Artysta z alei zadłużonych

Artysta z alei zadłużonych

Entuzjastą komuny nigdy nie byłem. Ale ta komuna, jeśli chodzi o mnie, ma do dziś w rękawie jednego asa. Ten as nazywa się młodość – MÓWI BOHDAN ŁAZUKA.

Bohdan Łazuka: Męskość? Dla mnie ważna jest strona wizualna. Gary Cooper, James Stewart, Gene Kelly to są mężczyźni. Kilku Polaków też bym wymienił, ale nie chcę, bo mógłbym kogoś ważnego pominąć. Mężczyzna to jest ktoś, kto potrafi skupić na sobie uwagę, nic szczególnego nie robiąc. Taki Marlon Brando, chyba w drugim filmie, siedział, tak jak my teraz, na fotelu i był przykryty gazetą. Reszta towarzystwa, m.in. Henry Ford, odgrywała jakąś fabułę, a on sobie spał w fotelu. I wie pan co? Ja się cały czas patrzyłem na tego przykrytego gazetą Brando. Dla mnie to był facet.

Tacy faceci to już dzisiaj przeszłość. Dziś nawet ubrania mężczyzn i kobiet przestają się różnić. Nie przeszkadza to panu?

Pod tym względem jestem konserwatywny. Pozwoli pan, że i o kobietach, i o mężczyznach będę mówił klasycznie. Ja myślę, że różnice płci nie zanikną. Natura ludzka lubi różnorodność, więc ta różnorodność przetrwa. Panie Sylwestrze, ja jestem już starszym panem, ale w moim pokoleniu, jak się zapraszało kobietę na kolację, to raczej łącznie ze śniadaniem. Dziś, jak patrzę na mojego syna, a niedługo też pewnie wnuka, to widzę, że dziś jest mniej poważne traktowanie tych damsko-męskich spraw.

Bo dzisiaj, jak pan na przywitanie pocałuje kobietę w rękę, to ona może się obrazić…


O, wiem coś o tym. Ja, jak gdzieś wchodzę, wszystko jedno, do sklepu czy notariusza, i widzę kobietę, to staram się być dla niej szarmancki. Wie pan: „Dzień dobry, jak pani pięknie wygląda! Spodziewałem się, ale nie że aż tak pięknie! Troszkę pani przesadziła…”. I wie pan co? One reagują albo śmiechem, albo oburzeniem. Niektóre biorą za telefon i prawie na policję dzwonią. (Śmiech)

Pan zawsze był trochę jakby z innej epoki.

Ja to przejąłem od swoich mistrzów. Profesor Kazimierz Rudzki, wybitny erudyta, Ludwik Sempoliński, prof. Aleksander Bardini czy Stanisława Perzanowska, która wychowała Jaracza i Osterwę. No i mnie! Ale po co ja o tym panu mówię? Przecież dzisiejsi czytelnicy nie wiedzą, kto to był. Zanudzą się…

Zdziwią się, że kiedyś aktor miał tylu nauczycieli. Bo dzisiaj młody człowiek, który chce robić karierę w show-biznesie, nie musi mieć mistrzów. Nie musi mieć nawet dykcji.

No właśnie…

Jak Bohdan Łazuka chciał zostać znanym aktorem, to co musiał zrobić?

Wie pan, ja całe życie chciałem się przede wszystkim podobać kobietom. Dlatego poszedłem do szkoły muzycznej. Wyobraziłem sobie, że jak będę grał na saksofonie, to będę strasznie męski. Będę grał jakieś tam swingi, które zapewnią mi szalone powodzenie u pań. Tyle że nie trafiłem w dobry czas. Akurat wyzwolił nas przyjaciel ze wschodu, który oczekiwał, że do końca życia będziemy mu spłacać dług wdzięczności. I on saksofonu nie lubił, bo kojarzył mu się z kapitalizmem. Saksofon był więc wtedy skreślony z listy instrumentów w szkołach muzycznych. Wtedy zresztą dużo rzeczy było zakazanych: saksofon, Sinatra, guma do żucia, coca-cola, kolorowe skarpetki… Na szczęście miałem kolegę, Maniek Chyrzyński się nazywał, który był trębaczem. I on mi mówi: „Słuchaj, jest taki instrument, który się nazywa obój. Bardzo szlachetny, w każdej orkiestrze wręcz nieodzowny. Ma to samo krycie co saksofon, a studenci nie chcą na nim grać. Na obój na pewno cię przyjmą”.

Przyjęli?

Przyjęli. Mieszkałem w tym słynnym akademiku uczelni artystycznych przy Krakowskim Przedmieściu, vis-ą-vis pomnika Adama Mickiewicza. A tam aktorzy, malarze, tancerze i muzycy, jednym słowem niespokojne dusze. I Maniek Kociniak mówi do mnie: „Co ty będziesz w tę rurkę tak dmuchał? Chodź do nas!”. I wie pan co, panie Sylwestrze? Nie będę ukrywał, że polska muzyka na tym nie straciła.

Że poszedł pan do szkoły teatralnej?

Tym bardziej że w szkole, mając tak wybitnych profesorów, starałem się wszystko chłonąć. Tym bardziej że przyjechałem do Warszawy z Lublina, być może miałem jakiś kompleks prowincji. Chociaż z drugiej strony… Mietek Czechowicz, też z Lublina, nawet z tej samej ulicy. Wiesiu Michnikowski też z Lublina, widzi pan.

Lublin jest kulturotwórczy. Do dziś.

I do tego mówi się bardzo prawidłowo językiem polskim.

A pierwsza ważna rola?

Ojojoj…! Ja się zawsze boję takich pytań! No dobrze, zaryzykuję: jeszcze zanim skończyłem szkołę teatralną, zagrałem w „Zemście”. Na wigilię Bożego Narodzenia w 1961 r. Partnerowałem Elżbiecie Czyżewskiej, która niestety opuściła nas niedawno. Grałem Wacława. Ja widzę ten pana ironiczny uśmiech, proszę pana. Ale ja byłem wtedy ładny chłopak! Są panie, które mogą to zaświadczyć!

To była rola w Teatrze Telewizji.

U samego Hanuszkiewicza. Graliśmy w telewizji przy placu Powstańców, na żywo. Bo wtedy telewizja była na żywo. To była w sumie rozrywka, choć zupełnie inna niż to, co dziś się serwuje.

Jako młody aktor nie miał pan oporów, że to jest coś lżejszego? Nie chciał pan Hamleta zagrać?

Wtedy nie było czegoś takiego, że aktor chciał, to grał. Ja do rozrywki byłem nominowany przez wspomnianych wcześniej wybitnych profesorów. W Sali Kongresowej w ciągu roku miałem 14 występów przy kompletach. Miałem przykazane przez mistrzów, żeby to zrobić. Wiedziałem, że muszę tych majstrów słuchać i tyle.

Bo wtedy szanowało się starszych aktorów.

Oj, panie Sylwestrze! Ja przed każdą próbą przychodziłem do teatru minimum godzinę wcześniej, bo się bałem, że ktoś ze starszych aktorów coś powie, a mnie to umknie. W moim teatrze mistrzowie chodzili nawet swoimi ścieżkami. Były na przykład dwie garderoby, nazywaliśmy to: aleja zasłużonych i aleja zadłużonych.

Pan był…

…w zadłużonych, rzecz jasna. Z własnym lusterkiem przychodziłem do garderoby, bo przy teatralnych lustrach, takich normalnych, nie było dla mnie miejsca.

Dziś jest inaczej, wie pan o tym.

Wiem, wiem. Ja nawet na ten temat rozmawiałem z rektorem warszawskiej Akademii Teatralnej Andrzejem Strzeleckim. Ciągle się upieram, że szkoła teatralna ma sens.

Bo ma.

Ale z drugiej strony, jaki? Męczymy tych aktorów Fredrą, Bałuckim, Zapolską, potem przechodzą na Moliera, Szekspira, że nie wspomnę o Gombrowiczu i Mrożku. A potem opuszczają szkołę i grają w reklamie, a jak im się poszczęści, to w serialu. To po co ich krępować wielką literaturą?

Tacy ludzie jak pan mogliby dużo młodych nauczyć.

A wie pan, że próbowałem. Nie wyszło. Nie o to chodzi, że nie rozumiem współczesnego teatru. Ja nawet jestem w stanie przyjąć, że teraz nawet jak Szekspira wystawiają, to genitalia muszą latać po scenie. Ja to jestem w stanie przyjąć, wie pan, tak naprawdę to nic nowego. Grotowski to już dawno wymyślił. Kiedyś opowiadałem młodzieży o kabarecie i piosence, tyle że oni nie byli tym specjalnie zainteresowani. Na koniec jeden podszedł do mnie i mówi: „Proszę pana, tak między nami, ile pan miesięcznie wyciągnie?”.

Student akademii teatralnej?

Był na drugim roku. Odpowiedziałem mu: „A co, pan w izbie skarbowej pracuje czy w IPN?”. No bo co ja będę rozmawiał na takie tematy. Więc jak pan mnie pyta, jak jest ze współczesnym aktorstwem, to odpowiem panu tak, jak przed wojną jeden Żyd w rozmowie z drugim: „Co słychać, Moniek?”, „Dobrze”, „A w dwóch słowach?”, „Nie dobrze”.

Pan ma nostalgię za PRL?

Entuzjastą komuny nigdy nie byłem. Ale ta komuna, jeśli chodzi o mnie, ma do dziś w rękawie jednego asa. Ten as nazywa się młodość. Dzięki młodości zapominało się o tym, co złe, po nocach się chodziło po tej Dziekance słynnej [akademik w Warszawie, gdzie mieszkali m.in. studenci szkoły aktorskiej – red.]. Stypendium na dwa dni starczało. I coś z nas, mimo wszystko, wyrosło.

Piło się?

Odpowiem anegdotą. Znany aktor Aleksander Dzwonkowski mawiał zawsze: „Panie, przed wojną był taki reżyser, co obsadził sztukę samymi abstynentami. Byłem na tym i widziałem. Boże, takiej tragedii nikomu nie życzę!”.

Pan znowu jest niepoprawny politycznie, bo mówi pan, że alkohol jest ważny.

Stefan Kisielewski, co by nie mówić, wielki autorytet, powiedział mi kiedyś: „Wiesz co, Łazuczka, pić należy. Ale należy też robić pauzy”. Cała prawda.

W związkach z kobietami też pan robił pauzy. Panie Bohdanie, żeby była jasność, to nie jest zarzut, ja trzy żony miałem, mam troje dzieci, każde z inną kobietą. Pan jest lepszy, może się pochwalić czterema żonami. To więc nie zarzut, tylko pytanie: jak to jest, że nie można utrzymać jednego związku?

Jeżeli cztery kobiety dały mi się nabrać na Mendelssohna w pałacu ślubów, to chyba musi coś we mnie być. Inna sprawa, że człowiekowi zawsze się wydaje, że ten następny kwiatek będzie bardziej wonny.

Ale pan wrócił do swojej byłej żony.

Nigdy nie odchodziłem, to one odchodziły. Nie wiem, może myliły adresy? Człowiek był rozrzutny, po kilka mieszkań miał.

Typowy mężczyzna.

Typowy.

Trudnym człowiekiem był pan dla kobiet?

Oj, na forum publicznym wolałbym tego nie definiować.

Skromny pan nie jest...

Nie.

Można być skromnym, będąc artystą?

Odpada. Niezależnie od tego, czy to będzie kabaret, teatr, czy film. Odpada, panie Sylwestrze. Ja ciągle nie umiem być skromny, choć mam swoje lata. I cieszę się, że dziś rozmawialiśmy o karierze, a nie pytał pan, jak się czuję, jak moje zdrowie.

Nie lubi pan takich pytań?

Nie że nie lubię, ale zawsze przypomina mi się taki głupawy kalambur z Czechowa: „Jak zdrowie?”, „Jak masło krowie!”. Bo wie pan, ja bym wolał, żebyśmy sobie mogli powiedzieć: „Gdzie dziś idziemy, Sylwek?! Jakie dziewczyny będą, jakie trunki?”. A nie: „Jak zdrowie?”.

Dlatego tak nie spytałem.

Bardzo to doceniam. I, jak mawiał Romek Polański, do zobaczenia na srebrnym ekranie! ■

Okładka tygodnika WPROST: 16/2014
Więcej możesz przeczytać w 16/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0