Sawicki wraca. Gra o świńską koronę

Sawicki wraca. Gra o świńską koronę

fot. KRZYSZTOF BURSKI / Newspix.pl / Źródło: Newspix.pl
Marek Sawicki to polityczny zawodnik wagi ciężkiej. Wiele miesięcy czekał, by wrócić. Aż wyczuł wiatr ze wschodu.

Po drodze z Warszawy do Ostromęczyna mijam aż trzy biura poselskie Marka Sawickiego: w Mińsku Mazowieckim, Siedlcach i Łosicach. Jest wtorkowe przedpołudnie. W Siedlcach drzwi zamknięte, głucho. Pół godziny później dojeżdżam do Łosic. To ostatnio wyjątkowo gorąca miejscowość na politycznej mapie Polski. Kilka dni wcześniej tu właśnie wicepremier Janusz Piechociński przepraszał protestujących rolników za „swoje państwo”, które nie zdało egzaminu w sprawie afrykańskiego pomoru świń (ASF). Zdesperowani hodowcy trzody zablokowali drogę, domagając się rozwiązania problemów ze skupem tuczników. Przy okazji – doprowadzili do zmiany ministra. Gdzie jak gdzie, ale w biurze Marka Sawickiego w Łosicach na pewno dowiem się o sprawie więcej. Ale i tu drzwi zamknięte, ani żywej duszy. Pukam naprzeciwko, do salonu fryzjerskiego pani Uli. – Mam sprawę w biurze poselskim, czy tu ktoś przyjmuje? – Kiedyś pracowała tu taka dziewczyna z urzędu, to czasem wpadała. Ale od wielu tygodni nie widziałam nikogo – kręci głową moja rozmówczyni.

Jaskółka Sawickiego

Na drodze krajowej nr 19 jest już pusto, rolnicy, którzy kilka dni wcześniej krzyczeli o „polskim Majdanie”, zawiesili protest. Nowy minister obiecał, że skup przerośniętych tuczników ruszy natychmiast. – Ruszył? – pytam w gospodarstwie Wiesława Antosiuka. – Gdzie tam, przyjechał samochód do jednego gospodarstwa i pojechał. I nie wiadomo, co dalej – rozkłada ręce gospodarz. W kilku innych domach słyszymy to samo: – A przecież Sawicki miał to załatwić. – Kto zorganizował ten protest? – pytam w kilku wsiach. – Nikt. Tu nie ma nikogo na czele. Świnie się dusiły, więc w kilkunastu chłopów się skrzyknęliśmy i pojechaliśmy – słyszę.

Jednym z liderów okazuje się jednak Jerzy Garucki, wójt gminy Platerów z ramienia PSL i... dobry znajomy Sawickiego. Gdy dojeżdżam na spotkanie w bibliotece w Platerowie, z Brukseli dochodzi dobra wiadomość: nowy minister wynegocjował właśnie znaczne zawężenie strefy buforowej. – Czyli sukces? – pytam wójta Garuckiego. – Dopiero jaskółka – odpowiada. Tego samego dnia do prokuratury w Białymstoku trafia podejrzenie popełnienia przestępstwa przez głównego lekarza weterynarii i byłego ministra. – To mało.

Do wszystkich służb by trzeba złożyć. Zrobili tragedię w tym kraju – uważa Garucki. Rolnicy czują się oszukani przez władzę. Wszystko zaczęło się w połowie lutego, od padłego dzika znalezionego w Szudziałowie przy białoruskiej granicy. Rolnicy są przekonani, że został tam podrzucony specjalnie. Taka rosyjska prowokacja za wsparcie Majdanu. Kiedy główny lekarz weterynarii dostał wynik badania potwierdzającego, że dzik miał ASF, wyznaczył jednak ogromną strefę buforową: w promieniu niemal 300 km od Szudziałowa. I właśnie ta jedna decyzja stała się źródłem wielkich problemów, bo – zdaniem rolników – wystarczyło wyznaczyć strefę kilkukilometrową. A zamiast tego na własne życzenie zafundowaliśmy sobie kłopoty: zakłady nie chcą kupować mięsa ze strefy, przerośnięte zwierzęta mają zaś coraz mniej miejsca w hodowlach. Jest ich na tych terenach prawie 600 tys. Straty – przyznawał Piechociński – sięgają nawet 2 mld zł.

Kiedy tylko wykryto przypadek ASF, przyjechał do nich wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski. Obiecał, że będzie dobrze i nie poniosą strat. Potem przyjechał kolejny raz, z wiceministrem rolnictwa Tadeuszem Nalewajkiem. Powtarzali, że wszystko będzie załatwione, za chwilę ruszą skupy. – Minęły kolejne dwa tygodnie i nic. Zaczął się dramat. Tu są duże gospodarstwa, ludzie pobrali kredyty na maszyny... Aż w końcu rolnicy do mnie zadzwonili, że idziemy na drogę – mówi Garucki. Wtedy przyszły e-maile od posłów i z Ministerstwa Rolnictwa, żeby przyjechali na rozmowy w Warszawie. – Pojechaliśmy, byli ówczesny minister rolnictwa Stanisław Kalemba, główny lekarz weterynarii, posłowie. Nikt nie umiał odpowiedzieć na nasze pytania. Wróciliśmy z niczym – relacjonuje wójt.

Po komisji Garucki rozmawiał jeszcze z Kalembą. Minister wziął od niego komórkę i miał zadzwonić wieczorem, kiedy sprawa będzie załatwiona. Tyle że polityk wieczorem, po kilku burzliwych naradach, usłyszał już od wicepremiera, że następnego dnia ma się podać do dymisji, bo nie potrafi rozwiązać problemu. Polityk PSL, któremu bliżej do Kalemby niż do Sawickiego: – Staszek przez kilka tygodni nie miał wsparcia Piechocińskiego w tym kryzysie. Nie ufał mu, bo Kalemba to człowiek Pawlaka. Radził się więc Sawickiego. Między resortami rolnictwa i gospodarki był konflikt o to, jaką rolę powinna odegrać Agencja Rezerw Materiałowych. Czy to prawda? Kalemba nie chciał nam odpowiedzieć na to pytanie. – Przyjdzie czas, to udzielę informacji. Teraz jestem wolnym człowiekiem i sam wybiorę ten czas – tajemniczo stwierdził i odesłał nas do swojego oświadczenia. Osoba znająca kulisy rozmów: – Kalemba od kilku tygodni na posiedzeniach rządu opowiadał, co się dzieje w sprawie ASF, ale nic z tego nie wynikało. Protesty się nasilały, a Stasiu nie podejmował decyzji. Największy błąd? Nie przewidział skutków decyzji o zarządzeniu tak dużej strefy buforowej.


Cały tekst w najnowszym numerze tygodnika „Wprost”.

Najnowszy numer "Wprost" będzie dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" będzie   także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" będzie dostępny również w wersji do słuchani a 

Czytaj także

Czytaj także