński.

Trzy miesiące później ogłosił, że przystępuje do SLD. To było tak niewiarygodne, jak przejście z KOR do PZPR albo piłkarza z Cracovii do Wisły. – Celiński daje sposobność SLD, by na pytanie, skąd są, nie musieli odpowiadać „z PZPR”, tylko „ze szklanych domów i PPS” – wytykali mu niedawni koledzy. Aktyw SLD też miał z Celińskim kłopot. – Był duży opór przeciwko niemu – przyznaje Aleksandra Jakubowska. – Oczekiwania aparatu były takie, że po latach spędzonych w opozycji i zaciskania pasa najwytrwalsi zostaną wynagrodzeni podczas formowania rządu Millera – dodaje.

A tu przychodzi Miller i mówi, że ministrem kultury będzie dawny doradca znienawidzonego w SLD Wałęsy. – Celiński był spełnieniem marzeń Michnika i Kwaśniewskiego o wspólnej formacji – tłumaczy Jakubowska. Tylko nic z tego nie wyszło. Ministrem kultury w rządzie Millera był niecałe dziewięć miesięcy. Twórcy pieklili się, że jest arogantem i radykałem, więc jego odejście przyjęli z ulgą.

Dla aparatu SLD był prawicowcem i solidaruchem, wobec którego nawet nie ukrywano wrogości. Skarżył się Andrzejowi Potockiemu, że gdy kiedyś pojechał z Leszkiem Millerem na spotkanie do Łodzi i zobaczył z bliska działaczy swojej partii, to się podłamał. – Mroczna sala z ponurymi ludźmi, na której nikt mnie nie akceptował – opowiadał. Eksperyment zakończył w 2004 r., gdy po aferze Rywina opuścił SLD razem z Markiem Borowskim i innymi działaczami. Powołali Socjaldemokrację Polską, by budować uczciwszą lewicę. Aleksandra Jakubowska mówi, że nikt za nim nie tęsknił: – Był jak ciało obce, którego organizm z ulgą się pozbył.

Zanim przyjdzie komornik

Polityczny życiorys Andrzeja Celińskiego przypomina pasmo wolt, hamletyzowania i zmian partyjnych barw. Trzyma się jednak lewicowego korzenia. – Ja się znajduję zawsze po właściwej stronie – tłumaczy. – Tylko polityka mnie nie znajduje. W ubiegłym roku trafił do Partii Demokratycznej, czyli tego, co pozostało z potężnej kiedyś Unii Wolności. Półtora roku temu obiecał na zjeździe, że odbuduje jej wielkość, więc wybrano go na przewodniczącego. – Na razie się nie udało – zauważa Janusz Onyszkiewicz. – Wylądował w miejscu, gdzie ma poczucie niespełnienia – dodaje Potocki. Niewielka partyjka. Bez przyszłości. Kilka pokoików w centrum Warszawy. Na ścianach twarze legendarnych przywódców: Marek Edelman, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek. Celiński siedzi pod Mazowieckim i zastanawia się, czy można go jeszcze nazwać politykiem:

– Socjologiem już nie jestem, a politykiem się bywa. Andrzej Celiński chciałby z Partią Demokratyczną postąpić podobnie jak ze strajkującymi gdańskimi stoczniowcami w maju 1988 r. Gdy strajk się już załamywał, nie było nawet komu pilnować bram i groziła kompromitacja, Celiński wymyślił, jak uratować twarz. Wyprowadził wtedy stoczniowców na zewnątrz. Wyszli, trzymając się za ręce, a świat obiegły informacje, że „Solidarność” jest niezwyciężona. Wtedy udało się przekuć klęskę w sukces i teraz, z dogorywającą Partią Demokratyczną, ma być podobnie. Zanim przyjdzie komornik, zanim formacja zbankrutuje i popadnie w długi, Andrzej Celiński chce ją poprowadzić do pieniędzy, wpływów, a być może i władzy.

Pojedynek liderów

Od wczesnej wiosny toczył się o Celińskiego symultaniczny pojedynek dwóch liderów lewicy. I Miller, i Palikot chcieli mieć go po swojej stronie. Millerowi odmówił. „Zero idei. Zero wartości. Zero sprawności” – napisał o SLD na Twitterze. Zaczął za to systematycznie uczestniczyć w konserwatoriach Aleksandra Kwaśniewskiego, na których ucierał się program Europy Plus. Gdy w czerwcu ogłosił, że dołączył z PD do inicjatywy Kwaśniewskiego i Palikota, Miller złośliwie skomentował: „Celiński dołączył do pochodu pogrzebowego, myśląc, że to weselny”.

– Z Millerem nigdzie nie pójdzie, bo go z nim nic nie łączy – mówi Andrzej Rozenek z Twojego Ruchu. – Decyzja polityczna już zapadła. Wymaga to tylko formalnego zlikwidowania Partii Demokratycznej – dodaje. U Palikota czeka na Celińskiego miejsce w zarządzie partii, a dla jego ludzi w radzie głównej. – Tylko nic nie jest jeszcze przesądzone – mówi Janusz Onyszkiewicz z Partii Demokratycznej. Choć PD to polityczna kanapa, przeciwników współpracy z Palikotem jest tam wciąż sporo. – Jest nadzieja w Palikocie – mówi Celiński. – Ale jego polityka to brak odpowiedzialności, przewidywalności, obliczalności. Jak się chce rządzić, to maska i happening nie wystarczą. Muszę mieć pewność, że to poważna propozycja.

I ciągle powtarza: „Mam szereg wątpliwości, bo znam ludzi i ich charaktery”. Najgorsze jest to, uważają ludzie, którzy z nim współpracowali, że bez względu na konsekwencje Celiński stara się mówić każdemu prawdę prosto w oczy. – Krytykuje w imię racji i wartości. Nie ma w tym nic osobistego – mówi były prezes TVP Robert Kwiatkowski. Ale kto to na dłuższą metę wytrzyma? ■

Okładka tygodnika WPROST: 43/2013
Więcej możesz przeczytać w 43/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także