Cesarz Czyściciel

Cesarz Czyściciel

Na fotel ministra sportu zaprowadziły go bezwzględność i spryt. Teraz z byłym wuefistą spod Łodzi musi się liczyć sam premier.

Konstantynów Łódzki, kilkanaście lat temu. Obecny minister sportu Andrzej Biernat jest tam dyrektorem Centrum Sportu i Rekreacji. Późnym wieczorem na terenie kompleksu basenów odbywa się huczna impreza. Kilkadziesiąt osób bawi się przy zastawionych stołach, popijając trunki. W pewnym momencie Biernat postanawia opuścić salę. Jego znajomi z przerażeniem widzą, że mocno już niedysponowany gospodarz kieruje się do własnego samochodu. Przyjaciele proszą, żeby nie wsiadał za kierownicę. Obecni na imprezie strażnicy miejscy proponują pomoc i podwózkę do domu. Bezskutecznie: Biernat jest uparty. Wsiada do auta, odpala, a po chwili z impetem uderza w paletę z kostką brukową przygotowaną do wyremontowania parkingu.

Nietrzeźwy Biernat wyciąga telefon i dzwoni na… policję. Prosi funkcjonariuszy o przyjazd, informując niezbyt składnie, że doszło do kolizji. Kiedy funkcjonariusze przyjeżdżają na miejsce, od razu się orientują, że kierowca jest w stanie wskazującym. Biernat kończy wieczór na komendzie. Potem przed kolegium ds. wykroczeń tłumaczy, że wykazał się postawą obywatelską. W końcu doniósł sam na siebie. Najwyraźniej przekonuje członków kolegium, którzy nie odbierają mu prawa jazdy. Jak to możliwe? – pytamy świadka tamtych wydarzeń. – Pani redaktor, to były zupełnie inne czasy! Za jazdę po alkoholu nie zawsze traciło się prawko, często grzywna załatwiała sprawę. Poza tym Biernat był już wtedy lokalną szychą z szerokimi plecami – pada odpowiedź. Właśnie szerokie plecy plus organizatorski spryt zaprowadziły byłego szefa kąpieliska, a wcześniej nauczyciela wychowania fizycznego, na szczyty władzy. W tej chwili z partyjnymi wpływami ministra sportu musi się liczyć sam premier.

Latające telewizory

W czasach konstantynowskich, kiedy Biernat wzywał na siebie policję, mieszkał w czteropiętrowym bloku przy ulicy Zgierskiej. Osiedle z wielkiej płyty. Szare, z poprzedniej epoki. – W życiu byśmy nie pomyśleli, że to będzie minister! – mówią dziś mieszkańcy, którzy różnie zapamiętali Biernata. Jedni miłego pana, inni awanturnika. – Pamiętam, że po którejś domowej kłótni z czwartego piętra wyleciał telewizor – mówi jeden z sąsiadów. Tę wersję potwierdzają znajomi i dodają: – Po alkoholu Andrzej traci nad sobą panowanie.

Ta cecha nie przeszkadza mu jednak w szybkich partyjnych awansach. Po krótkim epizodzie w Ruchu Odbudowy Polski, gdzie domagał się usunięcia wpływów ubecji z życia gospodarczego i odsunięcia od państwowych funkcji byłych członków PZPR, wraz z kolegami angażuje się w budowanie struktur Platformy Obywatelskiej. Jest w PO od początku. Jego kariera rozkwita dzięki ówczesnemu szefowi łódzkich struktur Platformy Cezaremu Grabarczykowi. Biernat szybko staje się prawą ręką obecnego wicemarszałka Sejmu. Czyściciel – taki pseudonim zyskuje w strukturach. Bo zawsze czyścił pole Czarkowi, który konsekwentnie buduje sobie wizerunek salonowego dżentelmena. Biernat wręcz przeciwnie: gdy w jakimś kole albo powiecie był problem, chętnie jechał robić porządki. Był bezwzględny. Partyjne wycinanki to sztuka, którą opanował perfekcyjnie. – Potem Czarek przychodził na gotowe i w tym duecie robił za dobrego policjanta – mówi polityk PO. Ta umiejętność została Biernatowi do dziś. Po kolei bezwzględnie eliminuje z gry byłych marszałków województwa, pochodzących, tak jak on, z Konstantynowa. To niewielkie miasto nazywane jest zresztą kuźnią platformerskich kadr. – Konstantynów rządzi! – mawiają działacze PO. A w Konstantynowie rządzi Biernat.

Oczywiście za przyzwoleniem Grabarczyka. Gdy ten ostatni w 2007 r. zostaje ministrem infrastruktury i narzeka na nadmiar zajęć, jego obowiązki w całym łódzkim regionie przejmuje Biernat, wtedy jeszcze zwykły poseł. Jako parlamentarzysta, jak mówią złośliwi, „kieruje ruchem do stolika ministra infrastruktury”. Niemal zresztą dosłownie: przy stoliku w sejmowej restauracji Hawełka Grabarczyk spędza bowiem sporo czasu. A kolejka posłów, którzy chcą powalczyć o kawałek drogi w swoim okręgu, jest gigantyczna. Kto się dopcha do ministra, może na coś liczyć, „nadzorca ruchu” ma więc znaczenie.

Tak buduje się i umacnia partyjna frakcja nazywana spółdzielnią. To twór oparty na luźnych związkach i doraźnych interesach. Kierownikiem początkowo jest Cezary Grabarczyk, który jako minister infrastruktury może rozdawać lokalnym politykom drogowe cukierki. Z biegiem czasu to jednak Biernat staje się twarzą spółdzielców. Głównym celem jest oczywiście walka ze zwolennikami znienawidzonego w spółdzielni Grzegorza Schetyny. Frakcja rośnie w siłę proporcjonalnie do tego, jak wzmaga się niechęć premiera do byłego zastępcy. W pewnym momencie spółdzielcy stają się w rękach Tuska narzędziem służącym do rozprawy z byłym wicepremierem.

– Dziękuję pani bardzo za rozmowę. Na temat Andrzeja Biernata nie mam nic do dodania – to częsta reakcja miejscowych polityków PO, kiedy chcę porozmawiać o nowym ministrze sportu. Także tych, którzy już nie są w Platformie. – Dziwi się pani? Ludzie się boją. Spójrzcie, co się dzieje z Markiem Trzcińskim – mówi mi jeden z lokalnych działaczy. Trzciński to znany w Zduńskiej Woli przedsiębiorca, były senator PO, ostro skonfliktowany z Biernatem. – W jego firmie kontrola pogania kontrolę: urząd skarbowy, urząd kontroli skarbowej, ZUS, inspekcja pracy, a nawet inspekcja budowlana i straż pożarna. Kontrolerzy właściwie od niego nie wychodzą – słyszę. – Ale co ma skarbówka czy ZUS do Biernata? – dopytuję. – Błagam, jaka pani jest naiwna. – Rzeczywiście, ostatnio non stop mam w firmie kontrole. Nigdy wcześniej tak nie było, ale nie chcę na ten temat rozmawiać – ucina pytania Trzciński, gdy pytamy go o Biernata. – Na początku znajomości podarowałem mu książkę Giulianiego i teraz żałuję. To wszystko, co mam do powiedzenia – dodaje. Dla niezorientowanych: Rudolph Giuliani, słynny z rządów twardej ręki były burmistrz Nowego Jorku, wydał bestsellerową książkę na temat przywództwa.

Pierwszy kadrowy

Pierwszy Kadrowy to kolejny partyjny pseudonim Biernata. Sam zresztą tak o sobie mówił. Przyjeżdżał i oświadczał, że bez jego wiedzy nie zostanie podjęta żadna decyzja. – Albo jesteś ze mną, albo przeciwko mnie – powtarzał. – Ale jeśli jesteś przeciwko, to zapomnij o jego przychylności przy funduszach unijnych czy inwestycjach – opisują spotkania z obecnym ministrem działacze Platformy Obywatelskiej. – Grzesiek Schetyna mógłby się od Andrzeja uczyć, bo głównie straszy. Tymczasem Andrzej bezwzględnie przeciwników wycina – mówią jego współpracownicy. I podkreślają, że przy Biernacie znany z bezwzględności krwawy Schetyna to pikuś. Przykład? Historia list wyborczych do parlamentu w 2011 r. – Zarząd regionu już je przyklepał, a mimo to w drodze do Warszawy trzy nazwiska z niej wyleciały. Inne zmieniły miejsca – relacjonuje polityk PO. Miejsce na liście jest ważne, bo to od niego zależą szanse na wygraną. Kilku działaczy oskarżyło wtedy nawet Biernata o fałszerstwo. Był też wniosek do zarządu krajowego o wyrzucenie go z partii. Nigdy nie został rozpatrzony. Zwolennicy ministra twierdzili, że to bzdura, w końcu zgodnie ze statutem ostateczną decyzję co do kształtu list podejmuje premier, który na końcowym etapie może zmienić regionalne ustalenia. Ale zwolennicy obecnego ministra sportu triumfowali: – Duet Biernat-Grabarczyk znów zwyciężył!

Cesarz i gladiator

Biernat lubi duety. O ile w polityce stawia na Grabarczyka, o tyle prywatnie najbardziej ceni towarzystwo krakowskiego posła Ireneusza Rasia. Jeden z łódzkich polityków Platformy relacjonuje imprezę, która odbyła się w poprzedniej kadencji. – Nazywam się Maximus Decimus Meridius, dowódca wojsk północnych, generał legionów Feliks, lojalny sługa prawdziwego cesarza, Marka Aureliusza. Ojciec zamordowanego syna, mąż zamordowanej żony. Których pomszczę w tym życiu lub następnym – mówi półnagi Raś, odgrywając scenę z filmu „Gladiator”. Dzielnie sekunduje mu Biernat, ale nikt nie ma wątpliwości, kto tu jest cesarzem, a kto lojalnym sługą. – To bardzo zabawowe chłopaki – opowiada o nich poseł PO. Rzeczywiście, w poprzednich dwóch kadencjach sejmowe pokoje Biernata, Rasia i Romana Koseckiego zyskały miano najgłośniejszych imprezowni na Wiejskiej. W październiku 2007 r. tabloidy donoszą, że pijani parlamentarzyści Roman Kosecki i Andrzej Biernat w środku nocy dobijali się do sejmowego pokoju posłanki Sandry Lewandowskiej z Samoobrony. Posłanka domagała się przeprosin na piśmie. Kosecki przeprosił, Biernat nie. – Jak się napije, to zaczepia kobiety, i to w sposób wstrętny – opowiadają parlamentarzystki PO.

– Z Sandrą Lewandowską to była inicjatywa Andrzeja, ale wziąłem to na klatę, bo ja i tak mam przerąbane. A Andrzej chociaż flaszkę za to postawi – opowiadał posłom Roman Kosecki po nocnej aferze w Nowym Domu Poselskim.

Andrzej się zmienił

Poprzednia kadencja. Bar Za Kratą w Nowym Domu Poselskim, późny wieczór. Kilka posłanek PO siedzi przy stoliku, popijając piwo. Nagle pojawia się wstawiony Andrzej Biernat. – Zaczyna się łapać za genitalia, wykonywać dziwne ruchy, a to, co mówił, nie nadaje się do powtórzenia. Generalnie było to coś na zasadzie: chodź, maleńka, pokażę ci, jak wygląda prawdziwy facet – opisuje jedna z uczestniczek. – To było ohydne, chamskie, seksistowskie. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam – dodaje. Wiele kobiet w PO narzeka na zachowanie Biernata i stwierdza, że jak ognia unika spotkań z nowym ministrem. Zwłaszcza gdy nie jest w pełni dysponowany. – Ale w tej kadencji Andrzej bardzo się zmienił – bronią Biernata koledzy. – Jak imprezuje, to tylko w gronie najwierniejszych kumpli. Przestał zaczepiać kobiety, spoważniał i nawet kupił sobie okulary dla poprawy wizerunku – dodają. – Zerówki – kpią przeciwnicy ministra sportu. – Oto nowa twarz Platformy Obywatelskiej i rządu – uśmiechają się.

Bardziej serio dodają, że premier nagrodził go za zwalczanie Grzegorza Schetyny. – Bo raczej nie za wyniki wyborcze – mówi z goryczą zwolennik byłego marszałka Sejmu. Gdyby bowiem szef rządu kierował się tym kryterium, Biernat miałby problem. W całym kraju w 2011 r. Platforma Obywatelska zdobyła co prawda więcej mandatów niż cztery lata wcześniej, ale w jednym województwie straciła. Właśnie w łódzkim, kierowanym przez obecnego ministra sportu. – Wszystko przez wojenki prowadzone przez Andrzeja i brak politycznego wyczucia – mówi polityk PO. Ofiarą tych walk omal nie padła Elżbieta Radziszewska, była pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Trzy lata temu Biernat postanowił, że zamiast na pierwsze miejsce listy kandydatów na posłów z Piotrkowa Trybunalskiego wystawi jej kandydaturę do Senatu. – Ela dowiedziała się o tym z mediów – mówi znajomy posłanki. W Piotrkowie zawrzało. Po gigantycznej awanturze premier uchylił co prawda decyzję szefa regionu, ale strat już nie dało się odrobić. W Piotrkowie zamiast trzech mandatów Platforma zdobyła dwa. Podobnym błędem było przedwyborcze skasowanie senatora Marka Trzcińskiego, z którym Biernat był skonfliktowany. – Zamiast niego wstawił na listy senackie swojego człowieka i straciliśmy mandat – opowiada działacz PO. – No, ale nikt z taką zaciekłością nie zwalczał Schetyny. Nagroda w postaci szefostwa Ministerstwa Sportu zatem się należała – dodaje. Biernat nie był jednak jedynym kandydatem na to stanowisko rozpatrywanym w kancelarii premiera. Drugą była młoda posłanka PO Agnieszka Pomaska. – Donald się wahał, czy powinien stawiać na Biernata, ale wygrało myślenie, że Pomaska mogłaby być niemiłą powtórką eksperymentu, jakim było nominowanie na tę funkcję Joanny Muchy – opowiada współpracownik szefa rządu. Wygrał więc Biernat.

Przy okazji polityk z Konstantynowa zrealizował swoje największe marzenie: dostał się do rządu. Triumfuje, ale ów triumf może być krótki. Jak mówią złośliwi, premier prędzejczy później dla równowagi, po wyeliminowaniu Grzegorza Schetyny, weźmie się do drugiej frakcji w PO, czyli spółdzielni. A spółdzielnia to przecież Biernat. Sam zainteresowany nie chciał rozmawiać na temat swojej przeszłości. Mimo wielu próśb o rozmowę nie odpowiedział. Nie odpowiedział również na przesłane mu pytania związane z incydentem w Konstantynowie Łódzkim. ■

Okładka tygodnika WPROST: 49/2013
Więcej możesz przeczytać w 49/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także