Gra o Ukrainę

Gra o Ukrainę

W tej rozgrywce wcale nie chodzi o Julię Tymoszenko. Rosja i Unia Europejska walczą o liczący 60 mln ludzi ukraiński rynek zbytu.

Czerwone i żółte parasole, składane stoliki i wielkie transparenty. Chociaż podpisanie umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią Europejską przynajmniej w najbliższym czasie jest prawie niemożliwe, na placu Soborowym w Odessie króluje wielka polityka. Podpisy zbierają zarówno zwolennicy Unii, jak i ci, którzy opowiadają się za zjednoczeniem swojego kraju z Rosją. Po jednej stronie aktywiści nacjonalistycznej partii Swoboda i Batkiwszczyny, po drugiej komuniści i zwolennicy Ojczyzny. Lider tej ostatniej partii, deputowany do Rady Najwyższej Igor Markow, stał się ofiarą geopolitycznej gry, jaka się toczy wokół przyszłości Ukrainy. Trafił do więzienia, bo – jak twierdzą jego zwolennicy – był zbyt prorosyjski, nawet jak na Partię Regionów. Przeciwnicy mówią wprost: był rosyjskim agentem, który nawet dla Wiktora Janukowycza stał się niebezpieczny.

Dyskretny urok imperium

Ślady dawnej świetności widać w Odessie na każdym kroku. Piękne secesyjne kamienice, do których jednak strach wejść, bo sufit może spaść na głowę. O wielokulturowej przeszłości świadczą już tylko nazwy ulic: Grecka, Polska, Żydowska, Ormiańska. Dzisiaj w tym ukraińskim mieście słychać niemal wyłącznie język rosyjski. W każdym sklepie czy restauracji. Wszędzie, poza siedzibą odeskiego oddziału partii Swoboda. Tu mówi się wyłącznie po ukraińsku. Czasami przypomina to wręcz sztuczne starania neofitów. Paweł Kirilenko, trzydziestokilkuletni deputowany do Rady Najwyższej, rozmawia ze mną po ukraińsku. Chociaż przyznaje, że rodzice rozmawiali z nim w domu wyłącznie po rosyjsku.

– To dziadkowie zaszczepili mi zainteresowanie historią – mówi. Według niego podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE wciąż jest możliwe i jest to jedyna opcja dla przyszłości Ukrainy. – Bez względu na sprawę Julii Tymoszenko Unia Europejska powinna się zgodzić na podpisanie umowy – uważa. Jego zdaniem poprawiłoby to fatalną sytuację ekonomiczną, pozwoliłoby podnieść standardy w polityce i walczyć z korupcją, ale przede wszystkim wpłynęłoby na uniezależnienie się od Rosji. – Koszty mogą być duże. Blokada ukraińskich towarów w Rosji, może nawet próba oderwania od Ukrainy Krymu. Ale im szybciej to zrobimy, tym lepiej – przekonuje deputowany.

W Odessie pytanie o integrację z Unią Europejską to pytanie o Rosję. Paweł Kirilenko nie ukrywa radości z aresztowania – jak mówi – „rosyjskiego agenta”, czyli przywódcy partii Ojczyzna, bardzo wpływowego tu polityka Igora Markowa. Do niedawna Markow był deputowanym z Partii Regionów, uważanym za bliskiego współpracownika rządzącej „grupy donieckiej”. Jego działalność jako lidera Ojczyzny może jednak budzić zdziwienie nawet jak na tutejsze standardy. Polityk ten uznaje bowiem swój kraj za twór sezonowy i wierzy w powrót rosyjskiego imperium. Oficjalne przyczyny aresztowania są jednak mocno naciągane. Igor Markow doprowadził w Odessie do budowy pomnika carycy Katarzyny II. Przeciwko budowie protestowali zwolennicy Swobody. Doszło do przepychanek. Jednego z przeciwników Markow uderzył. Do tego incydentu doszło dziesięć lat temu i dotąd nikt się nim nie zajmował. Teraz w ekspresowym tempie odebrano deputowanemu immunitet i zamknięto go w areszcie tymczasowym. Dopatrzono się też fałszerstw przy zbieraniu podpisów wyborczych. Dlaczego tak późno? Aleksander Kazarnowski, adwokat i partyjny kolega oskarżonego, nie ma wątpliwości, że chodzi o wielką politykę. Markow, który jest też biznesmenem i właścicielem telewizji, publicznie krytykował Janukowycza za zdradę. – Partia Regionów wygrała wybory, bo obiecała przywrócenie statusu języka rosyjskiego, integrację z Rosją. Teraz odwróciła się od swojego elektoratu – przekonuje Kazarnowski, który także nie ma wątpliwości, z kim powinna się integrować Ukraina.

Na pytanie, czy jego zdaniem korzystniejsze jest przystąpienie do Unii Celnej z Rosją, Kazachstanem i Białorusią, Kazarnowski reaguje emocjonalnie: – A gdzie my jesteśmy? Przecież Odessa to Nowa Rosja, to część imperium, które musi się odrodzić. Według niego nie ulega wątpliwości, że Ukraina to twór przejściowy, który prędzej czy później zakończy swój byt. – Nawet Chmielnicki nie wymieniał nazwy Ukraina. To są Rusini, którzy muszą się orientować na centrum władzy, a centrum jest w Moskwie.

Tymoszenko niezgody

Igor Markow dopóki był na wolności, na pewno orientował się na Moskwę. Chociaż jest ukraińskim politykiem, w gabinecie powiesił portret Władimira Putina. Częściej bywał w Moskwie niż w Kijowie. Zdaniem dziennikarza Radia Swoboda Iwana Szewczuka był częścią ogromnego, sterowanego z Moskwy przedsięwzięcia, którego celem jest odciągnięcie Ukrainy od integracji z Unią Europejską. – Nikt oczywiście nie jest w stanie tego policzyć, ale zaangażowano w to ogromne środki – przypuszcza Szewczuk. Na Ukrainie jest więcej polityków, którzy patrzą na Wschód i krytykują Wiktora Janukowycza za brak zdecydowania. Przedsiębiorca Władymir Mamonow wstąpił do ugrupowania Wiktora Medwedczuka, byłego szefa administracji prezydenta Leonida Kuczmy. Chociaż partia nosi nazwę Wybór Ukrainy, jest zdecydowanie prorosyjska. Mamonow, jak sam twierdzi, chce zapobiec „katastrofie”, czyli podpisaniu umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Umowa, jego zdaniem, będzie miała fatalne skutki ekonomiczne i zabije ukraińską gospodarkę. – Jesteśmy na trwale powiązani z krajami byłego Związku Radzieckiego. Nie da się odłączyć naczyń z sobą połączonych – mówi i dodaje, że bez rosyjskiego rynku zbytu i bez rosyjskiego gazu gospodarka tego kraju poniesie ogromne koszty.

Dodatkowo Mamonowa irytuje nachalna prounijna propaganda. Uważa, że Pat Cox i Aleksander Kwaśniewski nie mogą suwerennemu państwu nakazywać zmiany prawa tylko dlatego, by na wolność wyszła Julia Tymoszenko. – Europejczycy stosują podwójne standardy. Przeszkadza im, że w więzieniu siedzi Julia Tymoszenko, a nie przeszkadza, że trafił tam Igor Markow. Wysłannicy parlamentu powinni się domagać delegalizacji faszystowskiej partii Swoboda i obalenia pomników Bandery – mówi Mamonow.

Mimo że takie słowa brzmią jak prowokacja, nie można się oprzeć wrażeniu, że Unia Europejska poniosła taktyczną porażkę, stawiając jako warunek uwolnienie Julii Tymoszenko. Według Iwana Szewczuka dla Wiktora Janukowycza warunek ten od początku był niemożliwy do spełnienia: – On panicznie się boi przegrania wyborów prezydenckich, a jeśli Tymoszenko będzie na wolności, ich wynik może być zagrożony. Zdaniem Szewczuka prezydent Ukrainy ma dwa cele. Chce, by jego rodzina stała się najbogatszą rodziną na Ukrainie (jego syn Aleksander jest już jednym z czołowych oligarchów). Równocześnie zależy mu na utrzymaniu władzy, jak długo się da. Aby rządzić, potrzebuje pieniędzy, bez różnicy, czy pochodzą one z Unii Europejskiej, czy z Rosji. Zdaje sobie jednak sprawę także z pułapki, w którą wpadł Aleksander Łukaszenka. – Wiktor Janukowycz nie chce być izolowany. Potrzebuje legitymizacji, a to może mu dać tylko Unia Europejska – uważa Iwan Szewczuk.

Dlatego Wiktor Janukowycz najchętniej nie podejmowałby żadnej decyzji. Na pewno nie chce podpisywać umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, ale nie chce także porozumienia o wspólnym obszarze celnym z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, na co naciska Kreml. Idealną sytuacją byłoby kontynuowanie wielowektorowej polityki Leonida Kuczmy. Polegała ona na tym, że Ukraina brała pieniądze, skąd się dało, składając obietnice bez pokrycia.

Tylko że możliwość uprawiania takiej polityki się skończyła. Sytuacja ekonomiczna jest fatalna, a władza potrzebuje pieniędzy przed wyborami prezydenckimi. Można je wziąć z Zachodu lub ze Wschodu, ale kto będzie dawał kredyty, ten będzie stawiał warunki. Moskwa nie daje możliwości wyboru. Kolejne wizyty Wiktora Janukowycza w Moskwie kończą się fiaskiem. Władimir Putin domaga się przystąpienia do Unii Celnej, bo Rosja chce kontrolować ukraiński przemysł, a to już bezpośrednio zagraża interesom Wiktora Janukowycza i związanym z nim oligarchom. Zdaniem publicysty rozgłośni Głos Rosji Dmitrija Babicza Moskwa, chcąc być mocarstwem, musi zachować wpływy na Ukrainie. – To problem czysto ekonomiczny. Jeśli Rosja chce być centrum finansowym, potrzebuje rynku wielkości 200 mln ludzi. U nas mieszka 140 mln. Skąd wziąć pozostałe 60? Oczywiście najlepiej przyłączając do wspólnej strefy ekonomicznej Ukrainę – tłumaczy tygodnikowi „Wprost”. Za żądaniami ekonomicznymi kryje się jednak polityka. Wyraźnie widać to na przykładzie lokalnych działaczy w Odessie. Jedno jest pewne: nawet jeśli w Wilnie nie dojdzie do podpisania umowy stowarzyszeniowej, gra o Ukrainę wcale się nie skończy – dopiero się rozpocznie. ■

Okładka tygodnika WPROST: 47/2013
Więcej możesz przeczytać w 47/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0