Gra o świńską koronę

Gra o świńską koronę

Marek Sawicki to polityczny zawodnik wagi ciężkiej. Wiele miesięcy czekał, by wrócić. Aż wyczuł wiatr ze wschodu.

Po drodze z Warszawy do Ostromęczyna mijam aż trzy biura poselskie Marka Sawickiego: w Mińsku Mazowieckim, Siedlcach i Łosicach. Jest wtorkowe przedpołudnie. W Siedlcach drzwi zamknięte, głucho. Pół godziny później dojeżdżam do Łosic. To ostatnio wyjątkowo gorąca miejscowość na politycznej mapie Polski. Kilka dni wcześniej tu właśnie wicepremier Janusz Piechociński przepraszał protestujących rolników za „swoje państwo”, które nie zdało egzaminu w sprawie afrykańskiego pomoru świń (ASF). Zdesperowani hodowcy trzody zablokowali drogę, domagając się rozwiązania problemów ze skupem tuczników. Przy okazji – doprowadzili do zmiany ministra. Gdzie jak gdzie, ale w biurze Marka Sawickiego w Łosicach na pewno dowiem się o sprawie więcej. Ale i tu drzwi zamknięte, ani żywej duszy. Pukam naprzeciwko, do salonu fryzjerskiego pani Uli. – Mam sprawę w biurze poselskim, czy tu ktoś przyjmuje? – Kiedyś pracowała tu taka dziewczyna z urzędu, to czasem wpadała. Ale od wielu tygodni nie widziałam nikogo – kręci głową moja rozmówczyni.

Jaskółka Sawickiego


Na drodze krajowej nr 19 jest już pusto, rolnicy, którzy kilka dni wcześniej krzyczeli o „polskim Majdanie”, zawiesili protest. Nowy minister obiecał, że skup przerośniętych tuczników ruszy natychmiast. – Ruszył? – pytam w gospodarstwie Wiesława Antosiuka. – Gdzie tam, przyjechał samochód do jednego gospodarstwa i pojechał. I nie wiadomo, co dalej – rozkłada ręce gospodarz. W kilku innych domach słyszymy to samo: – A przecież Sawicki miał to załatwić. – Kto zorganizował ten protest? – pytam w kilku wsiach. – Nikt. Tu nie ma nikogo na czele. Świnie się dusiły, więc w kilkunastu chłopów się skrzyknęliśmy i pojechaliśmy – słyszę.

Jednym z liderów okazuje się jednak Jerzy Garucki, wójt gminy Platerów z ramienia PSL i... dobry znajomy Sawickiego. Gdy dojeżdżam na spotkanie w bibliotece w Platerowie, z Brukseli dochodzi dobra wiadomość: nowy minister wynegocjował właśnie znaczne zawężenie strefy buforowej. – Czyli sukces? – pytam wójta Garuckiego. – Dopiero jaskółka – odpowiada. Tego samego dnia do prokuratury w Białymstoku trafia podejrzenie popełnienia przestępstwa przez głównego lekarza weterynarii i byłego ministra. – To mało.

Do wszystkich służb by trzeba złożyć. Zrobili tragedię w tym kraju – uważa Garucki. Rolnicy czują się oszukani przez władzę. Wszystko zaczęło się w połowie lutego, od padłego dzika znalezionego w Szudziałowie przy białoruskiej granicy. Rolnicy są przekonani, że został tam podrzucony specjalnie. Taka rosyjska prowokacja za wsparcie Majdanu. Kiedy główny lekarz weterynarii dostał wynik badania potwierdzającego, że dzik miał ASF, wyznaczył jednak ogromną strefę buforową: w promieniu niemal 300 km od Szudziałowa. I właśnie ta jedna decyzja stała się źródłem wielkich problemów, bo – zdaniem rolników – wystarczyło wyznaczyć strefę kilkukilometrową. A zamiast tego na własne życzenie zafundowaliśmy sobie kłopoty: zakłady nie chcą kupować mięsa ze strefy, przerośnięte zwierzęta mają zaś coraz mniej miejsca w hodowlach. Jest ich na tych terenach prawie 600 tys. Straty – przyznawał Piechociński – sięgają nawet 2 mld zł.

Kiedy tylko wykryto przypadek ASF, przyjechał do nich wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski. Obiecał, że będzie dobrze i nie poniosą strat. Potem przyjechał kolejny raz, z wiceministrem rolnictwa Tadeuszem Nalewajkiem. Powtarzali, że wszystko będzie załatwione, za chwilę ruszą skupy. – Minęły kolejne dwa tygodnie i nic. Zaczął się dramat. Tu są duże gospodarstwa, ludzie pobrali kredyty na maszyny... Aż w końcu rolnicy do mnie zadzwonili, że idziemy na drogę – mówi Garucki. Wtedy przyszły e-maile od posłów i z Ministerstwa Rolnictwa, żeby przyjechali na rozmowy w Warszawie. – Pojechaliśmy, byli ówczesny minister rolnictwa Stanisław Kalemba, główny lekarz weterynarii, posłowie. Nikt nie umiał odpowiedzieć na nasze pytania. Wróciliśmy z niczym – relacjonuje wójt.

Po komisji Garucki rozmawiał jeszcze z Kalembą. Minister wziął od niego komórkę i miał zadzwonić wieczorem, kiedy sprawa będzie załatwiona. Tyle że polityk wieczorem, po kilku burzliwych naradach, usłyszał już od wicepremiera, że następnego dnia ma się podać do dymisji, bo nie potrafi rozwiązać problemu. Polityk PSL, któremu bliżej do Kalemby niż do Sawickiego: – Staszek przez kilka tygodni nie miał wsparcia Piechocińskiego w tym kryzysie. Nie ufał mu, bo Kalemba to człowiek Pawlaka. Radził się więc Sawickiego. Między resortami rolnictwa i gospodarki był konflikt o to, jaką rolę powinna odegrać Agencja Rezerw Materiałowych. Czy to prawda? Kalemba nie chciał nam odpowiedzieć na to pytanie. – Przyjdzie czas, to udzielę informacji. Teraz jestem wolnym człowiekiem i sam wybiorę ten czas – tajemniczo stwierdził i odesłał nas do swojego oświadczenia. Osoba znająca kulisy rozmów: – Kalemba od kilku tygodni na posiedzeniach rządu opowiadał, co się dzieje w sprawie ASF, ale nic z tego nie wynikało. Protesty się nasilały, a Stasiu nie podejmował decyzji. Największy błąd? Nie przewidział skutków decyzji o zarządzeniu tak dużej strefy buforowej.

Ambicje ministra

Politycy PSL byli wściekli. Sprawa zatrzęsła całą partią, uderzając wprost w jej elektorat i samych działaczy. Dlatego w końcu wicepremier sam pojechał do Łosic i zapowiedział, że z problemem poradzi sobie już nowy minister. Marek Sawicki. Liderzy protestujących nie kryli zresztą, że to do Sawickiego już od wielu dni dzwonili w tej sprawie. Minister rolnictwa to przecież postać w tych okolicach nieprzypadkowa. Jego teren, wszystkich zna – wójtów, burmistrza, starostę, był w stałym kontakcie z protestującymi. Część z nich to lokalni działacze PSL.

Kiedy jednak go pytam o jego zaangażowanie w protesty, Sawicki oświadcza: – Proszę mnie nie poniżać, są jakieś granice insynuacji. – Niczego nie insynuuję, sami rolnicy mówili w telewizji, że do pana dzwonili – zauważam. – Jestem posłem tego regionu, protestujący rolnicy zgłaszają swoje problemy i szukają sposobu ich rozwiązania. Prosili o pomoc, pytali, jak rozwiązać ten problem. Moim poselskim obowiązkiem było włączenie się w to. Nie jest tajemnicą, że podpowiadałem i Piechocińskiemu, i Kalembie, i głównemu lekarzowi weterynarii, co zrobić, żeby problem rozwiązać szybciej. Moje propozycje i porady niestety napotykały ścianę. – Dlaczego? – Nie wiem, być może inna koncepcja, być może minister uważał, że nie mam racji. Każdy ma swoje podejście do sprawy.

Zdaniem części naszych rozmówców Sawicki jednak dobrze wiedział, jak wykorzystać ten kryzys, by wrócić do resortu, z którego półtora roku temu odchodził w niesławie po ujawnieniu taśm Serafina. Wtedy musiał wrócić do Sejmu. Przez pierwsze tygodnie przemykał po korytarzach. W partii było słychać, że po cichu knuje z Piechocińskim. Ludowcy przeżyli szok, kiedy okazało się, że ten ostatni wygrał z Pawlakiem na kongresie. W kuluarach pojawiały się głosy, że nie stałoby się to bez pomocy byłego ministra rolnictwa, choć on sam głosował na Pawlaka. Dla Sawickiego nastał lepszy czas.

– Zachował wpływy w ministerstwie, był na bieżąco jako wiceszef komisji rolnictwa. Podszczypywał Kalembę – opowiada jeden z ludowców. Udzielał wywiadów, komentował. Po sejmowej awanturze wokół uboju rytualnego stwierdził we „Wprost”, że „Tusk przestał być szefem Platformy”. Teraz, jako jedyny minister po dymisji, wrócił do rządu Tuska. Na dzień dobry oświadczył, że jest gotów jechać do Moskwy na rozmowy w sprawie wieprzowiny. Plan miał gotowy. Powołał nowego głównego lekarza weterynarii, a na ostatnim posiedzeniu rządu mógł się już pochwalić premierowi ograniczeniem strefy buforowej. – Nikt w całym Sejmie nie zna się tak jak on na unijnej polityce rolnej – zachwalają klubowi koledzy. I przekonują, że Sawicki ma dziś w PSL pełne wsparcie. Od tego, czy sobie poradzi, może bowiem zależeć nie tylko głowa Piechocińskiego, ale i wynik ludowców w wyborach. Nastroje w partii są proporcjonalnie złe do sondaży, a afrykański pomór tylko je pogłębia. To dla Sawickiego szansa polityczna, bo jeśli przekona rolników, że opanował sytuację, wkrótce może sięgnąć po władzę w Stronnictwie. W końcu nie od dziś ma takie ambicje.

Wywiad w „Gali”

Na ich drodze mogą jednak stanąć historie z przeszłości. Kilka tygodni temu „Rzeczpospolita” opisała raport z kontroli KPRM w ARiMR. Powstał po ujawnieniu przez „Puls Biznesu” w wakacje 2012 r. zapisu rozmowy między Władysławem Serafinem a Władysławem Łukasikiem, byłym prezesem Agencji Rynku Rolnego. Wyłaniał się z niego obraz sieci towarzyskich powiązań działaczy PSL, któremu miał patronować sam minister. Bohaterem taśm był Andrzej Śmietanko z Elewarru, wieloletni przyjaciel Sawickiego. Jeszcze przed ujawnieniem taśm Sawicki znalazł się zaś w ogniu krytyki za słynne spoty, które miały promować polską żywność. Zamiast tego promowały samego ministra w najlepszym czasie antenowym w przerwach meczów Euro 2012 (wpływową postacią w TVP był wówczas inny przyjaciel Sawickiego, Marian Zalewski). Ówczesny prezes PSL Waldemar Pawlak stwierdził wówczas, że Sawicki „strzelił sobie w kolano”. Kiedy opisywałam wówczas sprawę spotów, minister na łamach „Wprost” za nią przepraszał. – To był błąd – przyznawał. Chwilę później ukazały się taśmy Serafina. Sprawą zajęli się m.in. funkcjonariusze CBA i kontrolerzy KPRM.

Dziś znane są wyniki kontroli. Potwierdzają nepotyzm, kumoterstwo, konflikty interesów i inne nieprawidłowości w funkcjonowaniu agencji. We fragmencie dotyczącym spotów z udziałem Sawickiego czytamy, że ich sfinansowanie (1,8 mln zł) „naraziło na zarzut nadużywania zajmowanych stanowisk publicznych w celach autopromocji”. Kontrola wskazuje też np. na szczególną pozycję Przemysława Litwiniuka, przez lata bliskiego współpracownika Sawickiego. Teraz Litwiniuk jest kandydatem PSL do europarlamentu z Lublina.

Litwiniuk stał na czele Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA, do której płynęły miliony złotych z ARiMR. Jak czytamy, zastrzeżenia budzi m.in. „zlecenie fundacji akcji promocyjnej podczas kampanii wyborczej 2011 i oddelegowanie do niej pracowników agencji kandydujących w wyborach”. W latach 2009-2012 FAPA otrzymała z agencji w sumie 21 mln zł. Za niecelowe kontrolerzy KPRM uznali też wydanie 25 tys. zł na wywiad ministra Sawickiego w piśmie „Gala”.

Wnioski z kontroli trafiły do CBA. – Przeanalizowaliśmy je i uznaliśmy, że istnieje podejrzenie złamania prawa – przyznaje Jacek Dobrzyński, rzecznik biura. Sprawę przekazano do Prokuratury Generalnej, ta skierowała ją do okręgowej, która z kolei zleciła z powrotem czynności CBA. Jak wynika z naszych informacji, śledztwo się toczy, a jednym z wątków jest finansowanie kampanii ministra.

Sawicki: – Nie zajmowałem się tą kontrolą, nawet nie czytałem tego raportu. Obejmuje on lata 2002-2012, ponad 3,5 tys. osób z ARiMR. Jak pamiętam, za czasów moich i prezesa Kołodzieja w tej centrali pracowało ok. 1300 osób i co najmniej o 150 zostało to zatrudnienie zmniejszone. Warto sprawdzić, kiedy powstawały te małżeństwa [raport zarzucał m.in. zatrudnianie na dużą skalę członków rodzin, w tym współmałżonków – red.], w jakim czasie były zatrudniane. Wierzę, że jeśli to już jest w CBA i prokuraturze, to się dowiemy, dlaczego i w jakim trybie w latach 2005-2007 została zatrudniona tam np. żona ówczesnego wicepremiera. Sawicki przekonuje też, że spoty nie miały treści reklamy politycznej: – Były wynikiem zalecenia komisarza aktywnego włączenia się ministrów rolnictwa w promowanie 50-lecia wspólnej polityki rolnej. Nie byłem pierwszym i ostatnim ministrem, który działalność resortu w taki sposób promował. Przypomnę ministra Olejniczaka z roku 2004 i ministra Sienkiewicza, który w tej chwili także występuje aktywnie w spotach na portalach internetowych.

Minister w kościele

30 km od Łosic wjeżdżam do wsi Sawice. Kilkanaście domów, jeden sklep, obok mały bar. Mieszkańcy wsi czasem widują ministra. – W niedzielę do kościoła chodzi, od czasu do czasu w pole wyjedzie ciągnikiem – opowiada kelnerka. Wszyscy tu wiedzą, kim jest właściciel najokazalszego gospodarstwa. Na końcu wsi, w szczerym polu rzuca się w oczy nowoczesny budynek. To przychodnia Sawimed. Placówka ma kontrakt z NFZ. – Dużo ludzi z niej korzysta – zapewnia nas kelnerka w barze. Wtóruje jej pan Józef, ale zaznacza: – Miałem tu rehabilitację. Za pierwszym razem czekałem dwa miesiące, za drugim pół roku.

Budowa zakończyła się w 2011 r., w otwarciu brał udział minister Sawicki. „Gazeta Polska” pisała, że spółka z udziałem żony i córki Sawickiego w 2008 r. miała kupić po atrakcyjnej cenie grunt (z pierwokupu zrezygnowała wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych). Następnie firma wystąpiła o unijną dotację na budowę przychodni z regionalnego programu operacyjnego (podlega on marszałkowi województwa TVN_TURBO_181x57_WPROST_2.pdf Adamowi Struzikowi 1 z PSL). Dostała ok. 4 mln zł dotacji. Po tym jak sprawę opisały media, żona i córka Sawickiego wycofały się ze spółki. Żona Wiesława była potem jednak dyrektorem placówki. O historię Sawimedu pytamy ministra: – Moja żona pomagała zakładać Sawimed i wiele pracy tam włożyła. Do dziś nie odzyskała kilkuset tysięcy złotych, które zainwestowała, a z pracy została zwolniona. Nie pracuje tam już dwa lata. Naszym celem było uratowanie szkoły, która popadała w ruinę [przychodnia powstała w budynku byłej szkoły – red.]. Namówiliśmy tych ludzi, a później zostaliśmy oszukani. Trudno, tak w życiu bywa, ale zakład jest, ludzie z usług są zadowoleni i to nas cieszy.

W związku z tą sprawą minister wpisał do rejestru korzyści 150 tys. zł pożyczki od osoby prywatnej. Pytamy o szczegóły: – Już ją spłaciłem. To była właśnie pożyczka na rozwój tej firmy, wzięła ją żona i opłaciła w urzędzie skarbowym. Kiedy przyszedł czas spłaty, została zwolniona z pracy. O zwrot pieniędzy musiała się ubiegać w sądzie. Żeby odzyskać te środki na drodze sądowej, musiała wziąć pożyczkę. Miała do tego pełne prawo – tłumaczy Sawicki. Od kogo pożyczyli pieniądze? Tego minister zdradzić nie chce.

Dziś Wiesława Sawicka, jak wynika z dokumentów KRS, od 2013 r. jest członkiem rady nadzorczej spółki Pol-Mot Auto. W tej samej radzie zasiada Andrzej Zarajczyk, zarazem prezes całego Pol-Mot Holdingu, a także wieloletni znajomy Sawickiego. Co ciekawe, w czasie gdy Sawicki był ministrem, Pol-Mot wygrał np. dwa przetargi na zakup samochodów do resortu rolnictwa. W maju 2011 r. przetarg na trzy samochody na ponad 340 tys. zł. Kolejny samochód resort kupił od Pol-Motu w październiku 2011 r. (Wątki dotyczące Pol-Motu pojawiały się także w taśmach Serafina. Z opowieści Łukasika, byłego szefa ARR, wynikało, że firma ta wygrywała też w niejasnych okolicznościach przetargi w agencjach podległych ministerstwu).

Sawicki pytaniami o Pol-Mot i znajomość z Zarajczykiem jest wyraźnie oburzony. – Znam także prezesa Kulczyka i mógłbym jeszcze paru prezesów wymienić, których znam. Moja żona już raz za politykę wyleciała z pracy, bo była zatrudniona przez jednostkę samorządową. Po tym jak zostałem ministrem, to oczywiście też żadnej pracy nie mogła znaleźć. To jest ciągle ta sama sytuacja, że żona polityka może zostać tylko kucharką, i to we własnym gospodarstwie. Gdziekolwiek by się pojawiła, czy to jest rada nadzorcza, czy inna praca, czy cokolwiek innego – przecież trudno znaleźć miejsce, osobę, instytucję, z którą polityk z 20-letnim stażem by się nie zetknął. Tak więc najlepiej wziąć rozwód, ale na razie żeśmy się na to nie zdecydowali – wyjaśnia zdenerwowany minister. Ma swoją teorię, dlaczego przygotowuję artykuł na jego temat: – Wiem, że już pani zwiedziła Sawice, Sokołów i wszystkie okolice. Więc jest zlecenie na to, jak opluć Sawickiego. Proszę bardzo, jestem na to gotowy! ■

Okładka tygodnika WPROST: 13/2014
Więcej możesz przeczytać w 13/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0