Terror olimpijski

Terror olimpijski

Po zamachach w Wołgogradzie nad zimową olimpiadą zawisły czarne chmury. Soczi zamiast pokazu rosyjskiej siły może się okazać kompromitacją Kremla.

Rosyjski prezydent ma problem. Tym większy, im bliżej do otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi. Dla rosyjskich władz mają być one okazją do zademonstrowania potęgi kraju. Władimir Putin chciał być jak Piotr I, car odnowiciel, który nie tylko podniósł Rosję z kolan, lecz także dołączył do światowej elity rządzących. Już wiadomo, że ten plan się nie powiedzie.

Putin może nie mieć okazji do spotkań ze światowymi liderami, bo najważniejsi z nich zapowiedzieli, że do Soczi nie przyjadą. To cichy protest przeciwko łamaniu praw człowieka. Może być jednak znacznie gorzej. Po ostatnich zamachach coraz częściej pojawia się pytanie, czy władze potrafią zapewnić bezpieczeństwo. Czy zamachy w Wołgogradzie nie powtórzą się w Soczi? Sami mieszkańcy tego kurortu chyba już nie wierzą w zapewnienia, że będzie bezpiecznie. Podczas nocy sylwestrowej ulice świeciły pustkami, ludzie woleli pozostać w domach. Kreml nie bardzo wie, jak reagować na zamachy. Orędzie noworoczne prezydenta zmieniono w ostatniej chwili, ale z powodu różnicy czasu mieszkańcy Dalekiego Wschodu, Kamczatki, Czukotki i obwodu magadańskiego zdążyli jeszcze zobaczyć, jak Putin zachwala własne osiągnięcia i ani słowem nie wspomina o tragedii w Wołgogradzie. Reszta kraju oglądała już poprawioną wersję, w której przywódca zapewnia, że ukarze terrorystów. Wszyscy jednak pamiętają, że już raz obiecywał „moczyć terrorystów w wychodkach”. Ostatnie wydarzenia pokazują, że słowa nie dotrzymał.

Wróg Numer jeden

Człowiekiem, którego najbardziej obawiają się władze Rosji, jest Doku Umarow, były prezydent Czeczenii, obecnie samozwańczy przywódca Emiratu Kaukazu. To on zdaniem większości ekspertów jest odpowiedzialny za ostatnie zamachy w Wołgogradzie i na Kaukazie. Był szefem rady bezpieczeństwa u Dżochara Dudajewa, ministrem obrony w rządzie prezydenta Asłana Maschadowa, w 2007 r. już jako nieuznawany przez Moskwę prezydent Republiki Czeczenii ogłosił się kalifem Emiratu Islamskiego. Ewolucja jego poglądów jest charakterystyczna dla całego ruchu czeczeńskiego, dla którego stopniowo ważniejszy od idei niepodległości stawał się islamski fundamentalizm. Celem było stworzenie wyznaniowego państwa, rządzonego nakazami szariatu. Umarow został terrorystą numer jeden, a jego organizacja przyznawała się do większości zamachów przeprowadzanych w Rosji. Pół roku temu, w lipcu, ogłosił, że zrobi wszystko, aby nie dopuścić do zorganizowania igrzysk olimpijskich w Soczi: „Nie będzie świętowania na prochach muzułmanów”.

Paradoks polega na tym, że nikt nie wie na pewno, czy Doku Umarow żyje. Prorosyjski władca Czeczenii Ramzan Kadyrow opowiadał w rozgłośni Echo Moskwy, że od dawna jest on martwy i wystarczy tylko znaleźć jego ciało. Nie wyklucza tego także zajmujący się islamem komentator gazety „Izwiestia” Orhan Dżemal. Jego zdaniem Doku Umarow, nawet jeśli żyje, jest co najwyżej symbolicznym przywódcą, a nie realnym zleceniodawcą i organizatorem wszystkich zamachów. Emirat Kaukazu to dzisiaj organizacja luźno powiązanych z sobą grup – tak zwanych dżammatów. Taka grupa prawdopodobnie dokonała podwójnego zamachu w Wołgogradzie.

Grigorij Szwedow, redaktor naczelny portalu Kaukaski Węzeł, zwraca uwagę, że zamachy w Wołgogradzie różnią się od tych wcześniej dokonywanych przez Emirat. Po pierwsze, nikt nie wziął za nie odpowiedzialności, a po drugie, były pojedyncze, podczas gdy znakiem rozpoznawczym Emiratu był drugi silniejszy wybuch, zaraz po pierwszym, kiedy na miejscu gromadzili się gapie i przedstawiciele służb specjalnych. Według portalu przez 13 lat w Rosji doszło do 120 zamachów terrorystycznych, z czego 58 dokonały kobiety. Grigorij Szwedow uważa, że prawie połowa zamachów dokonywanych na Kaukazie, a szczególnie w Dagestanie, to efekt wojen klanów lub rywalizacji urzędników. Mało jest jednak prawdopodobne, żeby takie motywacje kierowały zamachowcami z Wołgogradu, a jeszcze mniej, by zamachu dokonały rosyjskie służby specjalne. – Zdarzały się zamachy, które służyły jedynie uwiarygodnieniu istniejącej w Emiracie agentury, ale przed igrzyskami w Soczi nikt by sobie na to nie pozwolił – zauważa Orhan Dżemal z „Izwiestii”.

Pod wpływem Emiratu Kaukazu i samego Doku Umarowa pozostaje duża grupa kaukaskiej młodzieży, która formalnie nawet nie należy do żadnej organizacji, jak bracia Carnajewowie, młodzi Czeczeni, którzy dokonali zamachu podczas maratonu w Bostonie w USA. Idea walki o państwo islamskie na Kaukazie jest atrakcyjna nie tylko dla Czeczenów. Wydaje się, że obecnie organizacje skrajnego islamu najsilniejsze są w Dagestanie i Inguszetii. Coraz częściej w zamachach biorą udział etniczni Rosjanie. Terrorysta, który prawdopodobnie wysadził się na dworcu w Wołgogradzie, też miał „słowiańską urodę”, a etnicznie był Tatarem. Jest więc prawie pewne, że ostatnich zamachów dokonała grupa uważająca się za oddział Emiratu Kaukazu. Czy jest możliwe, aby do podobnego wydarzenia doszło w Soczi? Dziwne by było, gdyby grupy Emiratu Kaukazu nie wykorzystały takiej znakomitej propagandowo sytuacji. Być może terroryści w Soczi już są.

Igrzyska pod specjalnym nadzorem

To będą najdroższe igrzyska w historii. Tylko według oficjalnych danych mają kosztować 50 mld dolarów, choć na początku zakładano wydatki na poziomie 12-13 mld dol. Igrzyska okazały się „czarną dziurą finansową”, na której ogromne majątki zrobiły całe urzędnicze klany. Nikt nie wie oczywiście, jaka suma trafiła w ręce urzędników, a jaka została realnie wydana na igrzyska. Polityk opozycyjny Borys Niemcow twierdzi, że zniknąć może nawet dwie trzecie z 50 mld. Na razie kozłem ofiarnym został jedynie Achmed Biłałow, były wiceprzewodniczący Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego. To jego publicznie łajał prezydent Putin. Jednak bezsilność prezydenta w tej sprawie każe wątpić w zapewnienia o wyjątkowych środkach bezpieczeństwa, jakie mają zostać podjęte podczas olimpiady. Teoretycznie mają to być nie tylko najdroższe, lecz także najpilniej strzeżone igrzyska.

Soczi ma być praktycznie odcięte od świata – otoczone kilkoma pierścieniami wyszkolonych jednostek specjalnych dysponujących najnowocześniejszym sprzętem. Pilnowane z morza i powietrza. Poziom inwigilacji uczestników igrzysk – a także gości – będzie niespotykany wcześniej na świecie. 8 grudnia premier Dmitrij Miedwiediew podpisał postanowienie rządu „O szczególnych działaniach podjętych w czasie igrzysk olimpijskich w Soczi”. Dokument jest jawny i zakłada praktycznie kontrolę wszystkich połączeń telefonicznych i internetowych, a także tworzenie bazy danych sportowców, trenerów, obsługi, dziennikarzy itp., w której będą zbierane np. informacje o połączeniach telefonicznych, opłatach, rachunkach. Czyli to, co w języku służb specjalnych nazywane jest metadanymi. Oczywiście zbieżność z postępowaniem amerykańskich służb specjalnych nie jest przypadkowa. Takie działania Amerykanów odkrył Edward Snowden, który przebywa w Rosji.

Obrońcy praw człowieka zarzucają władzom, że posuwają się zbyt daleko i nie chodzi już o bezpieczeństwo olimpiady, ale o inwigilację, która może być później wykorzystana przez służby specjalne. Przedstawiciele władz nic sobie z tego nie robią. Wszyscy doskonale wiedzą, że Rosjanie i międzynarodowa opinia publiczna są w stanie wybaczyć inwigilację, ale nikt by nie wybaczył, gdyby doszło do terrorystycznego zamachu. Dlatego władze zabezpieczają się z każdej strony. Podczas wznoszenia obiektów olimpijskich skanowane były nawet materiały budowlane. Na wypadek by nie doszło do próby podobnego zamachu, w którym zginął Achmad Hadżi Kadyrow, ojciec obecnego władcy Czeczenii Ramzana Kadyrowa. Doszło wówczas do eksplozji ładunku, który został wmurowany w stadion w Groznym na rok przed dokonaniem zamachu i przemycony w workach z cementem. Zdaniem Orhana Dżemala nie można wykluczyć powtórki z takiego zamachu, bo największą niewiadomą są zawsze ludzie. Przy budowie pracowało 100 tys. robotników nie tylko z Rosji, lecz także z całego byłego Związku Radzieckiego. Żadne służby specjalne świata nie byłyby w stanie wszystkich sprawdzić.

Ludzka twarz Putina

Dlatego od lat wielu ekspertów w Rosji nawołuje, aby zmienić politykę państwa wobec muzułmanów. Ich zdaniem atrakcyjność ekstremizmu wśród młodzieży bierze się ze skorumpowania lokalnych kaukaskich władz i z walki z religią. – W Dagestanie zamykane są pod byle pretekstem nie tylko meczety, lecz także kawiarnie czy przedszkola. Każdy może być uznany za wahabitę i trafić do więzienia – uważa Grigorij Szwedow. Jego zdaniem zamiast niszczyć lokalne społeczności, należy je wspierać. Otwarcie na islam mogłoby po raz kolejny pokazać „ludzką twarz Władimira Putina”. Rosyjski prezydent dużo zrobił, aby przed igrzyskami w Soczi zaprezentować się jako liberalny polityk. Uwolnił Michaiła Chodorkowskiego, jednego ze swoich największych przeciwników, ogłosił amnestię, w której wyniku na wolność wyszły członkinie zespołu Pussy Riot. Te działania, które na pewno spodobają się zachodniej opinii publicznej, nie zagrażają jednak stabilności państwa. W sprawie islamskiego ekstremizmu może być inaczej.

Władimir Putin wierzy ciągle w skuteczność „czeczeńskiej drogi do bezpieczeństwa”. Od lat przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow „ogniem i żelazem” walczy z islamskim terroryzmem. Nie można odmówić mu sukcesów. W Czeczenii dużo rzadziej dochodzi do aktów terroru niż w sąsiednich republikach, gdzie przywódcy są łagodniejsi. Zamiast liberalizacji będzie więc zaostrzenie kursu. Tego zresztą domaga się większość opinii publicznej. Nie jest przypadkiem, że po wydarzeniach w Wołgogradzie mieszkańcy próbowali zorganizować tak zwany ruskij marsz, czyli pochód nacjonalistów. Tylko działania policji to uniemożliwiły. Większość Rosjan chce zdecydowanej rozprawy z „czarnymi”, jak nazywa się mieszkańców Kaukazu. Dlatego jakikolwiek akt terroru w Soczi będzie też kompromitacją rosyjskiego prezydenta. ■

Autorem jest dziennikarzem Polskiego Radia

Okładka tygodnika WPROST: 2/2014
Więcej możesz przeczytać w 2/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0