Zwycięstwa niczego nie uczą

Zwycięstwa niczego nie uczą

Chciałem grać w koszykówkę, ale w rodzinnym Słonczewie nie było gdzie. Potem przyszły sukcesy, ale w gruncie rzeczy dalej jestem prostym chłopakiem ze wsi – mówi Tomasz Majewski.

Sylwester Latkowski: Gdzie leży Słonczewo?

Tomasz Majewski: Na Mazowszu, pod Ciechanowem. Zwykła wioska.

Uczyłem kiedyś w wiejskiej szkole. Nie wierzę, że były tam warunki, żeby uprawiać sport.

Nie było. Chciałem grać w koszykówkę, ale nie było gdzie. Dlatego kiedy poszedłem do szkoły średniej, zacząłem trenować lekką atletykę. W podstawówce boisko mieliśmy nawet całkiem niezłe, ale sport na poważnie zaczął się dopiero w szkole średniej.

W Ciechanowie.

Na tamtejszym stadionie. Byłem wtedy strasznie wysoki i chudy, miałem zapóźnienia, poważne braki w koordynacji ruchowej. Pod bokiem kuzyna zacząłem więc trenować taką ogólnorozwojówkę. Zbyszek jest trenerem od skoków, trochę od sprintów i biegów. Planowaliśmy, że będę trójskoczkiem, ale byłem za duży. Oprócz Zbyszka trenował mnie Witek Suski. Stwierdził, że z moim wzrostem i bardzo długimi rękami bardziej bym się nadawał do rzutów.

Dostrzegł w panu talent?

Nie tak od razu. Ale powiedział, że jeśli myślę poważnie o wynikach, muszę przez lata ciężko zasuwać, wtedy może coś z tego będzie. Na początku zresztą wcale nie byłem rewelacyjny. Przez pierwsze dwa lata musiałem mozolnie dochodzić do różnych rzeczy, dopiero potem udawało mi się zajmować coraz wyższe pozycje. W końcu zdobyłem jakiś medal w mistrzostwach Polski i zacząłemsię przebijać, wyglądało na to, że mogę pchać tą kulą. Potem skończyłem liceum i nie dostałem się na studia, więc pomyślałem, że przezrok do następnych egzaminów zajmę się tylko tym.

Później przyszło pierwsze zwycięstwo na mistrzostwach Polski. Poczułeś, że zaczynasz się spełniać?

To był 2002 r. Generalnie duża niespodzianka, bo wygrałem ze starszymikolegami. Już tego tytułu nie oddałem, od tej pory było tylko lepiej.

Z czego się utrzymywałeś?

Wtedy system finansowania sportu był trochę inny niż teraz. Jeszcze w liceum załapałem się więc na stypendium w moim pierwszym klubie Płońsk.

Duże?

Dla mnie wtedy bardzo duże, 200 zł, w dodatku regularnie płacone. W Ciechanowie klepaliśmy wtedy biedę, dlatego całą grupą przeszliśmy do warszawskiej Skry, która była w rozkwicie. Potem się pogorszyło, klub nie płacił nam przez dwa lata, ani my, ani trener nie dostawaliśmy żadnych pieniędzy.

To z czego żyliście?

Ja pożyczałem od rodziców. Z Piotrkiem Małachowskim na obiad jedliśmy arbuza albo bezy, bo zapychało i świetnie się opłacało kalorycznie. Potem trafiliśmy do warszawskiego ośrodka trenowania mistrzowskiego, który założyli mój ówczesny trener Witek Suski z moim obecnym trenerem Henrykiem Olszewskim.

Na czym to polegało?

Mieliśmy gdzie mieszkać, mogliśmy trenować na Akademii Wychowania Fizycznego i dostawaliśmy jeść trzy razy dziennie. To nam wtedy wystarczało, żadnych pieniędzy dla siebie nie mieliśmy. Pamiętam, że na początku miesiąca kupowałem sobie bilet miesięczny i nie zostawało już ani grosza. Mimo to żyłem szczęśliwie. Kiedy już zacząłem robić wyniki, udało mi się wejść w system stypendialny Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, zacząłem się utrzymywać ze sportu. Teraz byłoby to niemożliwe, bo przepisy się pozmieniały. Dziś młodzi sportowcy mają jeszcze ciężej.

Być może gdybyś urodził się później, nie wdrapałbyś ze swojej wioski na szczyt.

Może gdzieś bym się wspiął, ale na szczyt to rzeczywiście chyba nie. W każdym razie byłoby dużo ciężej.

W 2004 r. pojechałeś na pierwsze halowe mistrzostwa świata do Budapesztu. I kolejny sukces.

Już wtedy udało mi się pchnąć 20 metrów. To ważna granica, tak naprawdę dopiero po 20 metrach można powiedzieć, że jest się kulomiotem. W Budapeszcie zająłem czwarte miejsce i od razu pobiłem rekord Polski. Pchnąłem 20,80. Na kolejny tak duży sukces musiałem czekać aż cztery lata.

Dlaczego?

Przez te cztery lata od tej hali zagnieździłem się w światowej czołówce, jeździłem na imprezy, ale nie odnosiłem sukcesów. Z różnych powodów: czasem kontuzja, a czasem po prostu dawałem ciała.

Jak się podnosiłeś z upadków?

No ciężko, ciężko. Choć dla mnie porażka to dużo lepsza pobudka do działania niż zwycięstwo. Zwycięstwa mnie niczego nie uczą, a porażki tak. Musiałem spokornieć, nabrać dystansu. Moja dyscyplina to nie jest łatwy sport. Formę robi się latami, długo trzeba harować, żeby przyszły sukcesy.

To znaczy?

Na przykład żeby ustabilizować technikę, trzeba oddać kilkadziesiąt tysięcy pchnięć. Na igrzyska w Atenach zakwalifikowałem się w ostatniej chwili. Ścięgna sobie naciągnąłem, do minimum olimpijskiego brakowało mi trzech centymetrów, w dodatku miałem wypadek samochodowy. Startowałem po trzy razy w tygodniu, żeby złapać ten wynik, w końcu na zawodach zająłem zaszczytne 17. miejsce i wróciłem do rzeczywistości.

Cały czas żyłeś sportem? Tylko sportem?

Żyłem normalnie, studiowałem politologię.

Politologię? Dlaczego?

Bo się nie dostałem na dziennikarstwo, z czego się bardzo cieszę.

Polityką się interesujesz?

Interesuję się.

To jak byś porównał zasady polityki i sportu?

Nasza rywalizacja jest dużo bardziej czysta, szlachetna. W sporcie są jasne reguły, których zdecydowana większość ludzi przestrzega. W polityce nie ma zasad fair play.

Czyli w senatory, posły nie pójdziesz?

Miałem różne propozycje, nawet egzotyczne, ale kwituję to krótko: dopóki jestem czynnym sportowcem, jestem apolityczny. Nie chciałbym, żeby życie mnie zmusiło do pójścia do polityki, choć dla człowieka z moją popularnością to najprostsza sprawa. Wolałbym jednak działać w sporcie.

A życie prywatne? Masz?

To nie jest proste, bo czasem pół roku nie ma mnie w domu, ale mam. Jestem po ślubie, mam synka. Żona jest po AWF, zna się na sporcie. Rozumie mnie.

Umie pchać kulą?

No tak, na studiach musiała kulę zaliczyć. Kiedy człowiek ma takie niepewne zajęcie jak sport wyczynowy, musi mieć oparcie w domu. Ktoś ci musi zapewnić spokój, sprawić, że wszystko jest w miarę normalnie poukładane. Żeby w tym sporcie się nie zatracić.

Myślisz chwilami, że kiedyś przecież spadniesz z tej fali?

Tak. Ciało sportowca zużywa się dość szybko, ja i tak mam szczęście, że jestem w miarę zdrowy i nic mi tam na poważnie nie puszcza. I mam nadzieję, że uda mi się sport skończyć w jakimś dobrym stylu w dobrym momencie, kiedy będę wiedział, że już dużo więcej nie pociągnę, a będzie to na takim poziomie, że będzie to dobrze wyglądać.

A potem co?

Liczę, że znajdę zajęcie, które będzie mi sprawiało tyle radości, ile sport. I że w końcu odpocznę.

Wiesz, że wtedy telefon zamilknie, przestaną cię klepać po plecach?

Wcale mnie to nie przeraża. Czekam na moment, kiedy będę miał wreszcie spokój, zajmę się normalnymi rzeczami, rodziną, pojadę na normalnie wakacje, których nie miałem od kilkunastu lat. Traktuję popularność jako niezbędny element mojego zajęcia i tyle.

Na olimpiadzie w Londynie pokazałeś, że masz duży dystans do tego, co się dzieje na zawodach.

Byłem na tę olimpiadę naprawdę dobrze przygotowany, emocje gdzieś się zupełnie rozproszyły. Wynikiem tego był złoty medal.

W ogóle jesteś raczej spokojny.

Bo mam możliwość, żeby te wszystkie stresy, które łapię, gdzieś wyładować na treningu.

Ale zwycięstwa lubisz?

Bardzo. Gdy wygrywam, to jest to dla mnie największa nagroda. Niesamowita sprawa.

Czujesz się spełniony?

Po dwukrotnym mistrzostwie olimpijskim mogę powiedzieć, że tak.

A poza sportem?

Chciałbym mieć fajną, zdrową, szczęśliwą rodzinę. Ciężko nad tym z żoną pracujemy.

O Słonczewie pamiętasz?

Oczywiście. Kiedy tylko mam czas, lubię tam jeździć, choć niestety, teraz tego czasu dużo nie mam.

Stajesz wtedy w polu i co sobie myślisz?

Robię obchód, patrzę, czy wszystko dobrze rośnie.

A nie o tym, jak daleko się odbiłeś od tego klepiska?

Nie, nie, ja w gruncie rzeczy dalej jestem prostym chłopakiem ze wsi. Ja naprawdę dobrze pamiętam, skąd pochodzę, i wcale mi to nie przeszkadza!

Okładka tygodnika WPROST: 16/2014
Więcej możesz przeczytać w 16/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także