Komisja zagrożeniem dla prezydenta

Komisja zagrożeniem dla prezydenta

– Korzyść z odsłonięcia skali zagrożenia wywiadowczego ze strony Rosji była większa niż straty z opublikowania raportu – mówi prof. Andrzej Zybertowicz.

Będzie komisja śledcza, która zajmie się działaniami Antoniego Macierewicza w sprawie likwidacji WSI?

Moim zdaniem nie. Ta komisja nie jest potrzebna obozowi władzy. Potrzebne jest jak najczęstsze przypominanie stereotypowego obrazu Antoniego Macierewicza.

Dlaczego nie będzie komisji?

Gdyby zaczęła się poważna dyskusja na temat powołania komisji śledczej, Platforma i jej propagandyści znaleźliby się w trudnej sytuacji. Ludzie zaczną się zastanawiać, jak to jest, że przez ponad sześć lat rządów nie potrafiono wyłapać nieprawidłowości w działaniach Macierewicza. To przecież dowód na kosmiczną niesprawność tej ekipy! Poza tym parlamentarne komisje śledcze na całym świecie są powoływane, gdy w grę wchodzą zaniedbania władzy, a nie opozycji. Wtedy gdy są uzasadnione podejrzenia, że jakieś ogniwa aparatu władzy tuszują przestępstwa. Na komisję śledczą bardziej nadają się takie historie jak infoafera (korupcja w rdzeniowych resortach) czy Amber Gold (związki tej firmy z synem premiera oraz z trójmiejskim układem rządzącej Platformy).

Czyli chodzi o uderzanie kijem w pręty klatki, żeby sprowokować Macierewicza i PiS do kontrataków?

Nie tylko. Nawet gdyby Macierewicz wyjechał na Hawaje i nie reagował, to i tak osiąga się pewien efekt. Ważną rolę gra medialny stereotyp Macierewicza. Stereotyp, który ma działać przeciw PiS.

Czyli nie jest pan zwolennikiem pojawiającej się na prawicy tezy, że WSI podnoszą głowę?

Raczej nie. To środowisko jest dziś o wiele słabsze, niż się zdaje. Sprawa jest instrumentalnie wykorzystywana przeciw PiS przez obóz władzy. Tyle że grający tą sprawą nie dostrzegają, że może być ona niebezpieczna także dla prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Dlaczego?

W raporcie z likwidacji WSI jest napisane, że na początku lat 90. Bronisław Komorowski ulokował ponad 200 tys. marek niemieckich w parabanku, tzw. kasie Janusza Palucha. Prezydent wyjaśniał, że te pieniądze pożyczył od rodziny. A przecież to była wtedy ogromna kwota. Nikt chyba tego poważnie nie zbadał, a temat wygląda na rozwojowy.

Donald Tusk, rząd, Platforma nie muszą myśleć interesami prezydenta.

Nie wykluczam, że pompowanie tej sprawy jest także efektem napięć wewnątrz obozu władzy. Gramy stereotypem Macierewicza przeciw PiS, a z drugiej strony pokazujemy prezydentowi, że jeśli nie będzie lojalnie współpracował z PO, to może dostać odłamkiem. I to nie chodzi tylko o tzw. kasę Palucha, ale również o odpowiedzialność polityczną obecnego prezydenta. Był on przecież wiceministrem i ministrem obrony i ponosi część odpowiedzialności za funkcjonowanie WSI. Komorowski dawał się owijać temu środowisku i generalicji wokół palca. Sporo mi mówił o tym nieżyjący już gen. Sławomir Petelicki.

Na czym polegał problem z tą służbą?

WSI nie zostały poddane realnej zewnętrznej kontroli i weryfikacji w wolnej Polsce. Dopiero raport Macierewicza konkretnie, wymieniając nazwiska, ujawnił, że jeszcze w 2006 r. w WSI pracowało około 300 oficerów, którzy z kontrwywiadowczego punktu widzenia stanowili grupę podwyższonego ryzyka.

Co to znaczy?

Byli szkoleni w agenturalnych instytucjach obecnego przeciwnika. Chodzi oczywiście o przeciwnika w rozumieniu gry tajnych służb. Była też wypowiedź Jerzego Szmajdzińskiego z końca lat 90., który skarżył się, że również dla środowiska SLD pewne rzeczy w WSI są niejasne. Problem polegał na tym, że służba, która miała dostęp do tajemnic państwa, sama nie spełniała wymogów kontrwywiadowczego elementarza.

Jedną rzeczą jest rozwiązanie służby, inną ujawnianie raportu z jej działań. Czy tak przygotowany dokument nie spowodował strat dla państwa?

Były błędy i o nich można byłoby zrobić poważne spotkanie seminaryjne. W konstrukcji raportu, w faktografii i hipotezach. Ale pomijając błędy, samo odsłonięcie, przez podanie konkretnych nazwisk, skali zagrożenia wywiadowczego ze strony Rosji i rażących zaniedbań w WSI było korzyścią większą niż wszystkie straty. Były sygnały, że szkoleni przez służby ZSRR mieli potem problemy ze znalezieniem pracy w cywilnym biznesie. To oznacza, że pewien impuls kontrwywiadowczy zadziałał. To dobrze, że grupa podwyższonego ryzyka została odsunięta na margines. I że nie ma jej w rdzeniu państwa, jakim są służby.

Pamiętam atmosferę z miesięcy poprzedzających publikację raportu, wypowiedzi polityków PiS. Mówili, że Polskę oplotła szara sieć powiązań między najważniejszymi biznesmenami, politykami, dziennikarzami. I że za sznurki pociągają tu ludzie WSI. Raport nie udowodnił tej tezy.

Zgadzam się, że nie udało się szczegółowo udokumentować istnienia sieci, której działania koordynowaliby konkretnie wskazani ludzie WSI. Trafnie w książce „Anatomia słabości” mówił Ludwik Dorn, wskazując, że tzw. układ to nie był scentralizowany organizm z jakimś koordynatorem, tylko raczej sieć nieformalnych grup interesu – to działających niezależnie, to spontanicznie uzgadniających swoje interesy.

Teza o tym, że sprawstwo kierownicze mieli tu ludzie WSI, była przesadzona.

Jeszcze nie wszystko wiemy. Raport ukazał skalę źródeł osobowych WSI na początku transformacji lat 90. Tylko w centralnych urzędach WSI miały ponad 2,4 tys. współpracowników, a łącznie w całym kraju 10 tys. Dziś wiemy, że przy wielu aferach gospodarczych aktywni byli ludzie tajnych służb cywilnych, ale też wojskowych. Powstała u mnie praca doktorska, w której przeanalizowano ponad 80 dużych afer w III RP i przy wielu z nich widać osoby ze służbami związane. Niekiedy funkcjonowało to w ten sposób, że „dobrze umocowane”firmy, na przykład zainteresowane prywatyzacjami, korzystały z wiedzy zakolegowanych współpracowników służb ulokowanych w ministerstwach.

Skąd dowody, że to tak funkcjonowało?

Konkretnych empirycznych przykładów nie podam. Ale taka jest logika działania niejawnych grup interesu – jeśli mogą skorzystać z jakiegoś zasobu, zrobią to.

W raporcie nie ma takich dowodów.

Studiując dokumenty WSI, widziałem na przykład raport stwierdzający, że pułkownik, który już odszedł ze służby, wykorzystywał informacje operacyjne do prowadzenia swego biznesu.

Ale to nie jest charakterystyczne wyłącznie dla WSI, zapewne tak jest w CIA i Mossadzie.

OK, ale potrzebne są instrumenty zewnętrznego nadzoru, których w przypadku WSI kompletnie nie było.

Słabości raportu Macierewicza?

Nie umieściłbym w nim historyka Andrzeja Grajewskiego. Komisja nad tym dyskutowała. Macierewicz uznał, że ten przypadek się kwalifikuje. Przyjąłbym założenie, że tylko w jaskrawych przypadkach podajemy nazwiska, w innych opisywałbym mechanizmy. W raporcie są przytoczone informacje z dokumentów WSI, które niekiedy nie były dostatecznie starannie weryfikowane w źródłach jawnych. Wreszcie to, co pan sygnalizował i co pojawiło się u Dorna – przyjęcie nie w pełni trafnego założenia co do stopnia koordynacji pewnych zakulisowych działań. Należało też pogłębić część kontrwywiadowczą. Czytałem oceny sytuacji kontrwywiadowczej przygotowywane przez oficerów WSI niższych szczebli. Miałem wrażenie, że to było robione zgodnie z interesem państwa i profesjonalnie. Kierunki aktywności obcych wywiadów w Polsce były dość głęboko rozpoznane. Tyle że potem na poziomie kierownictwa WSI nie podejmowano odpowiednich działań. Przedstawienia tej problematyki zabrakło w raporcie. Proszę jednak pamiętać, że prace komisji i nad raportem odbywały się w pośpiechu, przy ograniczonych zasobach kadrowych.

Gdyby położyć na szali plusy i minusy raportu, co przeważa?

Usunięcie ze służb RP licznej grupy podwyższonego ryzyka kontrwywiadowczego i pozbawienie jej możliwości korzystania z zasobów instytucjonalnych przeważa nad wszystkimi kosztami. ■

* PROFESOR ANDRZEJ ZYBERTOWICZ, SOCJOLOG Z UNI- WERSYTETU MIKOŁAJA KOPERNIKA W TORUNIU, EKSPERT KOMISJI WERYFIKACYJNEJ WSI

Okładka tygodnika WPROST: 4/2014
Więcej możesz przeczytać w 4/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także