Taniec z gwiazdami

Taniec z gwiazdami

Dlaczego „Hey, Jude” śpiewa w Polsce nie Paul McCartney, lecz Donald Tusk? Bo SPROWADZENIE ŚWIATOWYCH GWIAZD wcale nie jest proste.

Na początku roku w Kancelarii Prezydenta podobno odbyło się zebranie doradców Bronisława Komorowskiego. Temat: planowane na czerwiec obchody 25-rocznicy pierwszych częściowo wolnych wyborów do Sejmu w 1989 r. Burza mózgów: – Może Bono zaprosimy i jego U2? – rzuca jeden z urzędników. – A ktoś ma do niego kontakt? – pyta inny. – Trzeba by Owsiaka poprosić. On zna muzyków, menedżerów.

– A może Rolling Stonesi byliby lepsi? – zastanawiał się głośno kolejny urzędnik. Niewiele z tych planów wyszło. Ale plotka o takiej rozmowie i występie Rolling Stonesów zaczęła krążyć po Warszawie. Protestowali polscy artyści, przekonując, że władze powinny promować rodzimych twórców. Zaś w ubiegłym tygodniu (po tym jak premier zaśpiewał w internetowym filmiku słynne „Hey, Jude”) spekulowano o możliwości przyjazdu nad Wisłę Paula McCartneya. Obie informacje okazały się ślepym strzałem. Jednak sam pomysł ściągnięcia międzynarodowej gwiazdy nikogo już nie dziwi. A przecież jeszcze 15 lat temu każdy występ w Polsce artysty ze światowej czołówki był ogólnonarodowym wydarzeniem. Dzisiaj coraz bardziej powszednieje. Tylko w lecie w Polsce wystąpią m.in. Justin Timberlake, Eric Clapton, Pharrell Williams, na festiwalu Orange Warsaw Festival 2014 r. m.in. Kings of Leon, Snoop Dogg, Lily Allen, Limp Bizkit. Na polskich stadionach grali już Madonna, Paul McCartney, Rolling Stonesi. Wyższej półki nie ma. – To kwestia ekonomii – mówi Steven Todd, szef na Europę Środkową giganta rynku koncertów Live Nation. – Lata temu Polska nie była na trasie najważniejszych tournée, bo przy niskich cenach biletów nie byliśmy w stanie zapewnić artystom odpowiednich stawek. Dzisiaj możemy konkurować z Europą Zachodnią.

Pomógł rozwój infrastruktury. Powstało kilka autostrad, lotnisk. No i hal koncertowych. Janusz Stefański, prezes Prestige MJM, wspomina, że kiedy agenci Justina Timberlake’a dostali zdjęcia PGE Areny, zażądali prawdziwych fotografii, a nie projektów. – Artyści chcą dawać te same popisy na Wembley i Stade De France, co na polskim Stadionie Narodowym. Jesteśmy już w stanie spełnić wszystkie warunki techniczne wymagane przy organizacji koncertów – ocenia Todd. Jednak do organizacji koncertu trzeba się umieć przygotować. I nie każdy może to robić.

PROBLEM PIERWSZY: TERMINY

Duży, stadionowy show planuje się wiele miesięcy. Letnie koncerty są zwykle ustalane na jesieni, na początku zimy. Sławomir Nowaczewski, szef Rochstar Events, w tej chwili zajmuje się rezerwacją artystów na Orange Warsaw Festival – tyle że na 2015 r. Kostas Georgakopulos, odpowiedzialny za muzyczną scenę T-mobile Nowych Horyzontów i twórca Avant Art Festiwal, dwa lata pracował, aby ściągnąć do Wrocławia Mike’a Pattona. Rzadko za rezerwację odpowiada sam menedżer gwiazdy. Zwykle prawa do organizacji występów gwiazd w danym roku zostają sprzedane tzw. agencjom bookingowym. Większość ma swoje filie w Londynie. I to z nimi kontaktują się krajowi promotorzy. Organizatorzy podkreślają, że mało kto może w ogóle zacząć pertraktacje. Liczy się wieloletnie doświadczenie, portfolio, znajomość agentów i referencje od samych artystów.

Inaczej odpowiedź w ogóle nie przyjdzie. Stanisław Trzciński, promotor koncertowy STX Jamboree, mówi wprost: – W prawdziwym show-biznesie nie ma czegoś takiego, że miasto, samorząd, sklep czy korporacja albo instytucja rezerwują artystę. To nie są zaufani partnerzy. Musi to być ktoś sprawdzony na danym terytorium. W Polsce – może dziesięć agencji.

PROBLEM DRUGI: CENA

Znając stawki na rynku, promotorzy (z różnych krajów) składają „ofertę wiążącą”. Artysta wybiera najkorzystniejszą. Nowaczewski ostrzega przed windowaniem cen: – Nie wchodzimy w bezmyślne przebijanie kwot. Agent, z którym rozmawiamy, ma cały portfel artystów. Pamięta, kto jakie pieniądze wyłożył, i nie zawaha się tej wiedzy użyć w przyszłości. Ile kosztują gwiazdy? Po tym pytaniu moi rozmówcy milkną. Nikt nie zdradzi, jakie są gaże. – Normalne, europejskie stawki – słyszę najczęściej. W środowisku jednak szacuje się, że rozpoznawalna międzynarodowa gwiazda ze stabilną pozycją to wydatek 100-300 tys. euro. Taki koncert może zapełnić Salę Kongresową w Warszawie. Żeby sprzedać bilety w hali, trzeba sięgnąć po artystę droższego, jak choćby Michael Buble – 300-600 tys. Natomiast cenniki gwiazd z topu, które grają na pełnych stadionach, zaczynają się od miliona, dwóch milionów euro. Podobno Rolling Stonesów negocjowano na wysokości 3 mln dolarów. I nie była to cena wygórowana.

Promotorzy nie odpowiadają na pytania o sumy nie tylko ze względu na klauzule tajności. Rozliczenia nie są bowiem proste. Coraz częściej gwiazdy wolą partycypować w zyskach z biletów (biorąc nawet 90 proc.!), na przykład U2 zawsze występuje na zasadzie partnerstwa biznesowego. Ale nawet przy tzw. flat fee stawki pozostają płynne. Mniejszy jest koszt ściągnięcia gwiazdy, kiedy właśnie ma ona tournée po Europie i Polska stanie się dobrym przystankiem między Skandynawią a Węgrami. Drożej kosztuje ściągnięcie tego samego artysty na pojedynczy, ekskluzywny koncert. Kiedy artysta jest w tournée, często po stronie agencji jest także część spraw technicznych. – W zeszłym roku robiliśmy koncert zespołu Bon Jovi – opowiada Stefański.– Gdybyśmy to robili sami, pewnie nie budowalibyśmy wielkiej sceny w kształcie samochodu. Tutaj była ona skonstruowana na wszystkie koncerty w trasie.

PROBLEM TRZECI: ZACHCIANKI ARTYSTÓW

Kiedy artysta zgodzi się na postawione warunki, w ciągu kilku dni promotor przelewa zaliczkę na konto agencji (zwykle 50 proc.). Wtedy przychodzi „rider”, czyli zbiór wymagań, którym trzeba stawić czoła, organizując koncert. Ma zwykle od 30 do 150 stron. Zawiera wszystko: szczegóły techniczne dotyczące sprzętu, nagłośnienia, oświetlenia, sceny. W mediach jednak najwięcej emocji budzą zapisane tam żądania gwiazd. Dokładnie opisane: od rodzaju samochodu, którym przejadą z lotniska do hotelu, przez rodzaj apartamentu, w którym zamieszkają, aż po gatunek wody, jaki znajdzie się w lodówce, w ich garderobie.

Promotorzy uśmiechają się, kiedy pytam o zachcianki artystów: – Oni grają 100-150 dni w roku – tłumaczy Trzciński. – Są zmęczeni, muszą mieć stworzone warunki, w których szybko się odnajdą i poczują komfortowo. Dlatego nie demonizowałbym owych wymagań. Kiedyś dostałem rider Prince’a, który uchodzi za artystę z fanaberiami. Zaledwie kilka stron, życzenia, jak średniej klasy polski artysta. Po koncercie Kylie Minogue zaś zrozumiałem, dlaczego potrzebowała blisko 100-metrowej garderoby z czymś na kształt spa: aparaturą łazienkową, matami do jogi, świecami, kątem do wyciszenia. Ona zeszła ze sceny o wpół do drugiej w nocy, było 5 stopni Celsjusza. Zniknęła na 40 minut, poddała się restauracji i wyszła rozpromieniona. Uśmiechnięta udzielała wywiadów.

Również Sławomir Nowaczewski nie dziwi się, że Beyoncé żądała wody o temperaturze 21 stopni Celsjusza. – To dbałość o narzędzie pracy, głos warty miliony dolarów – mówi. Organizatorzy podkreślają zresztą, że dzisiaj coraz łatwiej spełnić życzenia. Woda Evian nie jest już rarytasem dostępnym za horrendalne sumy w trzech sklepach w mieście. Bywają i bardziej ekscentryczne postulaty. Gdy Elton John zapragnął garderoby z dwumetrową palmą, Janusz Stefański musiał podjąć współpracę z ogrodem botanicznym. Według wskazówek menedżera Scorpions przemeblowywał pokój hotelowy, aby wyglądał jak poprzedni, w Niemczech, dla Jennifer Lopez, a przy PGE Arenie musiał wyściełać całą garderobą na białym materiałem. Dla Guns N’ Roses robił to samo – tyle że czarną płachtą. Podobne doświadczenie miał Paweł Kwiatkowski z STX Jamboree: Paco de Lucia zagwarantował sobie w kontrakcie czarne meble i taki sam materiał na ścianie. Teraz zaś, organizując przyjazd Pharrella Williama na Pozytywne Wibracje Festival, Trzciński i Kwiatkowski stają przed wyzwaniem kulinarnym. Gwiazdor przysłał preferencje żywieniowe nie tylko swoje, ale i członków 37-osobowej ekipy. – Dostaliśmy dziewięć stron wytycznych: kuchnie wegańskie, dostosowane do religii, orientalne, z różnych kontynentów – tłumaczy Kwiatkowski. – To się rzadko zdarza, zwykle ekipa ma jedno menu. Ale dlaczego nie? Nie jest to coś, czego nie da się dziś w Warszawie spełnić.

PROBLEM CZWARTY: WYPADKI LOSOWE

Organizatorzy koncertów zaznaczają, że ów rider ma dla nich dużą wartość. Bo jeśli się go spełni, zwykle nie ma żadnych problemów. Zresztą Sławomir Nowaczewski mówi, że po przyjeździe gwiazdy decyduje zwykle pierwsze 10 minut. Jeśli wzbudzi się u artysty zaufanie, reszta idzie spokojnie. Nie licząc, oczywiście, zdarzeń losowych. Paul McCartney spóźnił się na przykład na czarter i poleciał zwykłym, rejsowym lotem British Airways. Trzciński zaś wspomina przygodę z Grace Jones: – W pierwotnym riderze był szampan, którego marka – ze względu na trudną dostępność – została zmieniona za zgodą menedżera. Artystka piła nowy szampan, kilkukrotnie droższy i wyższej klasy, przez półtora dnia. Ale tuż przed wyjściem na scenę wróciła do starej propozycji i powiedziała, że inaczej nie zaśpiewa. A światła już zgasły, muzycy siedzieli przy instrumentach. Po 35 minutach udało nam się stanąć na rzęsach i przywieźć ostatnie cudem znalezione trzy butelki z zaprzyjaźnionej restauracji na Foksal. Skończyło się na niewielkim opóźnieniu i fantastycznym ponaddwugodzinnym koncercie z bisami.

Gwiazdom też zdarza się z owych dokumentów żartować. W jednym z nich, wypuszczonym do internetu przez Marilyna Mansona, muzyk „żądał” misiów Haribo i łysej, bezzębnej prostytutki. Jak później tłumaczył, robi tak regularnie – chciał się przekonać, czy kiedyś organizatorzy potraktują to poważnie. Trent Reznor z Nine Inch Nails zaś prosił o dwie paczki mąki kukurydzianej. Niektórzy podejrzewali, że mogło chodzić o zupełnie inny biały proszek.

PROBLEM PIĄTY: SŁABOŚCI GWIAZD

Gwiazdy przylatują – zwykle czarterem – ze swoją ekipą. Różnej wielkości. Jeśli to po stronie zagranicznej agencji stoi zbudowanie sceny, często zjawia się kilkadziesiąt tirów i ponad sto osób. Sławomir Nowaczewski wymienia: tour manager, asystenci, asystenci asystentek, całe wędrujące biuro, technicy… W zeszłym roku, w czasie Orange Warsaw Festival, chociaż byliśmy na Stadionie Narodowym, musieliśmy zbudować dodatkową restaurację dla członków ekipy Beyoncé, bo nie było ich gdzie nakarmić. A mieliśmy przecież jeszcze innych artystów. Zwykle tour jest zaplanowany co do godziny, niemal każdy dzień w innym miejscu. Piotr Metz, krytyk muzyczny i współorganizator Warsaw Orange Festiwal, śmieje się, że zawsze na początku mówi się: „Witamy w Warszawie”, żeby gwiazda wiedziała, gdzie jest. Rod Stewart przyleciał do Torunia godzinę przed koncertem, tuż po nim wsiadł w samochód i udał się na lotnisko. – Żartowaliśmy, że rano zjadł w swoim domu śniadanie, przeczytał gazety, po obiedzie wyskoczył do Polski na koncert i zdążył jeszcze wrócić do siebie na kolację – opowiada organizator koncertu Janusz Stefański. Stawki i skala precyzyjnie zorganizowanego przedsięwzięcia są zbyt wielkie, aby pozwolić sobie na ekscesy. Dziś rock and roll to już nie to samo co kiedyś: – To ciężko pracujący profesjonaliści – mówi Nowaczewski. – Po latach pracy nie przychodzą mi do głowy wybryki artystów. Raz zdarzył się incydent, gdy muzyk wrócił do nałogu, z którym przez lata walczył. Sporadycznie coś się stanie wśród członków ekip. Kiedyś, nie przy koncercie, lecz w programie telewizyjnym, ktoś musiał znaleźć prywatne lokum, bo hotele wpisały go na czarną listę. Ale rockandrollowcom chyba nigdy nie zdarzyła się wtopa.

Nawet Justin Bieber, znany z ekscesów gwiazdor pop ściągnięty przez MJM Prestige do Łodzi, nie pozwolił sobie na wybryki. Przez cały czas siedział w hotelu i przez internet wysyłał komunikaty, które budziły entuzjazm fanek. Jego jedynym wyskokiem było rozebranie się do pasa na lotnisku. Niektórzy jednak miewają luźniejszy grafik. Woody Allen, jak wspomina Trzciński, wyrywał się na spacery po warszawskiej Starówce i siedział tam w restauracjach. Axl Rose z Guns N' Roses zaś przez tydzień spędzony w Katowicach, nie wyszedł z hotelu. José Carreras odwiedził szpital w Toruniu i muzeum pierników. Placido Domingo – katedrę i muzeum Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu.

POLSKI ATUT – PUBLICZNOŚĆ

Artyści coraz chętniej przyjeżdżają do Polski także ze względu na publiczność. Głodną koncertów zachodnich gwiazd, otwartą, wdzięczną. Niestety jednak ten obraz powoli się zmienia. W dobie takiej mnogości, tracimy dawną spontaniczność – ocenia Georgakopulos. Steven Todd jest bardziej powściągliwy: – Po prostu widownia stała się dziś bardziej wymagająca i oczekuje wyższego standardu usług towarzyszących koncertowi: parkingu, jedzenia, picia. Większa liczba koncertów oznacza duży wybór, więc trzeba bardziej precyzyjnie kalkulować ceny biletów, by pogodzić interesy publiczności i artystów.

A kogo zapraszać? Nigdy nie da się w pełni przewidzieć zainteresowania publiczności. Eksperci twierdzą, że najbezpieczniej jest adresować ofertę do pokolenia pięćdziesięciolatków, spektakularnym sukcesem okazał się koncert Depeche Mode. Jak tłumaczy Piotr Metz, ta generacja wciąż jeszcze nadrabia zaległości. Chce obejrzeć gwiazdy, których nigdy u nas nie było. Ale 25 lat po transformacji lista tych artystów powoli się kończy. I to jest być może najbardziej optymistyczna wiadomość na obchody 4 czerwca. ■

Okładka tygodnika WPROST: 18/2014
Więcej możesz przeczytać w 18/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0