Rekonstrukcja rekonstrukcji

Rekonstrukcja rekonstrukcji

„Wprost” ujawnia, jak Donald Tusk dobierał nowych ministrów do swojego rządu.

Wtorek, kilkanaście minut przed konferencją prasową, na której Donald Tusk ma ogłosić kształt rekonstrukcji swojego gabinetu. Nowi członkowie rządu spotykają się z premierem i jego współpracownikami w małej sali Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Tusk do końca ukrywa nazwiska nowych ministrów, nawet sami zainteresowani nie znają pozostałych nominacji. Wprawdzie większość z nich podał wcześniej „Wprost”, ale wielu polityków PO niesłusznie uważa, że to jedynie dziennikarska giełda. – Ten sympatyczny młody człowiek jest nowym pracownikiem kancelarii premiera? Od Igora Ostachowicza czy od Pawła Grasia? – pyta dyskretnie jeden ze świeżo upieczonych ministrów. Pokazuje na Mateusza Szczurka, który ewidentnie w tym gronie nikogo nie zna i trzyma się trochę z boku. Za chwilę Tusk ogłosi, że to nowy minister finansów. Podobne faux pas spotyka Macieja Grabowskiego. Większość z obecnych myśli bowiem, że będzie on ministrem finansów, gdyż dotychczas był wiceszefem tego resortu. Niespodziewanie okazuje się jednak, że ma objąć resort środowiska.


Ta scena doskonale oddaje atmosferę, w jakiej dokonywała się zapowiadana przez premiera od miesięcy rekonstrukcja rządu. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu jej kształt jest wynikiem jego autorskiej koncepcji, a na ile okoliczności, które sprawiły, że co najmniej kilka osób odmówiło wejścia do gabinetu. Jedno jest pewne: to nie jest zmiana na miarę nowego otwarcia. Raczej reanimacja rządu zderzaków. To prawda: większość nazwisk budzi umiarkowany optymizm. Rządowego awansu Elżbiety Bieńkowskiej nie krytykuje nawet opozycja. Nowa minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska, wieloletnia dziennikarka, zapewne lepiej poradzi sobie z mediami niż poprzedniczka. Z kolei Maciej Grabowski pewnie skuteczniej zawalczy o sprawę gazu łupkowego niż dotychczasowy minister środowiska Marcin Korolec. To jednak nie zmienia faktu, że żaden z nich nie będzie dla Donalda Tuska prawdziwym politycznym partnerem. Żaden nie weźmie na klatę kryzysowej sytuacji. I żaden nie zapewni nowej jakości rządzenia, której na dwa lata przed wyborami tak bardzo premierowi potrzeba.

Mateusz Szczurek Minister last minute

– Proszę was o dyskrecję, ale na ministra finansów zdecydowałem się wczoraj – mówił na zamkniętym posiedzeniu zarządu PO w dniu ogłoszenia nominacji Donald Tusk. Nic dziwnego, że nominacja Mateusza Szczurka na następcę Jacka Rostowskiego wzbudziła największe zaskoczenie. Także w samym otoczeniu premiera. – O matko, jak usłyszałem to nazwisko, rzuciłem się do Google, żeby sprawdzić, kto to w ogóle jest – relacjonuje jeden z ministrów, który konferencję dotyczącą rekonstrukcji oglądał w telewizji w swoim gabinecie.

Mimo że Tusk bardzo zachwala nowego szefa resortu finansów (wygląda zresztą na to, że szczerze), Szczurek nie był kandydatem pierwszego wyboru. – Premier liczył na Janusza Lewandowskiego, proponował też to stanowisko kilku innym osobom. Ale się przeliczył. – A Szczurek nie jęczał. Nie mówił, że musi zapytać żony, pojechać na urlop, zastanowić się. W krótkich słowach stwierdził, że to dla niego zaszczyt, którego się nie spodziewał – opowiada współpracownik szefa rządu znający kulisy nominacji. – W dodatku robi świetne pierwsze wrażenie, jest poukładany, ma zasady – dodaje. – A jeśli to tylko pierwsze wrażenie? – pytamy. – Cóż, ryzyko przy nominacjach zawsze istnieje – brzmi odpowiedź. 38-latek jest najmłodszą w historii osobą na tym stanowisku. Doktor ekonomii University of Sussex, absolwent ekonomii na UW. Przez kilkanaście lat pracował w grupie ING, ostatnio jako główny ekonomista na Europę Środkową i Wschodnią. Na tym stanowisku zapewne na niskie zarobki nie narzekał. – Mam wielki szacunek do nowego ministra finansów, który porzucił kilkakrotnie wyższe wynagrodzenie i zdecydował się wejść do rządu – chwalił go premier. Szczurek dobrze sobie radzi w mediach – jako ekspert przystępnie tłumaczył dziennikarzom zawiłości makroekonomii (pisał także do „Wprost”). Ale jego brak doświadczenia w polityce rodzi obawy. – Chcę zobaczyć, jak negocjuje z koalicjantem i jak się wykłóca z ministrami, którzy od każdego ministra finansów ciągle czegoś chcą – drwi polityk PO, sugerując, że ludzie z rynku rzadko sprawdzają się w rządzie. Zapalony rowerzysta, jeszcze do niedawna miał w internecie stronę, na której opisywał swoje wyprawy, m.in. u podnóża Himalajów, w Iranie i Etiopii.

Lena Kolarska-Bobińska Męcząca warszawka

O ile Szczurek był wyborem trochę rozpaczliwym, o tyle nowa minister nauki Lena Kolarska-Bobińska propozycję wejścia do rządu dostała już dwa tygodnie temu. Zgodziła się od razu i z entuzjazmem, choć musiała porzucić świetną finansowo posadę deputowanej do Parlamentu Europejskiego. Złośliwi opowiadają, że wśród platformerskich kolegów z europarlamentu zapanowała z tego powodu radość. Bynajmniej nie dlatego, że wszyscy są jej tak bardzo życzliwi. – Donald nie ma pojęcia, jaki kłopot bierze sobie na głowę. We współpracy Lena jest wyjątkowo męcząca i kompletnie niedecyzyjna – przekonuje nas kilku europosłów Platformy. – Praca z nią to koszmar – dorzuca jeden z nich. Jednak to nie decyzyjność będzie najważniejszym zadaniem nowej minister nauki. Profesor socjologii, od lat znana komentatorka życia publicznego. Działa w Kongresie Kobiet, zasiadała nawet w jego gabinecie cieni jako minister energii i środowiska. Tusk wziął ją do rządu, bo chce sobie polepszyć stosunki ze środowiskiem uniwersyteckim. Dotychczasowa szefowa resortu prof. Barbara Kudrycka, próbując reformować szkolnictwo wyższe, skonfliktowała się bowiem z profesurą, zwłaszcza z dużych, państwowych ośrodków akademickich. Szef rządu chce to zmienić – i akurat do tego nowa minister nadaje się jak mało kto. – Cholernie pracowita, do tego ma świetne stosunki z akademicką i naukową warszawką – mówi jeden z jego współpracowników.

Rafał Trzaskowski Złoty chłopak z Brukseli

Z posady europosła zrezygnował też nowy szef resortu administracji i cyfryzacji Rafał Trzaskowski. O nim w Brukseli można usłyszeć znacznie lepsze opinie niż o Kolarskiej- -Bobińskiej. Ten 41-latek dał się poznać podczas kryzysu związanego z ACTA i przy innych projektach cyfryzacyjnych. Zawsze ściśle współpracował z rządowym poprzednikiem Michałem Bonim. Zresztą to były szef resortu administracji i cyfryzacji wskazał go na następcę. – Pracowity, zna kilka języków, świetnie zorientowany w materii, którą ma się zająć – mówią o nim dość zgodnie politycy PO. W Brukseli zyskał ksywę Golden Boy, czyli złoty chłopak.

Karierę polityczno-urzędniczą zaczynał 14 lat temu u boku ówczesnego sekretarza Komitetu Integracji Europejskiej Jacka Saryusz- -Wolskiego. Jako stypendysta Fundacji Sorosa w Oksfordzie, a także uczelni w Paryżu, Stanach Zjednoczonych i Australii, świetnie radził sobie na europejskich salonach. Niemal równie świetnie – na artystycznych. Nowy minister jest bowiem synem znanego pianisty i kompozytora Andrzeja Trzaskowskiego. Jego znacznie starszym przyrodnim bratem jest Piotr Ferster, wieloletni dyrektor Piwnicy pod Baranami i przyjaciel Piotra Skrzyneckiego. Między innymi te koneksje sprawiły, że cztery lata temu w trakcie kampanii wyborczej do europarlamentu Trzaskowskiego wsparli artyści: aktorzy Michał Żebrowski i Tomasz Karolak oraz piosenkarz Grzegorz Turnau. Dla europarlamentarzysty rządowa posada nie była podobno marzeniem. Przekonał go jeden z zagranicznych deputowanych PE, który wyznał, że na Zachodzie taki awans to szczyt politycznych marzeń. – Rafał nie chciał przyjąć teki po Bonim. Zależało mu, żeby zostać w europarlamencie, opierał się jak mógł. Ale go złamali – żartuje jego znajomy. – Rafał to taka lepsza wersja Nowaka. Ma zalety Sławka, bo jest sprawnym organizatorem. W dodatku chyba nie ma jego wad – żartują o nim politycy PO.

Joanna Kluzik-Rostkowska Czerwona minister

– Wiem, że największe kontrowersje może u was wzbudzić kandydatura Joanny Kluzik- -Rostkowskiej – przyznał na zamkniętym posiedzeniu zarządu PO premier. Powód? Nowa minister edukacji była już w rządzie, tyle że PiS. Z tego powodu jej awansu nie rozumie wielu posłów PO. Zwłaszcza że krytykowana w mediach Krystyna Szumilas była w klubie lubiana. Premier tłumaczył jednak, że Kluzik-Rostkowska o wiele lepiej zadba o rządowy wizerunek przy okazji kontrowersyjnych zmian w edukacji. Nic dziwnego, przez lata była dziennikarką. Długo pracowała we „Wprost”, potem była wicenaczelną „Przyjaciółki”. W 2004 r. wybrała politykę – wstąpiła do PiS, pomagała Lechowi Kaczyńskiemu. W partii braci Kaczyńskich uchodziła za skrajną liberałkę – opowiadała się m.in. za dopuszczeniem in vitro, nawoływała do tolerancji wobec gejów. Podczas wyborów prezydenckich w 2010 r. budowała łagodny wizerunek Jarosława Kaczyńskiego. Po jego przegranej z Bronisławem Komorowskim znalazła się jednak w PiS na cenzurowanym. W efekcie odeszła z partii, tworząc ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza, którego została szefową.

Po roku jednak porzuciła je i przeszła do PO. O swoich planach nie chciała wcześniej informować kolegów z PJN. Polityczny transfer zamierzała ogłosić dopiero podczas gdańskiej konwencji Platformy. Niestety, przygotowywane wystąpienie przypadkowo wysłała kolegom z partii, którą opuszczała. E-mail zaczynał się od cytatu z Hillary Clinton „Na początku wyobrażałam sobie tę imprezę inaczej – ale teraz cieszę się, że jestem w tak doborowym towarzystwie”. Marek Migalski nie wiedział, jak ma zareagować, odpisał więc tylko: „To chyba nie do mnie”. Paweł Kowal wykazał się większą finezją: w przemówieniu poprawił błędy i odesłał e-maila. – Czy Joanna podziękowała? – pytamy Kowala. – Właśnie nie. A przecież chciałem pomóc – mówi dziś z gorzkim uśmiechem europoseł. „Joanna zawsze zdradza w czerwieni” – żartują o niej koleżanki z klubu. Rzeczywiście, kostium w tym kolorze miała na sobie zarówno wtedy, gdy odchodziła z PiS do nowotworzonego PJN, jak i w trakcie wystąpienia, w którym ogłaszała porzucenie PJN dla Platformy. W dniu rządowej nominacji ubrana była w czerń, ale już nazajutrz wróciła do ulubionej barwy. – Teraz ktoś jej musi wytłumaczyć, że czerwień to dla niej kolor zakazany – ironicznie komentuje jedna z posłanek PO. W klubie Platformy Obywatelskiej nigdy jej do końca nie zaakceptowano. – Donald wziął sobie na plecy gigantyczny problem, bo Joanna najbardziej nie lubi pracować. Jeśli już musi, zajmuje się czymś od 10 do 16, bo potem najważniejsze są dzieciary – szydzą jej klubowi koledzy.

Maciej Grabowski Marynarz od łupków

Mniej kontrowersji w platformerskich szeregach budzi nowy szef resortu środowiska. Maciej Grabowski, dotychczasowy zastępca ministra finansów, ma się przede wszystkim zająć gazem łupkowym, czyli projektem, który – zdaniem premiera – zawalił jego poprzednik. Materię zna: zarówno przez rząd, jak i przez Sejm przepchnął ustawę o kopalinach. – Bardzo przyzwoity człowiek, ma wygląd poczciwego profesora, ale twardy. W końcu był marynarzem! – zachwala nowego ministra współpracownik premiera. Rzeczywiście, w latach 80. Grabowski pracował w Polskich Liniach Oceanicznych jako oficer pokładowy. Ma silną pozycję wśród polityków pochodzących z Trójmiasta, takich jak Donald Tusk czy Jan Krzysztof Bielecki. Nie był pierwszym kandydatem premiera do objęcia teki ministra środowiska. Do tej funkcji przymierzano obecnego wiceministra gospodarki Tomasza Tomczykiewicza. Na przeszkodzie stanęły względy zdrowotne: jest on po przeszczepie nerki, podobno ostatnio znów ma pewne kłopoty. Ale jest też powód polityczny: Tomczykiewicz to były współpracownik Grzegorza Schetyny, który odwrócił się niedawno od swego dawnego protektora. – Donald nie chciał jego awansu w rządzie, żeby nie sprawiać wrażenia, że nominacja to premia za odwrócenie się od Grzegorza – mówi jeden z polityków PO.

Andrzej Biernat Polityczny bejsbol

W kategoriach nagrody za zwalczanie Schetyny traktowany jest z kolei awans nowego ministra sportu Andrzeja Biernata. Założyciel nieformalnej antyschetynowej grupy w PO, nazywanej spółdzielnią, od dawna liczył zresztą na tę funkcję. W partii ma wielu wrogów. – Do końca miałem nadzieję, że Donald nie awansuje człowieka zajętego wyłącznie intrygami – z żalem mówi nieprzychylny Biernatowi polityk PO.

Zanim trafił do polityki, był nauczycielem WF w podstawówce pod Łodzią. Na poselskiej stronie internetowej chwali się, że jego ulubionym sportem jest bejsbol. Właściwą tej dyscyplinie waleczność przeniósł do Sejmu: jako wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Sportu bezpardonowo atakował minister Joannę Muchę. Kilka lat temu posłanka Samoobrony Sandra Lewandowska oskarżyła go o to, że po nocnej balandze dobijał się do jej pokoju w hotelu sejmowym. Inny uczestnik zdarzenia Roman Kosecki do wszystkiego się przyznał i parlamentarzystkę przeprosił. Biernat do dziś wszystkiego się wypiera. Pewnie nie dostałby rządowej posady, gdyby nie niezadowolenie Tuska z pracy Joanny Muchy. Sam premier tłumaczył to na zamkniętym posiedzeniu zarządu PO. – Można nie lubić Biernata. Ale chyba wszyscy się zgadzamy, że mój najbardziej ekstrawagancki eksperyment, jakim była ministerialna przygoda Joanny Muchy, trzeba skorygować – przyznał szef rządu.

Ministrowie od wizerunku

Na wspomnianym spotkaniu równie złą laurkę szef rządu wystawił jeszcze tylko odchodzącemu ministrowi środowiska Marcinowi Korolcowi.– Minister środowiska wraz ze swoim zastępcą wręcz zablokowali projekt łupkowy – ocenił szef rządu, nie kryjąc żalu do swojego byłego współpracownika. Odwołał go, mimo że w Warszawie trwał właśnie szczyt klimatyczny, którego Korolec był gospodarzem. Dymisja w takim momencie to ryzyko wizerunkowe na skalę międzynarodową. To najlepiej pokazuje, jak bardzo zdeterminowany był Tusk. W rozmowie ze swoimi współpracownikami premier podkreślił, że trzej ministrowie: Jacek Rostowski, Barbara Kudrycka i Michał Boni, chcieli odejść sami. Największy problem psychologiczny miał z odwołaniem szefowej MEN Krystyny Szumilas. – Rozmowa z nią była najtrudniejsza, bo Krysia uważa, że była dobrym i pracowitym ministrem. A i ja nie mam przekonania, że była zła – mówił premier. Wyjaśnił jednak, że teraz, w trudnych dla Platformy Obywatelskiej czasach, potrzebuje na tym stanowisku kogoś bardziej komunikatywnego. Kogoś, kto w mediach będzie skutecznie bronił rządowych pomysłów i odrobi straty wizerunkowe. Na dwa lata przed wyborami troska o wizerunek medialny staje się najważniejszym zadaniem rządu. I pod ten właśnie priorytet zostali najwyraźniej dobrani nowi ministrowie Tuska. ■

Okładka tygodnika WPROST: 48/2013
Więcej możesz przeczytać w 48/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także