Singielka polska

Singielka polska

Szczęśliwe, z sukcesami, spełnione, niezależne – tak na ogół są przedstawiane singielki. Ale one same coraz częściej przyznają, że w pojedynkę wcale nie jest im aż tak dobrze.

Marta ma 25 lat. Jest menedżerką restauracji w Warszawie. – Lubię swoje życie. Mogłabym mieć większe mieszkanie, najlepiej własne. I jak każdy Polak, więcej zarabiać. Ale akurat praca daje mi satysfakcję. Z wszystkim sobie radzę, nieważne, czy chodzi o skręcenie mebli, czy o router do internetu. Ale chciałabym być z kimś. Móc czekać, aż wróci wieczorem do domu. Albo wiedzieć, że ktoś poza kotem czeka na mnie – mówi. Do niedawna, zwłaszcza w mediach, singli przedstawiano w jeden sposób: jako szczęśliwych, zadowolonych z życia, wykształconych i bogatych. Niezależnych. Świadomie wybierających życie w pojedynkę. Z czasem do tej listy, zwłaszcza w przypadku kobiet, dołączyło wiele cech negatywnych. Singielka to zimna, nazbyt wyzwolona seksualnie kobieta sukcesu, traktująca mężczyzn przedmiotowo i instrumentalnie.

Z najnowszych badań przeprowadzonych przez Ewę Bednarek ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej nad polskimi singielkami, wynika, że ten stereotyp niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. W Polsce samotnie żyje ponad 40 proc. kobiet. Większość z nich jednak nie wybiera życia w pojedynkę. To życie po prostu tak im się układa, a one starają się znaleźć w nim odpowiednie miejsce. W dodatku na to, że kobiety nie mają partnerów, często bardziej wpływają czynniki zewnętrzne niż one same. – Za singielką z wyboru stoi wizerunek kobiety szczęśliwej, która sama najlepiej wie, czego chce i potrafi to osiągnąć. Stąd deklaracja, że życie w pojedynkę ją satysfakcjonuje – mówi Bednarek. – Bycie singielką to sytuacja między wyborem a przymusem. Kiedy brakuje odpowiednich partnerów, kobiety albo wybierają życie w pojedynkę, albo są zmuszone do obniżenia wymagań. Poza tym kobiety, które przyznają, że są same, muszą przekonywać innych, iż mimo tego ich życie może być udane. Te, które zadeklarują, że są singielkami z wyboru, nie muszą się tłumaczyć. To prostsze. Dlatego mówi tak dzisiaj większość kobiet – potwierdza dr Emilia Paprzycka, socjolożka z SGGW, od blisko dziesięciu lat zajmująca się badaniami samotnych kobiet.

Owszem, są wśród singielek kobiety, które świadomie wybierają życie w pojedynkę. Z badań wynika, że rzeczywiście różnią się od tych, które chciałyby ułożyć sobie życie z partnerem. Są bardziej niezależne, pewniejsze, więcej czasu poświęcają sobie. Idealnie więc pasują do obrazu singielek, który znamy z mediów. Tyle że jest ich zaledwie 9 proc. Spośród nich prawie połowa deklaruje się jako homo- i biseksualistki.

(Nie)wspólny mianownik

Z Kamilą i Olą spotykam się w mieszkaniu Oli na warszawskim Ursynowie. Kamila niedawno obchodziła 30. urodziny. – Weszłam właśnie w czwartą dekadę życia i zaczęłam się zastanawiać, czy to już czas na założenie profili na portalach randkowych, czy też mogę jeszcze chwilę poczekać, wierząc, że spotkam kogoś tak po prostu – mówi pół żartem, pół serio. Kiedy ktoś pyta, woli mówić, że jest sama, bo takie życie lubi. – Jako singielka jestem nowoczesna, silna i niezależna. Jako stara panna budziłabym współczucie i litość. Byłabym samotna i smutna – mówi.

– I na pewno też brzydka – dorzuca Ola. Jest od Kamili kilka lat starsza i śmieje się, że w zasadzie wchodzi już w wiek, w którym zaczyna być jej obojętne, jak jest postrzegana. – Jestem już tak stara, że wszystko mi wolno. Mogę być i śmieszna, i ekscentryczna, i nawet zostać starą panną – żartuje. Czy to znaczy, że przestała szukać potencjalnego partnera? – Nie. Teraz, po trzydziestce, jestem na związek bardziej gotowa niż kiedyś. Stałam się też pewniejsza siebie, zdecydowana. Wiem, co mi odpowiada, a co nie. Tyle że kiedy się rozglądam wkoło, nie widzę wolnych facetów. Co je łączy? Kamila i Ola długo starają się znaleźć odpowiedź na moje pytanie. – Wydaje mi się, że w zasadzie nic. Porównuję w myślach moje samotne koleżanki i zastanawiam się, jaki mamy wspólny mianownik. Wychodzi, że jesteśmy kompletnie różne. Poza jednym: nie mamy faceta – mówi Ola.

Z badań nad seksualnością Polaków zrealizowanych przez TNS OBOP wynika, że co piąty dorosły Polak, nie licząc duchownych, jest singlem. Do tej grupy zalicza się tzw. rynek wtórny, czyli rozwodników i osoby mające dzieci. Żyjących w pojedynkę niewiele łączy. Po rozwodach, i tacy, którzy nigdy nie byli w stałym związku. – Kategoria singielek coraz bardziej się różnicuje – mówi Paprzycka. Nie zmienia się jednak przyczyna, z powodu której kobiety są same. – W czasie badań zauważyłam, że kobiety, szczególnie te zbliżające się do trzydziestki, z jednej strony ulegają presji otoczenia i rodziny, z drugiej strony te, które chciałyby mieć dzieci – ograniczeń biologicznych. Stają zatem przed wyborem: być same, bo nie spotkały nikogo, z kim naprawdę chciałyby być, albo spróbować żyć z mężczyzną, który nie do końca im odpowiada i z upływem czasu coraz bardziej rozczarowuje – dodaje socjolożka.

Część kobiet, które Paprzycka bada od 2004 r., weszła w związki. Jednak mają świadomość, że musiały w jakimś stopniu zrezygnować z oczekiwań. Tłumaczą sobie, że tak musiało być. Nie mają z mężami o czym rozmawiać i oglądają inne programy w telewizji, ale wychowują wspólnie dzieci. I tej sytuacji by za nic nie zmieniły. – To dość smutne, jeżeli spojrzy się z boku, ale niestety prawdziwe. Z drugiej strony kobiety, które się na to nie zdecydowały, mają nierzadko poczucie osamotnienia. Zastanawiają się, czy nie powinny były nieco zaniżyć wymagań – mówi Paprzycka.

Dyskryminacja i wsparcie

Marta na każde wyjście szykuje się jak na randkę. Przygotowaniami żyje dobrych kilka godzin. Liczy, że może w końcu pozna tego upragnionego. – Ale też coraz bardziej się boję – przyznaje. – Ileś razy przerabiałam już schemat: poznałam kogoś, zainwestowałam czas i nic z tego nie wyszło. Być może mam zbyt duże oczekiwania. Źle trafiam. Ale im jestem starsza, tym częściej od razu odmawiam. Nie chcę się znowu rozczarować. Potrafię być sama i to wiem – mówi. Im dłużej kobiety są same, tym mniej zaczyna im to przeszkadzać. Przyzwyczajają się. Tyle że nieustannie muszą się mierzyć z presją rodziny. Rodzice Kamili uznali, że pies, którego kupiła, to pierwszy poważny przejaw staropanieńskich dziwactw. Od tego czasu naprawdę zaczęli się o nią martwić. – Mama ze łzami w oczach powtarza, jak tęskni za wnukami. Życzenia wigilijne i urodzinowe sprowadzają się do jednego: żebym wreszcie kogoś znalazła. Nie wiem już, co mam odpowiadać – mówi.

U Marty jest podobnie. – Szybciej mogę się mamie postarać o wnuka niż o zięcia. Tylko nie wiem, jak jej to wytłumaczyć. Szkoda mi jej. Ja jestem w Warszawie, ona w Starachowicach. Ciągle spotyka w sklepie albo na ulicy moje koleżanki z podstawówki, z mężami i dziećmi. Cały czas mnie z nimi porównuje i zastanawia się, co zrobiła nie tak i co takiego jest ze mną. Bo przecież inaczej bym z kimś była. Nie mam siły tłumaczyć jej, że po prostu nie chcę być z byle kim. Nie chcę też opowiadać, ile razy mi nie wyszło – mówi. Dla rodzin samotność córek to temat wstydliwy. Martwią się w domowym zaciszu. Na rodzinnych spotkaniach, zwłaszcza jeśli córka przekroczyła już magiczną trzydziestkę, zaczynają akcentować jej sukcesy na innych polach. Przede wszystkim zawodowym, bo to zwykle domena singli. – Albo po prostu temat omija. Mężczyznom jest łatwiej. Można zawsze powiedzieć, że jeszcze szukają. Kobietom przykleja się etykietkę „Coś jest z nią nie tak” – mówi Paprzycka.

Podobnie w pracy. Jeśli o siebie wystarczająco nie dbają, słyszą, że właśnie dlatego nie mogą nikogo znaleźć. Jeśli dbają, to też to nie wszystkim odpowiada. – Robiłam sobie do pracy oko ą la Kate Moss, z mocną czarną kreską – mówi Ola. Pasowało mi to i wiedziałam, że wyglądam dobrze. Przestałam po komentarzu jednej z koleżanek, która stwierdziła: „Dzieci i męża nie ma, to ma czas, żeby się zrobić” – opowiada. Pracuje w szkole. Z powodu tego, że jest sama, podważano nawet jej kompetencje zawodowe. W innych momentach, kiedy komuś to było na rękę, traktowana była jednak bardzo profesjonalnie. Zwłaszcza kiedy trzeba było brać zastępstwo albo nadgodziny. – U mnie jest podobnie – mówi Kamila. Pracuje w PR. Kiedy trzeba zmienić grafik, wziąć świąteczne dyżury, ona zawsze jest na pierwszym miejscu. Bo przecież i tak nie ma z kim spędzić świąt. – Otoczenie wmawia sobie, że mi w ten sposób pomaga, bo dzięki pracy nie będę czuć, jak bardzo jestem sama i nieszczęśliwa – mówi.

Sporo singielek rzeczywiście ucieka w życie zawodowe. Wiedzą, że są dobre. Jak Klaudia. Ona akurat jest w grupie tych dwóch i pół miliona samotnych, którzy lubią swoją sytuację. – Współczuję dziewczynom, których życie determinuje szukanie partnera. Kiedy wychodzę ze znajomymi, to po to, żeby się dobrze bawić, a nie po to, żeby kogoś złowić. To desperacja na granicy śmieszności i obłędu. Jestem sama, bo takie życie wybieram. Bo dzięki temu nie zależę od nikogo. Nie muszę godzić się na kompromisy ani na ustępstwa. Czasem czuję się samotna, bo rzadko wpadam do domu. Znajomi coraz częściej mają własne plany i trudno wyjść czy wyjechać gdzieś razem spontanicznie, ale zdaję sobie sprawę, że to cena moich wyborów. Pewnie gdybym żyła z kimś, czasem tęskniłabym za samotnością. Chcę być singielką, bo tak jest mi dobrze – mówi. Na zawsze? – pytam. – Na pewno teraz, na ten moment – przyznaje. Tych zadeklarowanych „na zawsze” jest sporo mniej. Według badań nieco ponad pół miliona. Jak twierdzi Paprzycka, singlem się raczej bywa, niż jest. Przynajmniej do pewnego wieku. Kobiety po czterdziestce zwykle dochodzą do wniosku, że w gruncie rzeczy wolą być same, niż wiązać się nie wiadomo z kim i ryzykować. Tym bardziej że na przestrzeni lat na tyle zmieniła się sytuacja społeczna, że nawet bez partnera mogą spełnić marzenia o dziecku, na co decyduje się coraz więcej z nich. Te, które nadal chcą z kimś być, niestety często obniżają oczekiwania.

Inwestycja bez zysku

Kamila: – Mam poczucie, że robiłam wszystko jak należy. Kiedy każdy powtarzał, że powinnam skupić się na nauce, bo na związki przyjdzie czas, robiłam to. Inwestowałam w siebie, mając w planach założenie rodziny w przyszłości i zbudowanie trwałego związku. Nagle się zorientowałam, że coś nie wyszło jak powinno, a ja nie wiem dlaczego. Jestem singielką i chociaż tego nie wybierałam, muszę nią być. To jedyna możliwość ucieczki od kłopotliwych pytań o życie prywatne, możliwość wyjścia z godnością.

Marta: – Był taki moment, że porzucałam facetów. Skreślałam ich z banalnych powodów. Bo coś mi się nie podobało, np. ja ubrałam się na spotkanie na ciemno, a on na pastelowo. I w ciągu kilku minut stwierdzałam na tej podstawie, że nie będziemy do siebie pasować. Wydawało mi się, że bycie singielką to najlepsze, co można wybrać. Spotykałam się z różnymi facetami, z kim i kiedy chciałam. Nie musiałam się tłumaczyć. Ola przypomina sobie zabawną sytuację sprzed kilku lat, kiedy od ręki skreśliła chłopaka, z którym się spotykała, bo nie wiedział, kim był Ryszard Kapuściński. – Dzisiaj pewnie dałabym mu jeszcze jedną szansę. – Gdybym miała kogoś obarczać winą za to, że nie jestem w stu procentach szczęśliwa, obarczyłbym media. Przez ostatnie lata karmiły nas opowieściami o tym, jak świetnie jest być samotną kobietą. Najpierw były „Ally McBeal” i „Seks w wielkim mieście”, potem polska „Magda M.” Na takich wzorach się wychowywałam. I teraz nagle muszę zmierzyć się z tym, że singielstwo nie jest takie fajne, jak je przedstawiano. Rozczarowuje. Do tego funkcjonujemy w rzeczywistości, w której nie dba się o relacje, gdzie łatwo zrywa się związki na zasadzie: „Nie podoba ci się, OK. Wyprowadzam się i szukam mieszkania do wynajęcia. Nic nas nie łączy” – mówi Marta.

– Paradoksem jest to, że tym wyzwolonym serialowym bohaterkom z „Seksu w wielkim mieście” w gruncie rzeczy chodziło cały czas o jedno: chciały znaleźć wymarzonego mężczyznę. I na końcu wszystkie się z kimś związały. Niby były szczęśliwymi singielkami, ale tak naprawdę ich życie skoncentrowane było na znalezieniu tego jednego jedynego. 58 proc. kobiet w Polsce żyjących w pojedynkę marzy o tym samym – mówi Paprzycka.

– Pojechałam kiedyś z koleżanką na kilka dni w Bieszczady – opowiada Ola. – Spotkałyśmy górala, który schodził na halę z malinami, a że było południe, zatrzymał się przy kapliczce na Anioł Pański. Potem zaczął z nami rozmawiać. Pytał, skąd jesteśmy, czym się zajmujemy i dlaczego chodzimy same po górach. No to powiedziałam, że jestem nauczycielką, koleżanka bibliotekarką i że chodzimy same, bo jakoś nie po drodze nam w znajdowaniu chłopaków. Szlaki się nam nie krzyżują. Góral popatrzył na nie smutno i westchnął: „Co to się z tym światem porobiło, że dziewczyny wszędzie są same. Jak ja byłem młody, to najważniejsza była miłość. Potem wszystko inne”.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2013
Więcej możesz przeczytać w 50/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także