Jestem metafizykiem

Jestem metafizykiem

Na lekkim rauszu, owszem, zdarzało mi się pracować, ale nigdy nie napisałem niczego dobrego, kiedy byłem wtrąbiony – mówi Paweł Huelle, pisarz, który właśnie wydał książkę „Śpiewaj ogrody”.

Pijesz?

Paweł Huelle: Piję. Jak jestem tu, w Warszawie, mogę się napić whisky czy wina.

A prowadzisz samochód?

Prowadzę, ale wtedy nigdy nie piję. I nawet rano sprawdzam alkomatem, czy mogę jechać.

Trwa krucjata przeciwko pijanym kierowcom.

Nie wierzę w restrykcje. Oczywiście za spowodowanie wypadku po wypiciu alkoholu powinny być kary. Inny problem, że próg jest bardzo niski. To powinny być np. dwie dobre lampki wina czy butelka piwa. Nie sądzę, żeby po takiej ilości alkoholu rozsądny kierowca szarżował czy wyprzedzał na ciągłej. W dodatku Polska jest takim krajem, że im większa represja, tym bardziej strona nieposłuszeństwa wzrasta.

Czym jest dla ciebie alkohol?

Elementem życia towarzyskiego, rozluźniaczem. Po dwóch czy trzech szklaneczkach piwa rozmawia się lepiej i dowcipniej. No i człowiek ma to esprit, prawda? Ale z alkoholem jest tak, jak z każdą inną używką czy uzależnieniem. Jeżeli człowiek nie może bez tego żyć, to znak ostrzegawczy.

Wtedy trzeba coś z tym robić?

Tak samo jak z hazardem czy seksoholizmem. Mam kolegę biznesmena, który jadąc do biura o siódmej rano, musiał wstąpić do agencji towarzyskiej, gdzie zresztą jakieś resztówki były, panienki już podsypiały.

Musiał?

Był uzależniony. Przez długie lata się leczył, ale się wyleczył.

Czytałeś „Pod Mocnym Aniołem” Pilcha?

Czytałem. To wyznania z głębi duszy, wręcz z głębi rozpaczy.

Pilch twierdzi: „Niektórzy mówią, że gdyby nie było alkoholu, to ci, którzy zajmują się pracą twórczą, pisaliby lepiej. Mnie się wydaje, że nie pisaliby wcale”.

No tak. Przykładowo jest robota. Trzeba skończyć powieść w dziesięć dni, wydawca już ci przykłada brzytwę do gardła i mówi, że będą kary. To pracujesz dniami i nocami i rzeczywiście jest: kawa, koniak, kawa, papieros. Bo to jednak stymuluje. Potem tabletka nasenna, trzy godziny snu, pobudka, kawa, koniak, papieros. To podnosi człowieka, ale też na dłuższą metę jest zabójcze. Na lekkim rauszu, owszem, zdarzało mi się pracować, ale nigdy nie napisałem niczego dobrego, kiedy byłem wtrąbiony.

Tuwim pisał.

Być może można napisać wiersz, będąc nieźle narąbanym. Broniewski też bez przerwy był pijany, a pisał wspaniałe wiersze. Natomiast z prozą tak się nie da.

Nie wkurzają cię twoi koledzy z Trójmiasta, którzy rządzą tym krajem? Bo to ludzie z Trójmiasta rządzą.

Często mnie wkurzają. Nie antyszambruję w ich salonach, ale jeżeli mam okazję ich spotkać, bo ja ich rzadko spotykam, to zawsze im mówię w twarz o tym, co mi się nie podoba. Znam ich bardziej z czasów opozycyjnych i początków III RP, ale później nasze drogi się rozeszły.

Ale i tak głosujesz na Tuska.

Nie powiem ci, na kogo głosuję.

Na pewno nie na Palikota.

Nic ci nie powiem. Jak w sądowych filmach amerykańskich: „objection!”, czyli: wycofaj pytanie.

Dlaczego nie chcesz mówić twardo o polityce? Inni artyści mówią, pouczają…

Zauważyłem, ale ja nie chcę. Jeżeli mam być rozpoznawalny, to przez książki, a nie poglądy polityczne, które zresztą wcale nie są oryginalne.

Mógłbyś być zapraszany do poważnych programów telewizyjnych, a nie do niszowych, kulturalnych audycji w radiu.

Mnie to nie kręci. Gdyby kręciło, umiałbym się wkręcić.

Nie masz zdania? Na przykład o Smoleńsku?

Mam. Ale uważam, że od tego są publicyści.

Uważasz, że mieliśmy do czynienia z rosyjskim spiskiem?

Nie. Uważam, że mieliśmy do czynienia z polską niekompetencją. Gdybym był pisarzem „bieżącym”, takim reagującym na to, co się akurat dzieje, napisałbym o tym sztukę.

Co by w niej było?

Telefony braci Kaczyńskich. Świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński leciał tego dnia, żeby nad grobami katyńskimi wygłosić transmitowane na żywo w Telewizji Polskiej przemówienie. To miał być początek jego kampanii wyborczej. I wszystkim jego PR-owcom zależało, żeby o tej i o tej godzinie to przemówienie poszło. Gdyby wylądowali 200 km dalej, nie zdążyliby. A słowa prezydenta miały poruszyć serca Polaków. Dlatego oni za wszelką cenę chcieli wylądować. No i wylądowali, tylko że, niestety, w formie nieboszczyków. To była wielka katastrofa i nieszczęście, natomiast prawa strona sceny politycznej zrobiła z tego kabaret.

Ludzie im wierzą.

Bo spiskowe teorie rozprzestrzeniają się jak wirusy. Po 11 września wielu Amerykanów mówiło, że to żydowski spisek. Nie podzielam spiskowej teorii dziejów.

Jesteś Żydem?

Nie, nie jestem.

Mówi się czasem, że Huelle to Żyd. Skąd to się bierze?

Przede wszystkim z ks. Jankowskiego, który w „Gazecie Wyborczej” powiedział kiedyś: „Jak się Huellemu nie podoba w Polsce, niech… hmm… do Izraela”. Wiesz, byli w rodzinie żydowscy przodkowie, ale też mam korzenie austriackie, polskie, w historii rodziny jest też Ukrainka. Ja z tym nie mam problemu. Zacytowałbym prof. Jerzego Pomianowskiego, który ma żydowskie pochodzenie i po matce, i po ojcu, a który kiedyś powiedział: „Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba”. To mi się strasznie podoba!

Polacy są antysemitami?

To skomplikowane. Można na to patrzeć z punktu widzenia książek Jana Tomasza Grossa, które, choć bywają w stosunku do Polaków niesprawiedliwe, przekazują pewną prawdę. Ujawniają pewne rzeczy, otwierają pożyteczną debatę. Na Litwie do dzisiaj takiej debaty nie ma, mimo że litewscy szaulisi w kwestii mordowania Żydów bardziej z Niemcami współpracowali. I to jest jedna strona medalu. Ale druga to Irena Sendlerowa, ludzie z Żegoty itd., którzy uratowali kilkadziesiąt tysięcy istnień. Więc te dwa punkty widzenia trzeba brać pod uwagę, żeby było uczciwie.

Ale antysemici w Polsce są.

Oczywiście. Sam pamiętam pewnego znajomego ojca, który na jego imieninach, napiwszy się, powiedział popularne wśród moczarowców zdanie, że „Hitlerowi jedną rzecz zawdzięczamy”. Wtedy ojciec mu powiedział: „Wyjdź i nigdy więcej nie przychodź do mojego domu”. Mój ojciec, który nie jest Żydem, nie mógł ścierpieć tego rodzaju opinii, bo uważał ją za haniebną.

Tę scenę opisałeś zresztą w swojej najnowszej powieści „Śpiewaj ogrody”. Piszesz tam jeszcze: „Księża, Kościół pchają się do duszy, jakby to było ich własne podwórko”.

To mówi Ernest Teodor, jeden z głównych bohaterów powieści, który przez ojca był zsyłany do katolickich szkół z internatem.

Ty też tak sądzisz?

Sądzę, że Kościół, zwłaszcza w Polsce, przeżywa wielki kryzys. Ciągle nie może się wyzwolić z tego wsiowego postfeudalizmu. Że ksiądz to jest najważniejsza osoba w gminie, którą się całuje w rękę albo przynajmniej się mu kłania. Do tego dochodzi jeszcze pewien komfort, w którym Kościół funkcjonował w czasach komunizmu. Oczywiście wiem, że po wojnie był czas okropnych prześladowań, ale po ’56 r. Kościół był jedynym trybunem ludowym, jedyną przestrzenią wolności. To się skończyło i Kościół po ’89 r. kompletnie się zagubił.

Prywatnie znasz wielu księży.

Nawet z wieloma się przyjaźnię. Jestem przecież chrześcijaninem, rzymskim katolikiem, choć niepokornym. Ale Kościół jako instytucja zachowuje się fatalnie. Polscy biskupi nie potrafią zrozumieć, czym jest demokracja. Jako katolicy jesteśmy zbyt pokorni wobec tych biskupów. Ciągle powinniśmy ich krytykować, pisać jakieś supliki, buntować się w imię Prawdy Chrystusowej. Przecież te wszystkie wypowiedzi jakiegoś Michalika czy innego biskupa o gender… Absurd. Gender nie zagraża Kościołowi ani tym bardziej narodowi.

Ale nie masz feministycznych poglądów?

Nie mam, ale niech sobie będzie ten gender. Dopóki mężczyźni nie są niewpuszczani na uniwersytety, jak Żydzi w latach 30., to proszę bardzo, niech sobie będzie!

Dorota Nieznalska powiesiła na krzyżu genitalia. Miała prawo?

Miała, absolutnie.

Co to miało symbolizować?

Nie wiem. Bardzo wielu miernych artystów chce mieć w mediach swoje pięć minut. Dla tych pięciu minut robią skandal.

Ciekawe, dlaczego nie nasikała na symbol islamu, nie przykleiła waginy do Proroka.

Bo nie żyje w kraju, w którym są islamiści.

Myślisz, że tam by to zrobiła?

Nie wiem, nigdy jej nawet nie spotkałem. To, co zrobiła, to jest zero, a nie sztuka. Natomiast to, że stanęła przed sądem, to błąd. Przecież jest liberalna demokracja, wolność.

Czy w imię tej wolności na placu, który się kojarzy z wartościami katolickimi, można dać gejowski symbol tęczy?

Na tęczy to ja się nie znam. I nie wiem, co jest gejowskim symbolem.

Wiesz. Masz wielu kolegów, którzy w marynarki mają wpięte tęcze, i wiesz, że oni lubią nie panienki, ale chłopców.

To niech sobie lubią chłopców.

Nie o to pytam. Pytam, czy ta tęcza powinna być postawiona na placu Zbawiciela.

Uważam, że to prowokacyjne…

To może mają rację ci, którzy ją od czasu do czasu podpalają?

To powinno być rozstrzygnięte przez niezawisły sąd. Pamiętaj, że demokracja to są aporie. A aporia to sprawa trudna i z pozoru nierozwiązywalna.

Polacy są tolerancyjni?

Mamy różne ekstrema, ale jednak tak.

Środowiska związane z tęczą mówią co innego.

Mniejszość zawsze widzi inaczej. Jak czytasz historię Polski Normana Daviesa, to tam są rozdziały o pięknej polskiej tolerancji. A jak czytasz tę samą historię napisaną przez autorów żydowskich, to jest zupełnie inny obraz. Tam są pogromy, jest św. Jan Kapistran, który za czasów Zygmunta Augusta podburzał na Kazimierzu lud, żeby palił żydowskie kramy. To są dwie wersje tej samej historii. Wracając do tęczy – nie wiem, gdzie powinna stać. Może pod jakimś gejowskim klubem, o nazwie, na przykład: Różowa Pantera? Mnie ona nie denerwuje. Może dlatego, że nie jestem z Warszawy.

No tak, ta twoja gdańskość. Kolejną powieść „Śpiewaj ogrody” też umiejscowiłeś w Gdańsku. Nie umiesz się wyzwolić od tego drobnomieszczańskiego miasta.

Po pierwsze, nie drobnomieszczańskiego! Ono kiedyś było wielkomieszczańskie. Po drugie, to w ogóle nie jest o Gdańsku, tylko o muzyce, miłości, nazizmie i o przemocy totalitaryzmu. Gdańsk jest tu gliną, z której lepię, bo akurat tę mam pod ręką. Są pisarze jednego terytorium. Np. William Faulkner wszystkie swoje powieści, bardzo uniwersalne, rozgrywał na terenie małego hrabstwa w USA. I to mu w ogóle nie przeszkadzało, przeciwnie, dawało siłę. Jestem właśnie takim typem. Zupełnie nie rozumiem kolegów po piórze, którzy mi się skarżą: „K..., zupełnie nie wiem, o czym pisać, poluję na temat”. Ja tematów mam potąd, jeśli będę długo żył, napiszę jeszcze kilka książek.

Strasznie zacząłeś bronić tego Gdańska, kiedy zarzuciłem, że jest drobnomieszczański…

Nie no! Po prostu uważam, że dzisiaj słowa „mieszczaństwo”, „drobnomieszczaństwo” to puste kategorie.

Nasz wspólny przyjaciel malarz Maciej Świeszewski, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, twierdzi, że w ogóle nie ma u nas elit, bo zostały wytrzebione przez komunizm. Że po prostu chamy przyjechały do wielkich miast.

Tu przesadza. Po prostu mieszczaństwa nie ma jako klasy. Zresztą w zachodnich ustabilizowanych społeczeństwach też nie ma. Koniec, kropka. Nic mnie bardziej nie rozbawia niż teksty recenzentów, którzy piszą: „Tego bardzo awangardowego spektaklu nie zrozumiała mieszczańska publiczność”. Nie ma mieszczańskiej publiczności, bo nie ma mieszczaństwa.

Są tylko słoiki. W Warszawie tak mówimy.

A właściwie dlaczego? Że w środku puste?

Nie, chociaż może rdzenni warszawiacy tak uważają. Mówimy „słoiki”, bo co weekend wyjeżdżają do rodzinnych wiosek i przywożą w słoikach jedzenie na najbliższy tydzień.

Wielkie miasta mają to do siebie, że wszyscy skądś przybyli. Najczęściej z prowincji.

A nie boli cię, że brak w Polsce elit?

Boli mnie to, ale to zjawisko uniwersalne. Przypomnę ci, że po pierwszej wojnie światowej PPS-owski pisarz Andrzej Strug mówił o epoce „grynderskiej”, czyli czasach dorobkiewiczów, którzy wskutek cwaniactwa błyskawicznie się dorabiali fortun. Wiesz, Dyzma nie wziął się znikąd.

Dzisiejsi Dyzmowie cię nie wkurzają?

Wkurzają, ale co z tego? Będą zawsze! Już święty Augustyn się oburzał, że wdowa po oficerze legii, który bronił Rzymu przed barbarzyńcami, ma skromną rentę, a jakiś mim występujący w teatrzyku…

Czyli taki ówczesny celebryta…

… zarabia sto razy więcej. Taka jest historia. Jesteśmy chciwi, lepcy, chcemy mieć życie łatwe, przyjemne, niepracowite i zdobywać jak najwięcej pieniędzy za nic. Właściwie wszyscy tacy jesteśmy, tyle że niektórzy potrafią się powstrzymać. Niektórzy.

Czasem wchodzisz na Pudelka, żeby sprawdzić, czy o tobie napisali?

Nigdy.

Ale wiesz, co to jest.

Wiem. Wiem, co to jest Twitter, wiem, co to jest Pudelek.

Nie porównuj Twittera do Pudelka. No więc jak, zaglądałeś kiedyś na Pudelka?

Ani razu. Na Twittera ani razu, na Facebooka też ani razu. Nie ciągnie mnie to, wiem, jak łatwo się od tego uzależnić.

Ale wiesz, bycie na Pudelku nie jest dziś już wyróżnikiem obciachu, tylko sukcesu.

Patrz na mnie, kładę sobie rękę na piersi: „Nie wiem!”. Mam prawie 60 lat i mam prawo się tym nie interesować! Wiesz, ja w gruncie rzeczy jestem metafizykiem. Moja następna powieść będzie o polskich Żydach.

O Holocauście?

O tym nie ośmieliłbym się pisać, zresztą o tym napisano już praktycznie wszystko. Napiszę natomiast powieść o pierwszym polskim chasydzie, który się nazywał HaBaal Szem Tow, znanym bardziej jako BeSzT. Po polsku: Mąż Dobrego Imienia. Przez wiele lat żył w Międzybożu na dzisiejszej zachodniej Ukrainie. Od lat zbieram materiały.

Dlaczego o tym?

Bo mnie interesują oddolne ruchy religijno- -metafizyczne, w tym przypadku początek rewolucji w świecie żydowskim. Pierwsze pisma chasydów ortodoksyjni Żydzi palili na rynkach, rabini ich przeklinali, odwoływali się nawet do polskich władz świeckich, chcieli ich aresztować. BeSzT był mistykiem, człowiekiem głębokiej wiary, ale szukał innej drogi do Boga niż żydowska ortodoksja. Oczywiście jak zawsze awangardowa rewolucja stała się jeszcze większą ortodoksją niż ortodoksja pierwotna. Takie rzeczy mnie interesują, a nie to, czy na Pudelku napiszą o mnie, czy jestem cool.

No tak. Ty jesteś intelektualista.

Nie, nie mówię tego z poczuciem wyższości. Staram się być po prostu wierny buddyjskiej zasadzie, która mówi: „Jeśli chcesz być wolny, uwolnij się od wszelkich używek, obżarstwa i przejmowania się opiniami innych o sobie”. To jest bardzo mądre.

Stosujesz to wybiórczo. Ilekroć się spotykamy, obżarstwo jest zawsze. Remake „Wielkiego żarcia” można by zrobić.

No tak, ale na co dzień jem tylko chleb i piję wodę.

Nie mów. Dobrze wiem, że lubisz dobrze zjeść i dobrze wypić. W ogóle uwielbiasz dobre rzeczy

To nie grzech.

Wiem. Lubisz też pewien blichtr. W 2012 r. prezydent odznaczył cię Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Miałem nie przyjąć?

Za co on ci to dał?

Za założenie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Za to.

Mam wrażenie, że wyjątkowo dobrze się czułeś w Pałacu Prezydenckim. Pod żyrandolem, pod którym nie chciał stać twój znajomy Donald.

Tylko wszedłem i wyszedłem. Dosłownie, bo spieszyłem się na spotkanie autorskie poza Warszawą. Ani o to odznaczenie nie zabiegałem, ani go nie odrzucałem.

Byłeś we fraku?

Nie. Miałem jasną koszulę i marynarkę, tak jak teraz.

Podłechtało cię?

Nie, zupełnie. Byłem zadowolony, bo spotkałem kolegów, z którymi kiedyś drukowaliśmy ulotki, a których nie widziałem od ’90 r.

Ale przemowę walnąłeś.

Koledzy mnie wypchnęli: ty, pisarz, musisz podziękować w imieniu naszej grupy. Nie byłem przygotowany, więc opowiedziałem krótką anegdotę, jak w akademiku ulotki drukowaliśmy na ręcznym powielaczu, wałkowym takim. 12 osób w małym pokoiku, drukowanie, wielka polityczna dyskusja, do tego, jak zawsze, alkohol, papierosy, od dymu nic nie było widać. Miałem wtedy pierwsze prawdziwe dżinsy z Peweksu, białe takie.

Luksus.

Dostałem od kogoś z Ameryki 15 dolarów za oprowadzanie po Trójmieście, tak sobie wtedy dorabiałem. To była wtedy miesięczna pensja nauczycielska czy nawet półtorej. Więc kupiłem sobie te dżinsy i w tym ferworze siadłem na łóżku na świeżo wydrukowanej ulotce. Na szczęście kiedy chciałem iść do domu, koledzy zauważyli: „Masz całą odezwę na dupie! Nie idź tak, bo cię zhaltują”. Opowiedziałem tę historię w Pałacu Prezydenckim, wiesz, anegdoty w takich sytuacjach się sprawdzają. Zero patriotyzmu czy patetyzmu. Potem podchodzi do mnie Jacek Fedorowicz, już w czasie bankietu...

Jednak byłeś na bankiecie…

Najwyżej dziesięć minut. I Fedorowicz mówi tak: znakomita ta historia, pan to świetnie wymyślił! Na co ja, że mam te spodnie do dziś. Jak powstanie Europejskie Centrum „Solidarności”, oddam do muzeum.

Mówisz, że nie poszedłeś w politykę, ale w latach 1994-1999 zajmowałeś stanowisko dyrektora gdańskiego oddziału TVP.

Tak.

Wiesz, takich stanowisk nie dostają ludzie kultury.

Było tak: w Telewizji Polskiej nastąpił klasyczny pat, nie można było wybrać dyrektora. Zadzwonił do mnie wtedy kolega z zarządu telewizji i powiedział: mam dla ciebie propozycję.

Który? Jaki?

Nieważne.

Wiesz co, ty jednak jesteś konformistą.

No dobrze, Walendziak to był. I mówi: zgódź się, na pół roku. Wiem, że wolisz pisać literaturę, ale się zgódź. Na moje nieszczęście uległem. Byłem pierwszym w historii tego ośrodka dyrektorem, który sam napisał później prośbę o zwolnienie.

Bo?

Strasznie nudna praca to była. Miałem w swoim dyrektorskim biurku szufladę z książkami, więc ciągle coś czytałem. Dopiero jak sekretarka mówiła, że ktoś idzie, to był koniec Bułhakowa, Faulknera czy Baczyńskiego. To był jedyny przypadek mojej kariery urzędniczej. To nie dla mnie. Za nudne.

Jak oceniasz dzisiejszą telewizję publiczną?

Beznadziejna. Nie mówię, że za moich lat było lepiej. Właśnie za Walendziaka nastąpiły pierwsze negatywne zjawiska. Wtedy TVP była monopolistą, wpływy z reklam były gigantyczne, programem zaczęły rządzić białe kołnierzyki, czyli ci, którzy śledzą słupki wpływów z reklam. To był początek końca.

A ty co byś chciał w tej telewizji mieć?

Dużo niszowych, nawet nudnych programów, ale żeby się nie ścigały z komercją, która też jest potrzebna, ale służy do czegoś innego.

Marzą ci się cotygodniowe premiery Teatru Telewizji?

Uważam, że telewizję byłoby na nie stać, przynajmniej co dwa tygodnie.

A może jest tak, że współczesny teatr nie jest dla widza pociągający?

Nie wierzę. Wiesz, jedno stanowisko bym przyjął, gdyby ktoś mi zaproponował: dyrektora programowego zajmującego się wyborem sztuk do realizacji w Teatrze Telewizji. Na pewno bym się z tego dobrze wywiązał.

Jeśli dzisiaj słyszę o polskim teatrze, to tylko o skandalach związanych z naruszaniem wartości narodowych, z wątkami gejowskimi, a nie o sztuce.

To jest casus Nieznalskiej. Sądzę, że w Polsce jest bardzo wielu i aktorów, i reżyserów, którzy nie należą do mainstreamu.

Rozumiem, że Klaty ani Jarzyny byś na swoją antenę nie wpuścił.

Jakby zrobili świetny spektakl, to proszę bardzo. Tyle żeby to była sztuka, a nie wykrzykiwanie publicystycznych haseł. Szukałbym dobrych tekstów, bardzo dobrej realizacji i świetnych reżyserów. A czy to byłoby o gejach, o Matce Boskiej, czy o konfederacji barskiej, nie miałoby znaczenia.

Nie cenisz współczesnych polskich artystów…

Nieprawda. Wychowałem się na Kantorze, Hasiorze, Szajnie, Jerzym Kalinie.

Oni już nie żyją.

Ale byli wielcy.

Tyle że ja pytam o dzisiejszych.

Nie jest tak, że cała dzisiejsza sztuka jest do dupy. Po prostu nastąpiła dewaluacja. Mamy coraz więcej artystów, festiwali i kuratorów. Nie mówię, że to źle. Ale jak się dodrukowuje, to zawsze będzie inflacja. Nie wszyscy muszą malować jak Rembrandt i pisać jak Wyspiański. Ale dzisiaj jest takie lobby poprawności politycznej, że jak skrytykujesz jakiegoś współczesnego artystę, natychmiast zostajesz zapędzony do narożnika: konserwatysta, faszysta, prawicowiec. Trzeba być w jakiejś szufladce albo z jednymi, albo z drugimi. To bez sensu.

Zawsze tak było.

No tak. W latach 70. pewna włoska dziennikarka przeprowadziła wywiad z Herbertem. Powiedział jej, że się źle czuje, ale nie przez komunistów. Chodzi o to, że w Polsce są dwa końce. Jeden marksistowski, czyli rządowy, a drugi katolicki. Tertium non datur. Dlatego proszę, nie przypinaj mi łatki konserwatysty.

A polska literatura współczesna?

O, tu za dużo nie pogadamy! Zwróć uwagę, jak są wywiady z aktorami, tymi z górnej półki, to nigdy żaden z nich się nie wypowiada o kolegach. Ani na plus, ani na minus.

Czasami ktoś coś chlapnie.

Ale reguła jest taka, że się nie ocenia kolegów. Kilka lat temu w radiowej Trójce świętej pamięci Wojciecha Kilara spytano, którego ze współczesnych kompozytorów polskich ceni najbardziej. Odpowiedział z wyraźnym uśmiechem w głosie: „Twórczość wszystkich członków Związku Kompozytorów Polskich cenię wysoko i na równi”. Pozwól, że zastosuję podobną formułę.

Jesteś jednak konformistą...

Byłem kiedyś w Krakowie na spotkaniu młodych pisarzy z Lemem. Powiedział wtedy: „Nawet jeśli krytycy napiszą o was, że jesteście do bani, nie podejmujcie polemiki. I nigdy nie oceniajcie kolegów. Waszym zadaniem jest pisanie dobrych książek”. Zapamiętałem to sobie.

No dobrze, to inaczej: jaką ostatnio przeczytałeś współczesną książkę, o której nie chcesz zapomnieć?

Przez ostatni rok nic nie czytałem, bo pracowałem nad swoją powieścią „Śpiewaj ogrody” i nad sztuką o Gombrowiczu.

Opornie ci szło. Pamiętam, że jak się spotkaliśmy w listopadzie 2011 r., to już wtedy mówiłeś, że kończysz.

Tak naprawdę zacząłem ją pisać dwadzieścia parę lat temu. Pierwszy rozdział opublikowałem nawet w emigracyjnym piśmie „Puls” wydawanym w Londynie. To miała być powieść, którą sobie piszę tajnie, którą się bawię. Inne książki miały być drukowane, miałem na nich zarabiać, a to miała być powieść wyłącznie dla mnie, która ujrzy światło dzienne w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Pisałem ją rzutami, niechronologicznie, ale przyszła kryska na Matyska. Mój wydawca, z którym jestem związany długotrwałym kontraktem, powiedział: Słuchaj, wydałeś „Opowieści chłodnego morza”, wprawdzie nominowane w pierwszej siódemce do konkursu Independent Foreign Fiction Prize, ale nie wygrałeś. Dlatego, bardzo proszę, chcemy mieć nową powieść. Zdesperowany zajrzałem do tej Grety. Bo pierwotnie to miało mieć tytuł „Piękna Greta”. Było tego jakieś 300 stron rękopisów. Wszystko przeczytałem i stwierdziłem, że owszem, z tego może być dobra powieść, ale muszę to napisać jeszcze raz. A sam wiesz doskonale, jak strasznym wysiłkiem jest powtórka. Więc wszystko włożyłem do szuflady i musiałem zaczynać od nowa.

To jest twoja 11. książka.

Piąta powieść.

Do tego opowiadania, cztery sztuki teatralne. Dochodzisz do sześćdziesiątki. Co dalej?

Nie wiem, będę próbował żyć dalej. Mam jeszcze pomysł na dwie, trzy powieści, między innymi na tę o początkach chasydyzmu na ziemiach polskich. Chciałbym też napisać opowiadania, które by się zebrały w jeden czy dwa tomy. Większych projektów nie mam. Chcę po prostu przeżyć.

Przeżyć?

W miarę godnie.

Żyjesz z książek?

Jak książka się dobrze sprzeda, mogę kupić nowy samochód, pojechać na wakacje, wyremontować mieszkanie i jeszcze coś kupić. Ale nie da się z tego żyć na co dzień. Myślę, że nawet takie tuzy popularnej literatury jak Kalicińska czy Sowa nie mogą na co dzień żyć z literatury. Więc zawsze gdzieś miałem pracę po to, żeby mieć na podstawowe rachunki i na ZUS, a literatura była tym finansowym bonusem. Zresztą, nawet nie zawsze była, bo nie wszystkie książki się sprzedawały dobrze.

„Mercedes-Benz” się sprzedał.

No tak, mogłem za to prawie pół dużego mieszkania kupić w Oliwie. To bardzo dużo.

Nie myślisz o napisaniu autobiografii?

Jeszcze nie. W ogóle nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię. Dzisiaj jest taki bezwstyd autobiografii, że każdy je pisze. A właściwie ghostwriter za niego. Poza tym w moim życiu nie było nic aż tak ciekawego albo dramatycznego, żebym o tym opowiadał bliźnim. Co mam pisać? Że chodziłem do kościoła do zmartwychwstańców? Że stałem pod stocznią w 1980 r. i rozwoziłem ulotki na rowerze? Że pracowałem potem w biurze prasowym „Solidarności”?

Pracowałeś wtedy z Wałęsą.

Tylko się ocierałem. Dla Wałęsy trzeba było wtedy robić prasówkę, ale taką skróconą, żeby na jednej kartce dostał wszystko, co się wydarzyło w ciągu poprzedniego dnia i nocy. Tyle że on, przyzwyczajony do pracy robotnika w stoczni, przychodził strasznie wcześnie rano. Nikogo nie było, bo inteligenty, wiadomo, przychodziły do roboty na dziesiątą albo i później. Więc wszędzie w biurze pustki, tylko u nas, w biurze prasowym, ktoś już o tej porze był. I on zawsze mówił: tam nieroby, tam nieroby, tam nieroby, o, wy to przynajmniej pracujecie!

Od początku naszej rozmowy ile wypiłeś?

Dwie szklaneczki whisky.

No i ładnie, mamy pointę.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2014
Więcej możesz przeczytać w 3/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także