Pokolenie nieudaczników

Pokolenie nieudaczników

Kto zawinił, że nasi uczniowie wypadli tak słabo w ostatnim badaniu PISA? Rodzice? Nauczyciele? A może sposób przeprowadzenia testów?

Dlaczego gimnazjalista nie radzi sobie z wytyczeniem najkrótszej trasy dojazdu do celu na podstawie schematu linii metra? Czemu nie potrafi skorzystać z prostej instrukcji obsługi zamrażarki ani nie rozumie graficznych oznaczeń w szkolnej bibliotece? Polscy 15-latkowie uplasowali się poniżej światowej średniej w niedawnym badaniu PISA sprawdzającym umiejętność rozwiązywania problemów. Było to bolesnym rozczarowaniem po sukcesie, jaki osiągnęli w pierwszej części badania, pod koniec ubiegłego roku, gdy znaleźli się w czołówce, jeśli chodzi o matematykę czy nauki przyrodnicze.

Małpia zdolność


Ksawery Stojda, tutor, czyli nauczyciel pracujący indywidualnie z uczniami, fizyk z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że zamieszanie wokół ostatnich wyników jest bez sensu. Podobnie jak bezpodstawny był poprzedni zachwyt. – Badania PISA nie pokazują nic oprócz małpiej zdolności rozwiązywania testów – uważa Stojda. W pierwszej części badań gimnazjaliści rozwiązywali test zbudowany według doskonale im znanych zasad. – Od lat dzieci są tresowane w takich testach – mówi Stojda. Pytania nie wymagały ogólnej wiedzy, nie zmuszały do kombinowania. A ponieważ były na papierze, zawsze można było się cofnąć, by coś poprawić.

Zadania w drugim badaniu trzeba było rozwiązać, klikając w odpowiednie miejsca na tablecie. I polscy uczniowie właśnie z tym nie potrafili sobie poradzić. Nie zawsze wiedzieli, jak zaznaczyć odpowiedź, o którą im chodzi. Nie są przyzwyczajeni, że gdy jakiś etap zaakceptują, to już nie mogą nic zmienić. No i tym razem trzeba było kombinować, bo zadania odnosiły się do wiedzy życiowej i umiejętności logicznego myślenia, a w tych dziedzinach naszych dzieci też się nie kształci. Trudno uwierzyć, że polski nastolatek nie wie, jak wybrać najkrótszą trasę podróży metrem. On tylko nie umie obsłużyć programu komputerowego, za pomocą którego ma tę trasę wyznaczyć. A nie umie, dlatego że nie miał z nim wcześniej do czynienia. I tu wychodzą braki polskiej szkoły.

Komputer pod kluczem

Zobaczmy, jak wygląda typowa lekcja informatyki. Opowiada mama Julki, uczennicy podstawówki w Warszawie: – Dzieci idą do specjalnej sali, w której stoją komputery. Nie uczą się tam jednak programowania. Rozwiązują zadania, rysują, grają. Julka śmieje się, że wszystko to umie od dawna. W końcu o współczesnych dzieciach mówi się, że rodzą się z komputerem. Niejeden trzylatek szybciej włączy grę niż jego babcia. Pięciolatek, który zna już litery, bez problemu wyszuka w przeglądarce „ubieranki Monster High”, czy „Angry Birds gierki” i otworzy sobie portal z tymi grami. Tylko że te umiejętności to za mało. Chodzi o to, żeby z technologii korzystać w każdej dziedzinie życia. Wtedy test w nieznanym programie nie będzie sprawiał problemu. Podobnie jak wirtualna rezerwacja biletów do kina w różnych systemach. Swoboda w korzystaniu z technologii prowadzi do elastyczności.

Na celebrowanych lekcjach informatyki, przy komputerach trzymanych pod kluczem dzieci się tej swobody nie nauczą. – Każdy powinien mieć laptop czy tablet pod ręką – mówi prof. Anna Brzezińska z Instytutu Psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ekspert od psychologicznych podstaw edukacji dzieci, rodziców i nauczycieli. – Mówimy na lekcji o powiatach? Wyszukajmy je w przeglądarce. Uczymy się o Australii? Każdy ją szybko znajdzie na mapie w komputerze. Nie uczmy o komputerze, tylko wykorzystujmy komputer do nauki.

Nauczycielu, ucz się sam

Procesu zmian zdaniem Anny Brzezińskiej nie należy jednak zaczynać od uczniów, tylko od nauczycieli. To oni powinni korzystać z tabletów jak dotąd z książek. To dla nich komputer ma być codziennym narzędziem pracy, którego nie wstydzą się używać przy rozwiniętych cyfrowo uczniach w obawie przed kompromitacją. – Powinniśmy większą wagę przywiązywać do edukacji nauczycieli. Muszą oswoić się z technologią. Smartfon i tablet muszą nauczycielkom wypadać z torebki razem z pudrem – mówi prof. Brzezińska.

Teraz możemy przejść do dzieci. Jeśli razem z nauczycielami będą korzystać z technologii mimochodem, jeśli celem nie będzie praca z komputerem, ale szukanie w nim wiadomości o życiu słoni, dzieci będą z technologii korzystać bez emocji. Nie będą konkurować, kto lepiej umie zrobić print screen, tylko będą się nawzajem wspierać, bo ich celem będzie wydrukowanie zdjęcia słonia. – I będzie to dla nich czynność naturalna – mówi Anna Brzezińska. Zna sporo szkół, w których praca z komputerami wygląda właśnie w ten sposób. Ale to wciąż mniejszość. Według Ksawerego Stojdy w zdobyciu swobody posługiwania się nowymi technologiami szkołom nawet nie są potrzebne te technologie. – Szkoła powinna ich nauczyć samodzielnego myślenia. A dalej poradzą sobie same.

I z tym jest kłopot. Bo polska szkoła bywa porównywana do osiemnastowiecznej szkoły pruskiej, której celem była alfabetyzacja zacofanego społeczeństwa. Krytycy szydzą, że nasz model edukacji niewiele się posunął do przodu od tamtych czasów. – Jest przeraźliwie infantylny i zachowawczy – uważa Stojda.

System nie zachęca nauczycieli, by wykorzystywali naturalny potencjał uczniów, mają tylko zmuszać dzieci do trenowania umiejętności wymaganych przez program. Co z tego, że w rysunkach drugoklasistki widać niepowtarzalny styl, że dziewczynka tworzy własne literackie historie. Krzywo pisze, koślawo stawia litery. I to jest główna troska nauczycieli, pierwsza rzecz, na którą zwracają uwagę rodzicom. – Nie motywują jej do rozwijania zainteresowań, tylko tłamszą i próbują zmusić, żeby skupiła się na starannym pisaniu – opowiada matka.

– Szkoła nie jest dostosowana do współczesnego społeczeństwa – mówi prof. Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Wymaga się w niej głównie ciszy i posłuszeństwa. Tam nie ma miejsca na debaty, starcie poglądów. A potem tłamszone dzieci wybiegają na przerwę i zaczynają poznawać prawdziwe zasady życia w grupie, czyli bezlitosną konkurencję. Nikt nie interweniuje. – Z tego pola szkoła już się wycofuje, abdykuje z funkcji wychowawczej, działań na tym polu oczekuje od rodziców – mówi Szlendak. – Tylko że większość dnia dziecko spędza w szkole, a rodzice nie mają większego wpływu na to, co się w niej dzieje.

Ludzie z kokonów

No to przyjrzyjmy się teraz rodzicom. Po publikacji ostatnich wyników PISA prof. Wojciech Cellary, informatyk z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, postawił w „Gazecie Wyborczej” diagnozę, że nieudolności dzieci winni są rodzice, bo we wszystkim je wyręczają. Nie nauczą obsługiwać biletomatu – szybciej będzie, jeśli sami kupią bilet. Nie mają czasu na wychowanie ani na uczenie samodzielności. Pedagodzy i psychologowie od dawna zwracają uwagę, że do przedszkoli przychodzą trzylatki, które nie umieją jeść łyżką i nawet nie próbują włożyć butów bez pomocy dorosłych. Nastolatki są dowożone do szkoły samochodami rodziców albo wynajętymi taksówkami. Pokolenie współczesnych 40-latków kieruje aktywność na pracę zawodową. A żeby dziecko nauczyło się korzystać ze smartfona w większym zakresie, niż karmiąc Pou’a (popularna aplikacja rozrywkowa), trzeba wspólnie przebrnąć przez instrukcję, popróbować jeszcze raz, gdy coś nie działa. Współcześni rodzice nie mają na to czasu. Z drugiej strony przeczytali wiele poradników, więc budują swoim dzieciom przyjazne i bezpieczne otoczenie. Są empatyczni, rozumiejący i uważni. – Kiedy wychowywane w takim kokonie dziecko idzie do szkoły, w świat konkurujących rówieśników i obojętnych nauczycieli, nie umie sobie z tym poradzić. Stąd próby samobójcze, samotność, bezsilność – mówi Tomasz Szlendak. – Nastolatki są nieprzystosowane do życia.

Nie umieją współpracować. Gdzie mają się tego uczyć, jeśli jako dzieci nie funkcjonują w żadnej strefie publicznej? Nie chodzą same do szkoły, nie mają podwórek, wspólna przestrzeń jest im przedstawiana jako niebezpieczne miejsce, gdzie czają się pedofile i złodzieje. A przecież, jak zauważa Szlendak, w latach 80., kiedy dziesięciolatki same sobie robiły kanapki do szkoły, brały teczkę i szły przez ruchliwą ulicę na lekcje, statystyki kryminalne były gorsze. Bezpieczeństwo w Polsce od tamtej pory niewątpliwie się poprawiło. Nie ma powodów, żeby wychowywać dzieci w lęku przed światem. Nadopiekuńczość rodziców podważa wiarę dzieci w skuteczność własnych działań. – Usuwając dzieciom z drogi wszelkie przeszkody, zabieramy im okazję, by samodzielnie się z nimi zmagały – mówi prof. Brzezińska. – Nie uczą się cierpliwości, wytrwałości w dążeniu do celu, wszystko dostają gotowe. Nic dziwnego, że później student mówi: „Ja tego nie umiem zrobić”. Pytam: „A próbował pan?”. A on: „Nie, nie muszę próbować, wiem, że nie umiem”. ■

Okładka tygodnika WPROST: 17/2014
Więcej możesz przeczytać w 17/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0