Jesteśmy pogrzebani

Jesteśmy pogrzebani

Słyszałem, że furorę zrobiła ostatnio piosenka „Ona tańczy dla mnie”. Nie chcę nikogo obrażać, ale otacza nas muzyczna grafomania – mówi Jerzy Maksymiuk, wybitny dyrygent i pianista.

Podoba się panu utwór, który w tym roku będzie nas reprezentował na Eurowizji?

A kto jest autorem?

Donatan i Cleo.

Kto?

To duet. Ona napisała tekst, on – muzykę. Mogłabym go panu puścić, jestem ciekawa reakcji.

Bardzo proszę. (W tym momencie żona Jerzego Maksymiuka, Ewa, szuka teledysku w internecie. Mistrz słucha utworu przez kilkadziesiąt sekund. Przerywa) Chce pani, żebym to ocenił? Przecież muzyk, który gra Mozarta, nie jest odpowiednią osobą do oceny czegoś takiego.

Dlaczego, skoro ma pan słuch absolutny, jest pan wybitnym dyrygentem i kompozytorem? Kto, jeśli nie pan, powinien się wypowiadać o muzyce?

Tylko że ja musiałbym powiedzieć, że to muzyczna grafomania. Jak to odbierze ta masa osób, która tego utworu słuchała i nie przerwała słuchania, jak ja przed chwilą? Mam je obrażać?

Nie, jedynie wyrazić swoją opinię.

No dobrze: to jakieś strzępy pseudoludowej melodii. Dla mnie zbyt prostej, nieciekawej.

To może chociaż podobał się panu „obrazek”?


Niespecjalnie.

Około 40 mln razy oglądano te piersi w internecie.

To świadczy o tym, że ludzie już nie odczuwają muzyki, tylko się nią podniecają.

Co najbardziej pana razi w utworach, którymi masowa publiczność się podnieca?

Uproszczenie melodii, to, że muzyka dobiega zewsząd jakby dodatek do fitnessu. Dookoła mamy muzyczny fitness. Dla mnie to nie ma nic wspólnego ze sztuką.

Bo pan jest tym słynnym Maestro.

Kompozytor to ktoś, kogo wyobraźnia i to, co napisał, wzbogaca nas, otwiera inną przestrzeń, poszerza wrażliwość. Nie tylko muzyczną. Mam wrażenie, że piszący piosenki nieczęsto spełniają te wymagania.

Chce pan powiedzieć, że ludzie po prostu piszący piosenki nie działają na naszą wrażliwość?

Pewno działają. Słyszałem, że furorę zrobiła ostatnio piosenka „Ona tańczy dla mnie”, druga – „Majteczki w kropeczki” czy jakoś tak. Ale na mnie disco polo nie działa.

Dlaczego?

Nie moja estetyka. Drażnią mnie melodie oparte na kilku dźwiękach, na jednolitym, uporczywym rytmie. I przerażająca ilość decybeli. Od razu uprzedzam – to nie sprawa wieku.

Dzieli pan muzykę na lepszą i gorszą.

Ostatecznie zgodziłem się z poglądem Janusza Stokłosy, by nie dzielić tak muzyki. Każdy ma swoją. Ktoś, kto nie jest przygotowany do odbioru muzyki poważnej, nie pokocha Haydna od pierwszego usłyszenia. Nie mam nic przeciwko temu, że taka osoba znajdzie swoją przestrzeń muzyczną. Oczywiście byłbym szczęśliwy, gdyby bodaj miała lepszy gust muzyczny.

To może młodzi ludzie chociaż Pendereckiego powinni pokochać?

To tak jakby zacząć naukę matematyki od całkowania. Na początek proponowałbym na przykład posłuchanie w szkole „Czterech pór roku” Vivaldiego, bo to łatwiejsza muzyka i znana kompozycja. Potem trzeba by ich zaprosić do filharmonii na program, który ma szansę się podobać. Chciałbym, żeby zafascynował ich Penderecki. „Siedem bram Jerozolimy” ściąga masę słuchaczy. To wielki kompozytor.

Tyle że przeciętny Kowalski myśli sobie tak: na koncercie Dody przynajmniej coś się dzieje, a w filharmonii? Nuda panie, nuda!

A jednak nawet na nowicjuszach olbrzymia orkiestra grająca choćby „Bolero” Ravela robi wrażenie. Wielokrotnie obserwowałem zaskakujące reakcje ludzi, którzy po raz pierwszy zetknęli się bezpośrednio z wielką orkiestrą. I wielką muzyką. Podobało im się. Są też tacy, którzy dopytują się o „łatwiejsze” koncerty.

Są takie?

„Głosy gór” to przykład takiego koncertu. Dyrygowałem go w Teatrze Wielkim i tyle było ludzi, że koncert będzie powtórzony. Czy na ten temat zająknie się jakaś celebrytka? Bo ja włączam telewizor i ze zdumieniem słucham, że jakaś pani była źle ubrana albo drugi raz założyła tę samą suknię. Ta bzdura jest ekscytująca?

Z pana słów wynika, że do normalnych Polaków o brak wiedzy muzycznej i przygotowania do właściwego odbierania muzyki poważnej nie powinniśmy mieć pretensji.

Hodujemy pustotę, a potem się dziwimy. Nie ma moralnej presji, żeby poprawić nasz gust, nie tylko zresztą muzyczny. Bardziej wulgarne stały się nasz język, nasze zachowanie, maniery. Wolność polega na tym, że można chodzić do klubu, a nie chodzić do teatru. Można słuchać disco polo i nie być nigdy w filharmonii. Wszystko wypada i nic nie trzeba. Ubolewam zresztą, że polityków, wydawałoby się elitę intelektualną kraju, widuję na koncertach niezwykle rzadko.

Kto bywa najczęściej?

Marszałek Jerzy Wenderlich.

Akurat ten polityk ma wykształcenie muzyczne, z tego, co wiem, gra na skrzypcach.

Tak? Możliwe. Kanclerz Helmut Schmidt nagrał nawet kiedyś koncert Mozarta.

Wracając na nasze podwórko, który z wybrańców narodu bywa jeszcze w filharmonii?

Przychodzi także marszałek Marek Borowski.

Czyli raczej lewicowo.

Świętej pamięci pani prezydentowa Maria Kaczyńska też wspaniale reagowała na muzykę.

A ktoś z rządzących bywa?

Państwowe uroczystości do tego obligują, no i patronaty. Często i pan prezydent, i pani prezydentowa obejmują nimi ważne koncerty.

Ale nie zawsze jest pan zadowolony z programu „państwowych” koncertów.

Widzę, że coraz częściej koncerty uświetniające jakieś rocznice czy wydarzenia zagarnia muzyka popularna. Chopin, Mozart, Beethoven zaczynają przegrywać z piosenkami i piosenkarkami, chociaż jak na razie drugiej Osieckiej się nie doczekaliśmy. Nie chwalimy się ludźmi, którymi teraz powinniśmy się chwalić: Pendereckim czy Lutosławskim. A tej klasy kompozytorów nie mają ani Czesi, ani Holendrzy, ani Amerykanie. Muszę pani opowiedzieć jeszcze pewną historię.

Słucham.

Czasami bywam zabawnym człowiekiem. Lubię sprawdzać muzyczną wiedzę Polaków. Ostatnio poprosiłem więc pewną studentkę filozofii, by wymieniła siedmiu kompozytorów. Wyznaczyłem nawet nagrodę, ale dziewczyna nie potrafiła tego zrobić. A przecież jest Chopin, Moniuszko, Mozart…

Odwracając sytuację: ktoś mógłby poprosić pana o wymienienie siedmiu nazwisk najznakomitszych biologów czy chemików.

Ale biolog w naszym życiu nie odgrywa takiej roli jak twórca sztuki. A muzyka jest najpiękniejszą ze sztuk. Tekst może się zestarzeć, ale nie muzyka, bo w niej nie ma konia.

Konia?

No tak, to skrót myślowy. Muzyka jest abstrakcyjna, ale działa najbardziej emocjonalnie. I natychmiast. Napisałem serenadę i wiele osób mówi: „O, zobaczyłem Włochy, Neapol”.

Być może dlatego w pragmatycznym świecie tak trudno o jej zrozumienie.

Za bardzo chcemy uproszczeń, ułatwień. Łatwiejsze filmy, łatwiejsze sztuki, prostsze piosenki, prostsze gagi. Łatwiejsza więc i muzyka. Kulturę tworzą genialne jednostki, a nie masy. Program w telewizji jest jednak układany na zasadzie „co się podoba masom”. A skoro większość mówi, co jest kulturą, jesteśmy pogrzebani.

Muzykę poważną usiłował przybliżyć w prowadzonym przez siebie programie pianista Waldemar Malicki. Podobało się to panu?

To mój kolega, którego niezwykle cenię jako pianistę. Prawdę powiedziawszy, wolałem go w tamtej podstawowej roli. Pierwsze programy wydawały mi się dobrą formą popularyzowania muzyki poważnej. Potem było gorzej. Sądzę, że nie można sonaty Księżycowej czy muzyki Mozarta wplatać w skecz. Nie ma też potrzeby ratowania tej wielkiej muzyki kusymi strojami. Jest pewna granica dowcipu i są pewne świętości. Dla mnie jest nią Mozart. To dowód na istnienie Boga.

Nie Chopin?

Zostanę przy Mozarcie. Jeśli jednak Chopin przestanie być dla ludzi ważną postacią, świat dla mnie przestanie istnieć.

Co jeszcze wynotował sobie pan na tych kartkach dziś rano, przygotowując się do naszej rozmowy? O czym ważnym chciał mi pan jeszcze powiedzieć?

Chyba wszystko, co najważniejsze, powiedziałem.

A co pan teraz będzie robił? (Pytam Jerzego Maksymiuka, który jeszcze w trakcie rozmowy zaczął zakładać kurtkę, a żona zajęła się wiązaniem mu szalika).

Teraz biorę magnetofon i idę do parku uczyć się muzyki.

A w najbliższej przyszłości?

Zostaliśmy na przykład zaproszeni do Rzymu, na koncert z okazji kanonizacji Jana Pawła II. W swoim czasie zająłem się „Barką”, zrobiłem instrumentację na głos chłopięcy, chór i orkiestrę. Teraz sobie o tym przypomnieli i chcą, by to wykonać w Watykanie. Żona żartuje, że w ten sposób odpuszczone nam zostaną wszystkie grzechy. ■

Okładka tygodnika WPROST: 10/2014
Więcej możesz przeczytać w 10/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0