Don Kichot z Zakopanego

Don Kichot z Zakopanego

Gdyby nie pewien ekscentryczny hrabia i jego sprytny adwokat, Zakopane byłoby dziś zdegradowanym osiedlem przemysłowym, a w Tatry jeździlibyśmy na Słowację.

To była polska transakcja stulecia. Relacjonował ją sam Henryk Sienkiewicz, a sprawa budziła w narodzie nie mniejsze emocje niż wydana właśnie ostatnia część „Trylogii”. W 1888 r. opinię publiczną w zaborze austriackim zaalarmowały informacje o masowym wycinaniu resztek tatrzańskich lasów. Ówczesny właściciel Zakopanego żydowski kupiec Jakub Goldfinger z Nowego Targu przerabiał drewno na papier i tekturę w dwóch należących do niego zakładach. Zakopane, odkryte ponad 30 lat wcześniej przez lekarza Tytusa Chałubińskiego, było już wówczas słynną w Galicji stacją klimatyczną, jednak przy tym tempie rabunkowej gospodarki w ciągu kilku lat groziła mu całkowita zagłada. Na to, co się działo pod Tatrami, Polacy nie mieli jednak wpływu. Od czasu trzeciego rozbioru Zakopane i duża część gór znajdowały się w rękach prywatnych właścicieli, którzy traktowali je wyłącznie jako źródło dochodu. Był tylko jeden sposób na uratowanie tego miejsca – kupienie go.

Niedługo po utracie przez Polskę niepodległości przejęte przez zaborców dobra zakopiańskie (wcześniej wchodzące w skład tzw. dóbr królewskich) zostały wystawione na sprzedaż. Liczące ok. 11 tys. ha tereny kupiła pochodząca z Węgier rodzina Homolacsów. Nowi właściciele przystąpili do budowy hut i zakładów metalurgicznych w Kuźnicach i Kościelisku, przez niemal pół wieku eksploatując tamtejsze złoża rud żelaza. W 1869 r. Jan Wincenty Homolacs sprzedał Zakopane berlińskiemu bankierowi Ludwigowi Eichbornowi. Ten 12 lat później przekazał je swojemu zięciowi Magnusowi Peltzowi, producentowi zabawek z Saksonii. Peltz nie miał żadnego sentymentu do Tatr, za to chciał szybko zarobić. Zakończył coraz mniej rentowną produkcję hutniczą, rozpoczął natomiast masowe wycinanie lasów. Drewno sprzedawał lub przerabiał na papier. Kuracjusze przyjeżdżający od 1887 r. do nowo otwartego zakładu wodoleczniczego dr. Andrzeja Chramca mogli tylko bezsilnie patrzeć, jak tatrzańskie lasy znikają w oczach, a Zakopane zamienia się w przemysłowe osiedle bez żadnych perspektyw. Skutkiem rabunkowej gospodarki była również katastrofalna powódź, która nawiedziła osadę. Miała ona jednak jeden dobry skutek – Peltz zbankrutował. W lutym 1888 r. dobra zakopiańskie zostały wystawione na sprzedaż za cenę wywoławczą 400 tys. guldenów austro-węgierskich, zwanych wówczas złotymi reńskimi. Była to równowartość 7-10 mln obecnych złotych.

Niestety, Polacy nie byli przygotowani na to, by stanąć do licytacji: powołane ad hoc Towarzystwo Ochrony Tatr nie dysponowało odpowiednią kwotą. Tymczasem jako chętny do nabycia Zakopanego ujawnił się najbogatszy mieszkaniec Nowego Targu, żydowski kupiec Jakub Goldfinger. Co prawda nawet on nie był w stanie sam wyłożyć takich pieniędzy, ale – jak zauważał śledzący już wówczas tę sprawę Henryk Sienkiewicz – „worki współwyznawców stały dlań otworem”. W tej sytuacji Polacy postanowili się uciec do podstępu: pozwolić kupić Goldfingerowi Zakopane za cenę wywoławczą, a następnie unieważnić licytację z przyczyn formalnych. Zadanie to wziął na siebie 40-letni krakowski adwokat Józef Stanisław Retinger.

Wejście hrabiego

Wygrana przez Goldfingera w lutym 1888 r. licytacja podziałała na społeczeństwo polskie w Galicji jak kubeł zimnej wody. Tym bardziej że nowy właściciel wcale nie ukrywał, że ma zamiar eksploatować Tatry podobnie jak jego poprzednicy. Zabiegom Retingera o zwalenie licytacji towarzyszyły akcje i kampanie prasowe mające na celu obronę – jak je wówczas nazywano – „polskich kresów południowych”, których najcenniejszą częścią były właśnie Zakopane i Tatry. Sprawy przyspieszyły, gdy Retingerowi udało się unieważnić wygrany przez Goldfingera przetarg i ustalić termin nowego na maj 1889 r.

Dzięki kampanii Towarzystwo Ochrony Tatr zebrało w krótkim czasie 80 tys. zł reńskich, wiadomo jednak było, że potrzeba o wiele więcej. Do kolejnego przetargu oprócz Goldfingera zgłosił się bowiem jeszcze jeden poważny konkurent: pruski książę Christian Hohenlohe-Öhringen, właściciel dóbr po drugiej stronie granicy, oddzielającej wówczas Galicję od Węgier. Miał go reprezentować żydowski przedsiębiorca Henryk Kolischer. W przypadku wygranej księcia Zakopanemu i sąsiednim wsiom groziło nie tylko zniemczenie, ale też przesunięcie granicy, w wyniku czego najpiękniejsze części polskich Tatr znalazłyby się na terenie obecnej Słowacji. Potrzebny więc był „inwestor strategiczny” – Polak dysponujący odpowiednim kapitałem, a jednocześnie dający gwarancję, że będzie traktował Zakopane jak narodowy skarb, a nie źródło szybkiego dochodu. Jednym słowem, patriota i idealista, który wyłoży fortunę na ratowanie Tatr, nie licząc przy tym na wysoki zwrot z inwestycji. Taki człowiek był wówczas tylko jeden. Nazywał się Władysław Zamoyski, miał 35 lat i był urodzonym w Paryżu arystokratą, synem generała – uczestnika powstania listopadowego.

Mimo arystokratycznego pochodzenia rodzina Zamoyskich nie należała do bogatych. Sam Władysław Zamoyski jako młody człowiek imał się różnych zajęć, m.in. służył w kawalerii francuskiej na pograniczu egipsko-sudańskim. Jako 26-latek został delegatem rządu Francji na Wystawę Światową w australijskim Sydney, gdzie pomagał w organizowaniu ekspozycji tego kraju. Rozpoczęta w 1879 r. misja przerodziła się w trzyletnią podróż dookoła świata, w czasie której Zamoyski poznawał m.in. organizację osadnictwa w australijskim interiorze, kulturę ludów Australii i Oceanii i system finansowo-przemysłowy Stanów Zjednoczonych. Z wyprawy wrócił z unikatowym doświadczeniem biznesowym, a jednocześnie przekonaniem, że należy chronić lokalne kultury i dziką przyrodę.

Jeszcze w czasie podróży Zamoyskiego zaszło wydarzenie, które zmieniło jego życie. W Kórniku koło Poznania zmarł jego wuj hrabia Jan Kanty Działyński, który cały swój majątek przekazywał w testamencie Władysławowi. Zastrzegł jednak, że ma on służyć „pożytkowi i chwale narodu, a nie rodziny”, a spadkobierca ma dbać nie tylko o bieżące dochody, ale też finansować bibliotekę, muzeum, działalność naukową i wydawniczą. Zdaniem Działyńskiego tylko Władysław był w stanie spełnić te wymagania. Pozostali krewni hrabiego jako zbyt ograniczeni i pazerni zostali w testamencie pominięci lub obdarowani tylko niewielkimi kwotami.

W ciągu zaledwie trzech lat Władysław Zamoyski wyprowadził Kórnik na prostą – spłacił długi i krewnych, zaczął też zdobywać środki na kontynuowanie przedsięwzięć wuja. Jednak w 1885 r. jako Polak i obcokrajowiec (miał obywatelstwo francuskie) został na mocy nowego prawa (nazwanego później rugami pruskimi) pozbawiony prawa pobytu w Wielkopolsce. Władysław Zamoyski jak jego ojciec musiał razem z matką i siostrą emigrować do Paryża. Nie miał jednak zamiaru tam pozostać.

Licytacja stulecia

Nie wiadomo dokładnie, kto namówił Zamoyskiego do zainteresowania się Zakopanem. Wiele wskazuje na to, że był to adwokat Retinger. Hrabia przyjaźnił się z nim, a wiosną 1888 r. został ojcem chrzestnym jego najmłodszego syna Józefa Hieronima (w przyszłości będzie on doradcą generała Władysława Sikorskiego i jedną z najbardziej wpływowych postaci polskiej emigracji w Londynie). Tuż po wygranej przez Goldfingera licytacji Władysław Zamoyski rozpoczął rozmowy z bankami o udzieleniu trzech kredytów pod zastaw części kórnickich dóbr. Czwartej pożyczki miała mu udzielić matka, generałowa Jadwiga Zamoyska, której się zwierzył z planów zakupu Zakopanego.

Było to zagranie va banque: przystępując do licytacji, hrabia ryzykował majątek, który jego rodzina gromadziła przez pokolenia. Szansa na spłacenie pożyczek z dochodów możliwych do osiągnięcia w wyeksploatowanych przez poprzedników Tatrach była niewielka. Dlatego 9 maja 1889 r. po przybyciu razem z Retingerem do Nowego Targu Zamoyski początkowo nie miał zamiaru brać udziału w licytacji, mimo że polska prasa w zaborze austriackim okrzyknęła go już „mężem opatrznościowym”. Być może liczył na to, że Towarzystwo Ochrony Tatr i przystępujący również do przetargu, zdominowany przez Polaków galicyjski rząd zebrały odpowiednie kwoty i będą w stanie przebić oferty Goldfingera i Kolischera. Jednak się mylił. Złudzeń co do wyniku licytacji nie miał 43-letni wówczas Henryk Sienkiewicz, relacjonujący licytację dla krakowskiego „Słowa” pod pseudonimem K. Dobrzyński: „Towarzystwo, mając na czele księcia E. Sanguszkę i adwokata Markiewicza, wytężało ostatnie siły. Co do rządu, wiedziano, że nie może posunąć się poza pewną określoną cenę. Zguba zdawała się nieuchronną. (…) Tłumy zalewają salę. Serca biją niespokojnie. Wśród głębokiej ciszy jeden z urzędników odczytuje nazwiska tych, którzy złożyli wadium. Jest Goldfinger, jest Kolischer, rząd i Towarzystwo. Zamoyskiego nie ma. Stało się!”. Licytacja, która zaczęła się od sumy wywoławczej 400 tys. zł reńskich, szybko nabrała tempa. Przy 415 tys. wycofał się pełnomocnik rządu. Chwilę potem odpadło Towarzystwo Ochrony Tatr. Na placu boju pozostali tylko Goldfinger i książę Hohenlohe reprezentowany przez Henryka Kolischera. Licytacja doszła do 425 tys. zł…

„Wtem na sali odzywa się głos adwokata Retingera. Za pozwoleniem! Składam wadium i staję do licytacji! Wrażenie nie do opisania. Goldfinger blednie. Złowrogie przeczucie ścina mu serce. Przecież ten sam Retinger zwalił już raz licytację. Zresztą wzbudza on w ogóle postrach między miejscowymi finansistami” – relacjonował z przejęciem Sienkiewicz. Wkrótce się okazało, jaką taktykę przyjął pełnomocnik Zamoyskiego, zresztą za namową samego hrabiego. Każdą wylicytowaną przez konkurentów sumę przebijał o… cent. Przy 460 tys. zł Jakub Goldfinger zrezygnował. Kolischer próbował dalej licytować w podobny sposób jak Retinger. Kiedy jednak zgłoszona przez niego kwota została przebita o kolejnego centa, odpuścił. Informacja, że Polak kupił Zakopane za 460 tys. zł i 2 centy, obiegła lotem błyskawicy wszystkie trzy zabory, budząc niesłychaną radość. Gazety z satysfakcją opisywały „okrutny” styl licytacji, podkreślały, że Zamoyski okpił konkurentów, „kupując Zakopane za centa”. Samemu nabywcy nie było jednak do śmiechu.

Partyzantka nad Morskim Okiem

Wkrótce po zakupieniu przez Zamoyskiego dóbr zakopiańskich przypomniał mu o sobie sąsiad z drugiej strony granicy. Książę Hohenlohe postanowił powiększyć swoje tereny łowieckie o część Doliny Rybiego Potoku: w jego planach było między innymi zajęcie wschodniej części Morskiego Oka, Czarnego Stawu pod Rysami i samych Rysów. Morskie Oko było już wówczas znanym miejscem (pierwsze schronisko turystyczne powstało tam w 1827 r.), uważanym za najpiękniejszy zakątek polskich Kresów Południowych. Gazety biły na alarm, tym bardziej że książę nie ukrywał, że traktuje granice swoich posiadłości jako granice państwa węgierskiego. Na Władysławie Zamoyskim spoczęło więc zadanie nie tylko obrony dopiero co nabytych zakopiańskich dóbr, ale też integralności terytorialnej austriackiej Galicji.

A i bez tego hrabia miał dość kłopotów. „Zakopane zastałem w takim stanie, że jak z niego letnicy wyjechali, zdawało się, że trzeba niemieckie słowniki kupić, by się z ludźmi dogadać” – pisał w liście do znajomego. Zamoyski rozpoczął więc, korzystając ze swoich zagranicznych doświadczeń, akcję osadniczą pod Tatrami. Zlecenia na budowę domów i infrastruktury dostawały u niego wyłącznie polskie firmy, a sprowadzani do Zakopanego rzemieślnicy i fachowcy musieli być Polakami. W wielonarodowej monarchii austro-węgierskiej budziło to zdumienie i oburzenie, jednak dla Władysława Zamoyskiego taki sposób działania był czymś oczywistym. „W kraju, gdzie nasi roboty dostać nie mogą, z którego szeregi całe zarobku za granicami daleko szukać muszą, wprowadzanie obcych jest rzeczą, która z sumieniem moim zgodzić się nie może” – pisał.

Tymczasem Hohenlohe coraz bezczelniej przesuwał granice w Dolinie Rybiego Potoku. Dzięki sfałszowanym wpisom do ksiąg katastralnych wygrał pierwszy cywilny proces przeciw Zamoyskiemu i się postarał, by nowych granic jego posiadłości pilnowali węgierscy żandarmi. Do tego prywatni ochroniarze księcia, których bazą była Jaworzyna Spiska, dokonywali wypadów na sąsiednie tereny, stawiając nielegalnie słupy graniczne i ogrodzenia, niszcząc ścieżki turystyczne, mosty i kładki oraz przepędzając górali z ziem, z których korzystali na mocy przywilejów nadanych im jeszcze przez króla Jana Kazimierza. Wobec takich działań Władysław Zamoyski, były kawalerzysta i syn generała, nie zamierzał pozostać obojętnym. Rozpoczęła się polsko-węgierska partyzancka wojna o Morskie Oko.

Spór ciągnął się w sądach kilku instancji, tymczasem górale Zamoyskiego zaczęli odbijać teren. Węgierskie kopce i słupy graniczne zostały zniszczone, drewniany parkan rozebrany, a posterunek żandarmów i leśniczówka Hohenlohego – spalone. „Sam mogę wszystko znieść i będę to miał sobie za zaszczyt, ale ludzi działających ze mną i dla mnie nikt bezkarnie zaczepiać nie będzie” – pisał hrabia w 1895 r. do starosty nowotarskiego.

Konflikt graniczny o Morskie Oko trwał 13 lat i został zakończony w 1902 r. przez międzynarodowy arbitraż w Grazu, który przyznał sporne tereny stronie polskiej.

Hrabia Zamoyski przez 35 lat inwestował w Zakopane niemal wszystkie dochody, które czerpał z tego miejsca i majątku w Wielkopolsce. Jako zarządcę zatrudnił sprawnego administratora Wincentego Szymborskiego (ojca Wisławy Szymborskiej). Zbudował drogi (w tym do Morskiego Oka), wodociągi, elektrownię, szkoły i linię kolejową do Chabówki. Zalesiał góry. Uruchomił produkcję kosmetyków, alkoholi i rzemiosła artystycznego. 16 lutego 1924 r. Władysław Zamoyski złożył na ręce prezydenta Wojciechowskiego projekt ustawy o powołaniu fundacji, przez którą przekazywał cały majątek narodowi. Tego dnia zanotował: „Dziś najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Nie mam nic”. Niespełna pół roku później zmarł. Na podarowanych przez niego terenach powstał m.in. Tatrzański Park Narodowy. Wybierając się w Tatry, warto więc pamiętać, że być może nie mielibyśmy tych gór, gdyby nie hrabia, którego nazywano kiedyś Don Kichotem z Zakopanego. ■

Okładka tygodnika WPROST: 1/2014
Więcej możesz przeczytać w 1/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także