Banialuki nauki

Banialuki nauki

Daliśmy się nabrać. Za ogłoszonym niedawno w „Nature” przełomem w medycynie mogło stać WIELKIE OSZUSTWO ALBO WIELKIE NIECHLUJSTWO. Kim jest naukowiec fałszujący wyniki: cynikiem, szaleńcem, zbłąkanym idealistą?

Mamy przełom w medycynie – ogłosiły w styczniu światowe media. Z badań opisanych w prestiżowym magazynie „Nature” wynikało jasno: urodziwa japońska badaczka Haruko Obokata wraz z zespołem dokonała przełomu w badaniach nad komórkami macierzystymi. Maczając komórki krwi w kwasie, spowodowała, że odmłodniały i cofnęły się do etapu komórki macierzystej. Takie komórki to Święty Graal medycyny, ponieważ można je przekształcić w każdy inny typ komórki. Metoda miała spowodować rewolucję, umożliwiając tanią hodowlę tkanek. Miała, bo dwa miesiące później, 1 kwietnia, media obiegła kolejna wiadomość – Obokata fabrykowała wyniki. I nie był to żart na prima aprilis. Promieniejąca niegdyś Haruko teraz szlochała przed kamerami, kajała się i broniła zasadności swojej metody. Z powodu zapaści psychicznej wylądowała w szpitalu.

KREW, KWAS I ŁZY


Nie ma się co dziwić jej rozpaczy. Haruko, wychwalana przez media jako wytrwała młoda badaczka, która „jeszcze wszystkich zaskoczy”, spełniła te nadzieje w sposób dość przewrotny. Dziesięciu uznanych naukowców próbowało powtórzyć jej eksperyment, ale bez skutku. Znaleźli za to poważne nieścisłości w tekście oraz dokumentacji zdjęciowej. Wykazano m.in., że w pracy z „Nature” pojawiły się zdjęcia, które Obokata opublikowała wcześniej w pracy doktorskiej opartej na innych eksperymentach. Gdy wieść o tym dotarła do Centrum Naukowego Riken, w którym pracuje badaczka, przeprowadzono dochodzenie. – Autorka świadomie popełniła nadużycie polegające na fabrykowaniu danych – zawyrokował komitet dyscyplinarny. – To prawda, wiele podejrzeń narosło ze względu na moją nieuwagę, niewiedzę i niedojrzałość – tłumaczyła się drżącym głosem badaczka. – Sprowadziłam kłopoty na wiele osób. Przepraszam z całego serca.

Teraz współpracownicy Japonki będą sprawdzali, czy jej metodę mimo wszystko da się uratować. Mają na to rok. Dla niej samej to gra o wszystko – w końcu czym innym jest podmiana zdjęć, a czym innym pokazanie, że cała metoda to hucpa. Nieszczęsna Haruko twierdzi, że zgłoszony problem z powieleniem jej eksperymentu wynika ze złego odwzorowania warunków badawczych. Tymczasem zamiast rewolucyjnego maczania krwi w kwasie pozostają jej tylko przekrwione oczy, pot i łzy. Bo do ratowania własnej metody nikt już jej nie dopuści – żeby znowu nie było kwasu.

OSZUST NA KOZETCE

– Trudno zrozumieć motywację osoby publikującej sfałszowane badania w „Nature” – komentowali naukowcy po płaczliwej konferencji Haruko. – Przecież wiadomo, że to kiedyś wyjdzie. W końcu im bardziej przełomowe badania, tym większa pewność, że będą sprawdzone przez dziesiątki zespołów, bo tylko powtarzalność wyników prowadzi do uznania metody jako dobrej. A jednak fałszowanie nawet całych projektów badawczych to historia znana nauce od zawsze. Dlaczego ludzie to robią?

– Z pośpiechu, patologicznej potrzeby uznania lub niezmąconej wiary, że teoria jest prawdziwa nawet bez dowodów – wylicza Michał Zabdyr-Jamróz, politolog z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum UJ. Pierwsze zjawisko może zachodzić, gdy wiele zespołów prowadzi podobne badania i rywalizuje o palmę pierwszeństwa. Data złożenia do publikacji często decyduje o tym, kto będzie chodził w medialnej glorii pioniera. Dlatego naukowcy prześcigają się w złożeniu pracy jak najwcześniej. We współczesnym świecie to właśnie media piszą historię i nadają etykietki, które mogą przetrwać w historii. Przykład? Wielu historyków nauki sądzi, że gdyby niejaki Alfred Russell Wallace, ubogi biolog ewolucjonista, otrzymał więcej uwagi medialnej niż bogatszy od niego Karol Darwin, to dziś w języku nie funkcjonowałoby słowo „darwinizm”, lecz „wallacyzm”. Obaj panowie żyli w tym samym czasie i głosili podobną teorię ewolucji gatunków. Ale jeden zdołał zdobyć większe zainteresowanie mediów i spłodził więcej wpływowych publikacji. Naukowcy, świadomi istnienia takiego mechanizmu często za wszelką cenę dążą do złożenia publikacji w druku wcześniej niż konkurencja. W tym celu nierzadko podkręcają wyniki, aby wyglądały na bardziej jednoznaczne, niż są w rzeczywistości.

– Drugi powód pchający do oszustwa to patologiczna potrzeba chwilowego choćby uznania, ta sama, która pcha sportowców do zażywania zakazanych środków – mówi Zabdyr-Jamróz. – Niektórzy ludzie tak bardzo pragną blasku reflektorów, że w ogóle nie myślą o konsekwencjach oszustwa. Z kolei trzecia, najciekawsza chyba motywacja to pewien rodzaj upartego idealizmu. Badacz myśli: „Może mi nie wyszło, może aparatura nie działała jak trzeba, ale przecież moja wspaniała hipoteza musi się okazać słuszna”. Przy braku oporów etycznych prowadzi to do wtłaczania faktów do teorii na siłę. Uparty badacz w swoim rozumieniu nie ponosi ryzyka, bo przecież w przyszłości ktoś uzyska sfabrykowane dla potrzeby publikacji wyniki w sposób uczciwy. Oszuści tego typu często usprawiedliwiają oszustwo potrzebą uzyskania grantów na dalsze badania.

120 co najmniej tyle fałszywych „prac” wygenerowanych przez komputer opublikowały w ciągu 2 lat znane recenzowane wydawnictwa

19 lat - tyle czasu ukrywał swoje cyniczne fałszerstwo opublikowane w „Nature” znany czeski biochemik Karel Bezouška

OD ZERA DO BOHATERA

A może jednak błędy w publikacjach bywają niezawinione? W 2012 r. sprawdził to międzynarodowy zespół badaczy przy wsparciu autorów strony RetractionWatch.com dokumentującej nierzetelność naukowców. Po przebadaniu 2047 historii materiałów naukowych wycofanych z fachowej literatury okazało się, że tylko w 21 proc. przypadków powodem wycofania był nieświadomy błąd. Co najmniej 67 proc. przypadków wycofań wynikało z nierzetelności naukowej. Prym wiodło świadome fałszowanie wyników (43 proc.), inne powody to wielokrotna publikacja tych samych wyników jako nowych badań (14 proc.) oraz plagiat (10 proc.). Jak wyliczyli badacze w czasopiśmie „PNAS”, w ciągu dekady liczba fałszerstw wzrosła pięciokrotnie, a liczba wielokrotnych publikacji kilkunastokrotnie.

Ten trend może się utrzymać, zwłaszcza że procedura akceptacji artykułów naukowych to dziurawe sito, przez które zgniłe ziarna przedostają się z łatwością. Cyril Labbé z Uniwersytetu Josepha Fouriera we francuskim Grenoble sprawdza oczka tego sita od lat. Udało mu się m.in. spowodować, że internetowy program Google Scholar umieścił jego fikcyjne alter ego wśród 30 najbardziej cytowanych autorów na świecie. W swojej pracy Labbé wykorzystuje dorobek naukowców z amerykańskiej uczelni MIT, którzy dla zabawy w 2005 r. wymyślili program SCIgen, generujący bezsensowne, ale profesjonalnie wyglądające publikacje naukowe. Sam Labbé stworzył z kolei aplikację wyszukującą w internecie niby-publikacje będące owocami pracy SCIgenu. Jak podało w lutym „Nature”, w ciągu dwóch lat Labbé znalazł w recenzowanych zasobach wydawców naukowych (niemiecki Springer oraz amerykański IEEE) ponad 120 fałszywych publikacji wyprodukowanych przez SCIgen. Co ciekawe, większości oszustw dopuszczono się w Chinach, gdzie granty rozdawane są często za liczbę publikacji, a nie za ich jakość. Ponadto osoby zidentyfikowane jako autorzy albo nie odpisywały na prośbę kontaktu ze strony „Nature”, albo twierdziły, że nigdy takiej publikacji nie napisały. Za to sam Labbé opisał swoją elektroniczną metodę wykrywania fałszerstw w artykule naukowym. Prawdziwym.

Teoretycznie im wyższa ranga czasopisma, tym niższa szansa na oszustwo. Jednak jak pokazuje przykład Haruko Obokaty, potknąć się mogą nawet redaktorzy „Nature”. Już w zeszłym roku zdecydowali się wycofać artykuł znanego czeskiego biochemika Karela Bezouški, ponieważ przez 19 lat od publikacji nikt nie mógł powtórzyć jego wyników. Trafność decyzji „Nature” potwierdził sam oskarżony. Podczas śledztwa, gdy komisja miała po raz ostatni spróbować powtórzyć eksperyment Bezouški, naukowiec osobiście włamał się do laboratorium z próbkami, żeby raz jeszcze sfałszować wyniki. Gdyby nie kamery w laboratorium, dalej byłby kimś. ■

Okładka tygodnika WPROST: 17/2014
Więcej możesz przeczytać w 17/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0