Przeminęło z gwizdem

Przeminęło z gwizdem

La Gomera to jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie nie zamyka się domów i samochodów
Przy wąskiej szosie na skraju miasteczka, jeszcze w środku gór, ale już opodal oceanu, stoi tablica z napisem: "Wita was Hermingua, która ma najlepszy klimat na świecie". Tego dnia jest pochmurno, zanosi się na deszcz, ale powietrze wydaje się rzeczywiście aksamitne. 1500 mieszkańców Hermingui nie ma doświadczenia w załgiwanej promocji, więc oni chyba naprawdę wierzą w treść tablicy.

Każde niemal państwo ma swój obszar "B" - mniej rozwinięty, uboższy, zapomniany. Kresami archipelagu są trzy wyspy południowo-zachodnie: La Palma, La Gomera i Hierro. Na Wyspy Kanaryjskie przybyło w ubiegłym roku 12 mln turystów, ich celem były Teneryfa, Gran Canaria, Fuerteventura i Lanzarote. Trzy pozostałe wyspy nie miały wzięcia; na La Palmie doliczono się 100 tys. przybyszów, na Gomerze - kilkunastu tysięcy, na Hierro - zaledwie kilku tysięcy.
Jeśli tutaj istotnie jest "najlepszy klimat na świecie", to bodaj dlatego, że mało kto go zatruwa i niszczy. Od zarania dziejów były to strony nieprzystępne. To tutaj, a nie gdzie indziej, długo trwał opór wyspiarzy przeciw Hiszpanom. W długim wąwozie koło Hermingui rozegrała się wielka bitwa Guanczów, pierwotnych mieszkańców wyspy, z najeźdźcami. Guanczowie są już tylko legendą. Okolice Hermingui wypełniły się plantacjami bananów sprowadzonych tu przed stuleciem przez Anglików. Bananów, a także awokado, papai i mango jest coraz więcej, ludzi coraz mniej. Jeszcze w latach 40. żyło na La Gomerze 29 tys. mieszkańców, dziś pozostało 17 tys.; jedni przenieśli się na Teneryfę, inni wyemigrowali do Wenezueli (zwanej ósmą wyspą kanaryjską), więc i turystami nie bardzo kto ma się zajmować. W 23 małych hotelikach i pensjonatach La Gomery jest zaledwie 800 łóżek. Za to o banany dbają - w ubiegłym roku zebrali 9 mln kilogramów!
Od 1970 r. na Gomerę można dotrzeć promem (lotnisko w budowie) przybijającym do San Sebastian, stolicy wyspy, gdzie mieszkańców tylu, ilu w trzech polskich wioskach łańcuchówkach: 5800. Już wiem, że w San Sebastian działa dyskoteka i kilka restauracji, taka to metropolia. Ktoś mówi: "Niemcy kupują domy". Ktoś inny czyta głośno gazetę: "Na Gomerę dopływają narkotyki". Słucham, notuję, dziwię się. Ale przez cały czas myślę o jednym: co z ich sławnym językiem gwizdanym? Można nic nie wiedzieć o burzliwej historii wyspy, o jej sztuce i gospodarce, jednak nie sposób nie słyszeć o tym, że potrafią się porozumiewać bez słów na odległość kilku kilometrów. To podobno echo wydarzeń sprzed setek lat, kiedy w obliczu inwazji Hiszpanów i Anglików, a potem w latach wojny domowej, nawoływali się w górach, przekazywali sobie informacje o ruchach sił nieprzyjacielskich lub akcjach policji. Także pasterze owiec gwizdaniem utrzymywali z sobą łączność. Istnieje domniemanie, że ta "mowa bez mówienia" powstała, ponieważ konkwistadorzy wyrywali ludziom języki...
Wesolutki Stefan, kierowca mikrobusu, należy do wirtuozów mowy gwizdanej. Jechał meandrami wąskich dróg Gomery, równocześnie wkładał - w rozmaity sposób - palce w usta i demonstrował gwizdane odzywki i powiedzenia. Miałem wrażenie, że szła wtedy "cała para w gwizdek", bo dosłownie w ostatniej chwili unikaliśmy najazdu na skałę czy drzewo.
- Niech pan zagwiżdże "Buenos dias"
- To może teraz "Good-bye"?
Wydaje się, że Stefan gwizdaniem naśladuje melodię słów. Ale oto podjeżdżamy pod knajpkę i dochodzi do wymiany zdań między Stefanem a stojącym na progu krzepkim staruszkiem. Ustaliliśmy uprzednio, że zapytamy o wino.
- Chciałbym butelkę czerwonego wina! - gwiżdże Stefan.
- Nie mam dla ciebie wina, mam wodę! - brzmi podobno odpowiedź. Stefan odgwizduje z wyraźną nonszalancją:
- Wodę piją tylko żaby!
Kiedyś jeździł po wyspie na osiołku francuski antropolog. Przed podróżą wynajął młodego przewodnika. Uczonemu zależało na pojawianiu się w wioskach przez zaskoczenie. Dziwił się, że wszędzie oczekują go ludzie przy drodze i na pytania odpowiadają bez chwili wahania. Trochę czasu minęło, nim się zorientował, że jego przewodnik dużo wcześniej uprzedzał o ich przybyciu i celu wizyty.
Po zwycięstwie Franco język gwizdany na Gomorze zanikał, o co zadbały władze, które wolały wiedzieć, co się publicznie wypowiada. Teraz uczy się go w niektórych szkołach, prowadzi się kursy dla nauczycieli. Znaleźli się także uczeni lingwiści badający gwizdy; to oni ustalili istnienie 3 tys. gwizdanych słów. Czy w epoce telefonów komórkowych ma to jeszcze sens? Na ubogiej w prawdziwe atrakcje wyspie można tym zabawić turystów!
Przesadą byłoby jednak twierdzenie, że Gomera nie ma innych atrakcji mogących zainteresować przybyszów. Choćby park narodowy De Garajonay, czyli las laurowy, jeden z najstarszych na świecie obszarów leśnych. Dominują wawrzyny, ale jest też kilkaset gatunków roślin rzadkich, m.in. wierzba i sosna kanaryjska. Flora typowa dla rejonu Morza Śródziemnego sprzed milionów lat. Drzewom sprzyja wilgotność i tzw. horyzontalne deszcze - ten rejon wyspy to ogromna gąbka. Bywa jednak, że jest sucho, a nawet wybuchają pożary. Sosna kanaryjska przez 45 minut wytrzymuje temperaturę 450 stopni Celsjusza. Niektóre rośliny, np. róża skalna, mają tutaj (a zwłaszcza na La Palmie) niezwykłą zdolność odradzania się zaraz po spaleniu. W 1981 r. wpisano Garajonay na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości.
Pełna godności dońa Maria Dolores Gomez Mendez, właścicielka hoteliku w Hermingui, była zastępczyni burmistrza tej miejscowości, pamięta pierwsze połączenie miasteczka ze światem; było to w 1936 r., gdy doprowadzono tutaj drogę bitą. Zaraz potem zabłysły pierwsze żarówki. Mieszkało tu wtedy 8 tys. ludzi, ale liczba ta wkrótce zmniejszyła się do 2 tys., jakby mieszkańcy tylko czekali na drogę, by stąd uciec. Dońa Maria Dolores wie wszystko o Gomerze. Jej postać przypomina, że na tej wyspie obowiązywał kiedyś matriarchat, że do dziś w niektórych jej rejonach rządzą kobiety, a już prawie zawsze one "trzymają kasę". Tak jest w wielu miasteczkach i osadach. Także w pięknej Dolinie Wielkiego Króla (Valle de Gran Rey) po zachodniej stronie, chętnie odwiedzanej przez niezbyt licznych na wyspie turystów. Kiedyś gnieździli się tam hipisi i pewnie trwaliby do dzisiaj, gdyby miejscowe wścibskie damy nie wyśledziły, że chłopcy i dziewczęta uprawiają marihuanę.
Naturalnie i tutaj pojawił się Krzysztof Kolumb, pocztówkowy bohater wielu krajów. Odwiedził on Gomerę dwukrotnie. Pociągała go ponoć urodziwa wdowa po znienawidzonym gubernatorze wyspy, Beatriz de Bobadilla. Z tą postacią łączy się krwawy rozdział dziejów tego regionu, ponieważ męża Beatriz pozbyli się wyspiarze, co wywołało krwawą ekspedycję karną Hiszpanów z Gran Canarii. Uśmiercili oni prawie wszystkich mężczyzn powyżej piętnastego roku życia. Większość tych, którzy przeżyli, zawdzięcza ocalenie ostrzegawczym gwizdom. Pobyt Kolumba na Gomerze upamiętnia Casa de Colon w San Sebastian. Na studni obok można odczytać chełpliwe słowa: "Wodą z tej studni ochrzczono Amerykę".
Na wyspie nie zamyka się domów i samochodów. Kościółki bywają zamknięte, ale dostępne; w Chipude widziałem na drzwiach napis: "Klucz w barze obok". Jeżeli komuś na cichej Gomerze za hałaśliwie, może jeszcze przeskoczyć na sąsiednią Hierro. Jej stolica, Valverde, jest już tylko jedną łańcuchówką - liczy 1800 mieszkańców, co stanowi czwartą część ludności wyspy. Melancholijne miasteczko i jego bary ożywiają się jedynie przy okazji kolejnej procesji na cześć Matki Boskiej. Na wyspie znajduje się najmniejszy na świecie hotel - czteropokojowy (wymieniony w "Księdze rekordów Guinnessa"). Długo miało Hierro dwa symbole: jałowce powyginane wichrem (sabinas) i punkt pomiarowy południka zero; drugiego symbolu pozbawiło wyspę w 1884 r. angielskie Greenwich, zostały jałowce.
Gomera i Hierro, pustka wypełniona wiatrem, szelestem liści bananowców i gwizdem, czyli niczym. Iluż ludzi na świecie tęskni do takiej pustki!

Okładka tygodnika WPROST: 24/1999
Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0