Poprzeczka musi być wysoko

Poprzeczka musi być wysoko

Przyjęcie euro powinno się stać kamieniem milowym polskiej polityki, tak jak kiedyś było nim przystąpienie do NATO i UE – mówi prof. Jerzy Hausner.

Marek Belka na nowo wywołał dyskusję na temat przystąpienia Polski do strefy euro. Czy zakończy się ona w sposób równie jałowy jak poprzednio, czy nasi politycy dojdą wreszcie do jakichś konkluzji w tej sprawie?

Dyskusja o euro, którą wywołał prezes NBP, jest umieszczona przez niego w szczególnym kontekście polityczno- -ekonomicznym. Trzeba brać pod uwagę, że kryzys ukraiński nie zakończy się szybko i będziemy mieli do czynienia z kolejnymi bardzo poważnymi napięciami w stosunkach z Rosją i zapewne Białorusią. W tej sytuacji nasza ekspansja eksportowa na rynki wschodnie zostanie zahamowana, a bezpieczeństwo ekonomiczne Polski zależeć będzie jeszcze bardziej niż dotąd od aktywności w Unii Europejskiej – od tego, co się dzieje w Unii, w szczególności w krajach jej trzonu, a zwłaszcza w gospodarce niemieckiej. A jeśli patrzymy na nasze bezpieczeństwo także przez pryzmat relacji Zachodu z Rosją, to zasadne jest postawienie pytania, czy Niemcy i Francja będą bardziej zainteresowane silną gospodarczo Polską, kiedy ich bezpieczeństwo będzie zależało bardziej od stabilności polskiej gospodarki? Czy wtedy, kiedy będziemy członkiem strefy euro, czy też kiedy będziemy poza tą strefą? Odpowiedź jest oczywista i widać wyraźnie, że nie powinniśmy w nieskończoność przeciągać przystąpienia do strefy euro, bo to obniża nasze bezpieczeństwo gospodarcze w momencie, w którym będzie ono szczególnie potrzebne.

Czyli kwestia staje się bardziej paląca z powodów politycznych niż ekonomicznych?


Obecna sytuacja wymaga rewizji dotychczasowego nastawienia i o ile dotąd mogliśmy sobie wmawiać, że nie ma się do czego spieszyć, to teraz trzeba się jednak postarać i zarysować realny plan przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Przemawiają za tym argumenty polityczne i ekonomiczne.

Tyle że strefa euro wciąż jest w przebudowie i de facto nie wiadomo, do jakiego klubu mielibyśmy ostatecznie wstąpić, decydując się na euro?

Strefa euro ma swoje wewnętrzne problemy. Powinniśmy rozsądnie dyskutować o warunkach, na których do niej przystąpimy. Ale nie wolno tej sprawy odkładać na bok. Tymczasem ze strony rządu mieliśmy do czynienia jedynie z wypowiedziami ceremonialnymi, brakowało natomiast strategicznej refleksji w kwestii wprowadzenia wspólnej waluty.

Może dlatego, że euro w portfelach przestało być przedmiotem pożądania Polaków, uwiedzionych argumentacją przeciwników wspólnej waluty, że to elastyczny kurs złotego uchronił nas przed recesją?

To prawda, że płynny reżim kursowy to dla nas dobre rozwiązanie, bufor osłaniający nas przed turbulencjami rynków światowych. I nie należy pochopnie i bez odpowiedniego przygotowania z niego rezygnować. Pozwala nam utrzymywać bieżącą konkurencyjność gospodarki. Ale jeżeli zaczniemy patrzeć na gospodarkę w dłuższej perspektywie i pomyślimy strategicznie i strukturalnie, jasne się staje, że naszym celem nie może być ciągłe osłanianie się zmiennym kursem przed silniejszą konkurencją. Trzeba sprawić, by polska gospodarka była strukturalnie silniejsza i radziła sobie lepiej za sprawą efektywniejszego wykorzystania własnego potencjału i jego pomnażania w następstwie innowacyjności, czyli w konsekwencji istotnych zmian strukturalnych i instytucjonalnych.

Uważa pan, że nadszedł już czas, by zrezygnować z osłony, jaką daje naszej gospodarce własna waluta?

Jeżeli będziemy się bez końca osłaniać, to nigdy nie będziemy na tyle mocni, by stanąć do otwartej konkurencji. Taka postawa jest oczywiście trudniejsza, ale też otwiera znacznie większe możliwości. To podobnie jak z grą w piłkę: jeśli nasza drużyna będzie grała wyłącznie ze słabymi, to nigdy nie stanie się mocna. A przecież nie chcemy do końca świata udawać, że gramy w tę samą grę, podczas gdy tak naprawdę uczestniczymy w marginalnych rozgrywkach dla słabeuszy i tylko przepisy są podobne jak w prawdziwym futbolu. Jeżeli chcemy odnosić gospodarcze sukcesy, musimy wyjść z naszego zaścianka. Innej drogi nie ma. Ale by być w trzonie Unii Europejskiej, musimy strukturalnie podnieść konkurencyjność – podjąć kolejny wysiłek reformatorski. Oczywiście nie po to, by negować to, co udało się nam dotychczas osiągnąć, ale by bazując na tym, pójść jeszcze dalej do przodu. Dopiero wtedy uzyskamy rzeczywistą przepustkę do ekskluzywnego klubu. I będziemy mieć poczucie, że wstępujemy do tego klubu jak równy innym partner, gotowy do ekonomicznej rywalizacji na tych samych prawach. Inaczej się nie da, bo wchodzenie do strefy euro z takimi cechami strukturalnymi, jakie miała np. gospodarka grecka to szaleństwo, to proszenie się o nieszczęście.

Tyle że nie da się podnieść innowacyjności czy konkurencyjności metodami administracyjnymi. Jak zmusić przedsiębiorców, by przestali wykorzystywać jedynie proste zasoby, takie jak np. niskie koszty pracy, osiągane m.in. dzięki relatywnie wysokiemu bezrobociu, a zaczęli inwestować w badania i rozwój?

Spróbuję to wytłumaczyć na przykładzie stóp procentowych. Kiedy są one zbyt niskie, skłaniają przedsiębiorców do inwestowania, ale tani pieniądz zachęca także do finansowania złych pomysłów, które nie mają szans na osiągnięcie dobrych efektów. Z kolei kiedy pieniądz jest zbyt drogi, nawet dobre pomysły tracą szansę na finansowanie. Stąd konieczność zachowania pewnego poziomu równowagi – ustalenia właściwej dla danej gospodarki wysokości stóp procentowych. Nad tym nieustannie zastanawiamy się w Radzie Polityki Pieniężnej. Przedsiębiorcom trzeba odpowiednio wysoko ustawić poprzeczkę. Nie za wysoko, by ci dobrzy potrafili ją przeskoczyć, ale i nie za nisko, by rynek eliminował tych, którzy są niewystarczająco efektywni.

Jak wyznaczyć ten właściwy pułap?

To jest kwestia odpowiedniej polityki gospodarczej. Nie ogólnego myślenia, że kiedyś trzeba będzie wejść do strefy euro, ale wyznaczenia sobie pewnych celów strategicznych. Ustalenia cech strukturalnych gospodarki, których osiągniecie będzie pozwalało po przyjęciu euro uczestniczyć w konkurencji na zasadach obowiązujących w europejskiej pierwszej lidze. Oczywiście dla jednych przedsiębiorców będzie to łatwe, od innych będzie wymagało podjęcia znacznie większego wysiłku, a dla wielu będzie nie do osiągnięcia, ale nie chodzi o to, by kogoś szczególnie chronić, tylko o to, by efekt w całej gospodarce był dodatni. Nie będzie dodatni, jeśli nie przejdziemy od modelu naśladowczego, który polega na kopiowaniu pomysłów innych, do modelu bardziej kreatywnego, w którym wnosimy do tego, co kupujemy, własny twórczy komponent. Ale jeśli nam się to uda, przestaniemy być krajem, w którym powstają wyłącznie montownie i w którym obcy kapitał eksploatuje rynek oraz zasoby taniej pracy, a staniemy się nowoczesną gospodarką, w której rodzimi przedsiębiorcy dzięki własnej pomysłowości z małych z czasem stają się średnimi, a w końcu dużymi, międzynarodowymi graczami. Wtedy też przestaniemy być tak silnie jak dziś zależni od koniunktury zewnętrznej i nie będziemy już tak mocno targani gospodarczymi wiatrami hulającymi po świecie.

To kiedy pana zdaniem Polska będzie gotowa na wejście do strefy euro?

Są dwa rodzaje kryteriów, które o tym decydują. Najłatwiej spełnić tzw. kryteria nominalne, zapisane w traktacie z Maastricht. Już je kiedyś niemal spełnialiśmy. Mogliśmy przyjąć euro razem ze Słowacją. Można dyskutować, czy słusznie się stało, że wówczas tego nie zrobiliśmy, i czy dzięki euro Słowacja więcej zyskała, czy straciła. Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Ale znacznie ważniejsze są kryteria strukturalne, które nie są sprecyzowane przez Unię. Każdy kraj musi przed przystąpieniem do strefy euro wyznaczyć je sobie sam. Do osiągnięcia tych kryteriów potrzebna jest odpowiednia polityka i od tego zależy zdolność konkurencyjna gospodarki. To nie jest wiedza tajemna. To wszystko da się obliczyć i owskaźnikować. W Polsce np. musimy znaleźć sposób na to, by zwiększyć poziom oszczędności krajowych, udział wyrobów zaawansowanych technologicznie w eksporcie czy np. poprawić strukturę rynku pracy, tak by wzrosła liczba wysokowydajnych i lepiej opłacanych stanowisk pracy. Wyznaczenie takich kryteriów i ich spełnienie sprawi, że nasza gospodarka stanie się silnie konkurencyjna, realnie wzrośnie bezpieczeństwo ekonomiczne kraju, będziemy mogli bezpiecznie przyjąć euro i czerpać z tego korzyści. To powinno stać się kamieniem milowym naszej polityki, tak jak w latach 90. kamieniem milowym było spełnienie kryteriów umożliwiających nam przystąpienie do NATO, a później do Unii Europejskiej.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2014
Więcej możesz przeczytać w 16/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także