Merkel bis

Merkel bis

Angela Merkel jest tak silna, że już dziś namaściła kanclerza roku 2017 – piszą niemieckie gazety o URSULI VON DER LEYEN. Ale nie ma pewności, czy tak naprawdę kanclerz nie eliminuje swojej największej konkurentki w partii.

Dziennikarze berlińskiej „Tageszeitung” okrzyknęli von der Leyen mianem Alfafrau (w wolnym tłumaczeniu: samica alfa). Błyskotliwa, stylem doskonale wpisująca się w medialną kulturę talk-show, a jednocześnie wpływowa, z doświadczeniem w politycznych grach oraz w resortach pracy i rodziny. Wydaje się stworzona do rządzenia. Po latach mozolnego budowania pozycji, od niedawna rzuca wyzwania swojej szefowej. Do najbardziej burzliwej konfrontacji doszło wiosną ubiegłego roku, kiedy stanęła na czele grupy buntowników z CDU domagających się parytetów dla kobiet w zarządach firm. Dopiero gorączkowe pertraktacje prowadzone osobiście przez Merkel pozwoliły uniknąć wewnątrzpartyjnej wojenki toczonej przed obiektywami kamer.

DZIWNA WOJNA

Von der Leyen postawiła na swoim: zgodnie z osiągniętym w kwietniu porozumieniem CDU ma zamiar zobowiązać niemieckie firmy, by do 2020 r. proporcja kobiet w zarządach sięgnęła 30 proc. Alfafrau naraziła się w ten sposób wszystkim partyjnym frakcjom, które Merkel uważa za kluczowe: probiznesowej grupie o najbardziej wolnorynkowych poglądach, nieformalnemu stronnictwu dygnitarzy rządzących landami i siostrzanej bawarskiej CSU.

Merkel dała wyraz swojemu niezadowoleniu w stylu iście imperialnym. W dniu decydującej debaty wewnątrz CDU weszła na salę obrad nie bocznymi drzwiami – których używa zwykle, by ominąć tłoczące się w głównym korytarzu ekipy telewizyjne – lecz głównymi. Przemaszerowała pewnie przed kamerami, a gdy już się znalazła wśród partyjnych koleżanek i kolegów, wydawało się, że nie dostrzega von der Leyen. W końcu to Alfafrau podeszła do kanclerz i panie odegrały symfonię uśmiechów i wzajemnych komplementów.

Potem przez kilka miesięcy von der Leyen znajdowała się w zawieszeniu. Z jednej strony pokazała siłę. Z drugiej jednak wielu wpływowych partyjnych notabli omijało ją szerokim łukiem. Nominacja na minister obrony była więc podwójnym zaskoczeniem: po raz pierwszy w historii Niemiec kobieta staje na czele tego resortu, a co ciekawsze, Merkel wynosi na szczyty niemieckiej polityki swoją największą rywalkę. Niemiecki resort obrony nie jest statkiem miłości: Bundeswehrę czekają w najbliższych latach szeroko zakrojone reformy i wymiana sporej części arsenału. Wszystko w atmosferze wewnętrznych sporów w gronie generałów, zabiegów rozmaitych lobbystów i skandali, związanych m.in. z zawodnością sprzętu, którym muszą się posługiwać żołnierze służący w Afganistanie.

Ale gra jest warta świeczki. Właściwie każdemu szefowi resortu obrony w Niemczech wróży się karierę kanclerską. Przez lata naturalnym kandydatem na następcę Merkel wydawał się Karl-Theodor zu Guttenberg, który kierował ministerstwem w latach 2009–2011. Gwiazdor chadeków prawdopodobnie miałby spore szanse zawalczyć o najważniejszy urząd w państwie, gdyby nie skandal z plagiatem wykrytym w jego pracy doktorskiej. Jego następca Thomas de Maizière to kolejny silny gracz w CDU, którego kariera do niedawna wydawała się niezagrożona. Jednak w nowym rozdaniu Merkel odsunęła go na boczny tor – musiał się zadowolić powrotem do MSW, co w jego przypadku oznacza degradację.

SKAZANA NA SUKCES

Jeśli von der Leyen poradzi sobie z piętrzącymi się w armii kłopotami, przychylność gazet i popularność wśród rodaków ma jak w banku. Doskonale wie, jak je zdobywać. W trakcie przyjmowania nominacji z rąk prezydenta Joachima Gaucka, zamiast zadowolić się uściskiem dłoni swojego wyraźnie przygaszonego poprzednika, objęła go i wycałowała. Rozdawała uśmiechy na lewo i prawo, trochę z radością dziecka, ale też z nonszalancją demonstrującą przekonanie że „jestem skazana na sukces”.

Nie da się ukryć: może uchodzić za dziecko szczęścia. Urodziła się w rodzinie z tradycjami: jeden z jej przodków, Ludwig Knoop, w XIX w. należał do pionierów nowoczesnej niemieckiej gospodarki. Jej ojciec, Ernst Albrecht, przez 14 lat rządził Dolną Saksonią i do dziś zachował gigantyczne wpływy wśród chadeków. Sama von der Leyen w 2005 r. wylądowała w gabinecie Merkel: najpierw szefowała ministerstwu ds. rodziny, a w drugiej kadencji została ministrem pracy. Zasłynęła z tego, że bez większych problemów łączyła pracę polityka z wychowywaniem – uwaga – siedmiorga dzieci.

Ale resort obrony to inna bajka i eksperci zastanawiają się, czy wszechmocna Muti, dając von der Leyen tę tekę, wskazuje swoją następczynię, czy wykańcza największą konkurentkę w partii. Merkel doskonale umie się pozbywać zagrażających jej rywali. Tak zrobiła choćby z Christianem Wulffem, ambitnym chadekiem z Dolnej Saksonii, który w 2010 r. został wytypowany przez partyjnych kolegów na kandydata CDU do urzędu prezydenckiego. Dzięki potędze pani kanclerz Wulff miał prezydenturę w kieszeni, ale jednocześnie wypadł z bieżących politycznych rozgrywek. Media sarkają, że w otoczeniu Merkel nie ma już charyzmatycznych polityków, a jeśli ktoś marzy o zajęciu miejsca pani kanclerz, powinien zacząć walczyć o nie już dziś. Von der Leyen właśnie tę walkę zaczyna. ■

Okładka tygodnika WPROST: 2/2014
Więcej możesz przeczytać w 2/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0