Raport z dzikiego kraju

Raport z dzikiego kraju

Historia polskiego show-biznesu po 1989 r. to nieodkryty teren. Musiałam to opisać – mówi KAROLINA KORWIN PIOTROWSKA, autorka książki „Ćwiartka raz”.

No i stała się pani historyczką.

Ja się nie stałam, ja jestem historykiem sztuki. Niepraktykującym, ale wiedza ze studiów mi się przydała. Bez niej zginęłabym w faktach, fiszkach, zakładkach.

Siedziała pani w bibliotekach, czytała stare kolorówki, robiła zdjęcia smartfonem?

Trzy miesiące spędziłam w bibliotekach. Potem kolejne cztery pisałam. Zdjęcia robiłam iPadem, w sumie z 5 tys. Fotografowałam fragmenty tekstów. Tych z lat 90. nie ma w wersji cyfrowej. Brnęłam przez kolorówki, tygodniki opinii, dzienniki. Ostatnia dekada XX w. to fascynujący temat, kompletnie niezbadany. Dziki.

Dla obecnych dwudziestokilkuletnich celebrytów to tak samo dawno jak II wojna światowa.

To prawda. Pamiętam, gdy na swoim profilu na Facebooku zawiesiłam jakieś archiwalne zdjęcia z artykułami, np. z „Vivy!” – ludzie rzucali się na to. Dyskutowali, pytali: „Matko Boska, skąd to masz?”. Prosili, bym im coś wyszperała w bibliotekach.

Ta książka - 800 stron o polskim show- -biznesie – jest na poważnie?


Tak. Zresztą mogło być więcej stron, ale wydawca chyba padłby na zawał. To fascynująca rzecz, nieodkryta, traktowana po macoszemu – niesłusznie. Mówimy o ogromnej pracy, energii i talencie bardzo wielu ludzi. To trzeba traktować poważnie. Poza tym – to rzecz nie tylko o show-biznesie. Sporo jest też tam o sztuce, teatrze, jest muzyka poważna. Te 25 lat traktujemy obcesowo, bez świadomości tego, że to ważny okres, w którym powstały rzeczy świetne, epokowe, ale też żenujące, wstydliwe. I jedne, i drugie zasługują na uwagę.

Najbardziej żenujące to…

Na pewno wejście reality show. To mentalny Armagedon. I nie mówię tylko o „Big Brotherze”. Najgorsze jest to, co nastąpiło po nim. Wysyp koszmarnych shows. Ich poziom był straszny, powstawały wyłącznie dla kasy. Pytałam znajomych, co pamiętają z reality show z gwiazdami – głównie chamskie cytaty w stylu „Saleta, ciągnij fleta”. Nie wiedzieli nawet, w jakim programie to było. To cud, że nie zwariowaliśmy. Sugerowałabym nadawcom tego szlamu wystawienie obelisku z podziękowaniem dla narodu, że po takim wysypie kupy nie zwariował i nie wyjechał w całości za granicę.

Świętujemy 25 lat wolności. Możemy też świętować 25 lat naszego show-biznesu?

Show-biznes zaczyna się już w 1989 r., więc tak. To bardzo ważne, barwne i ciekawe ćwierćwiecze, które ogromnie wiele mówi o nas, naszej mentalności, zmieniających się pragnieniach, marzeniach, aspiracjach.

I o pani. Bo te 25 lat show-biznesu to są też lata pani działalności.

Tak, to moje życie zawodowe i o nim również piszę. Jestem z pierwszego pokolenia, które jest beneficjentem przemian ustrojowych, piszę o tym, co decydowało, że mieliśmy taki, a nie inny start, ale wspominam też o zachłyśnięciu się pracą, zarobkami, sukcesem, o pierwszych załamaniach, o depresjach, zniszczonym życiu osobistym. O pierwszym wielkim tąpnięciu na początku XXI w., kiedy rynek reklamowy przechodził recesję i wielu pracowników mediów, tak jak i ja, nagle musiało się zatrzymać, żyć za dwa złote dziennie.

Czy jesteśmy już takim samym show- -biznesem jak na Zachodzie?

Nie jesteśmy i długo nie będziemy, bo nie mamy takich budżetów, nie zarabiamy jak w Europie, choć artystów mamy na co najmniej europejskim poziomie. Nie umiemy też się chwalić, jak robią to inni. Promocja polskiej kultury jest moim zdaniem skandaliczna. Jeśli film „Ida” jest sukcesem na świecie, w samej Francji zobaczyło go ponad 400 tys. ludzi, to ja bym chciała, żeby to był news w dziennikach. I co? Nie sposób znaleźć o tym informacji. Wolimy za to lansować podejrzane postacie. Wartościowe rzeczy lądują u nas w drugim obiegu, bo mainstream toczy dyskusję o szpachlowaniu gąsek, powiększaniu pośladków, a gdzieś ma to, co wartościowe. Nie doceniamy też odbiorców. Podstawowe założenie w mediach jest takie, że to debile, którzy kupią każdą głupotę. A tymczasem problem jest w mediach, kretynieją w zastraszającym tempie.

Pytałam o pani życie zawodowe, bo dorastała pani z naszym show-biznesem. Raz była pani dziennikarką, raz celebrytką.

Celebrytką byłam tylko przy okazji „Top model”, ale nie chodziłam na imprezy. Parę miesięcy mi to wyjęło, ale nie odcinam się od tego zbyt ostro, bo to też moje życie.

Poczuła pani, że ma obowiązek te 25 lat opisać. Kto jak nie ja?

Nie, tak nie było. Myślałam, że takich książek będzie więcej, ale to ciężka praca, a nic tak nie kusi jak pójście na skróty. Ja nie jestem jak jedna pani z kabaretu, która sobie pożyczyła teksty z Wikipedii i od blogerów i wydała jako swoją książkę. Nawet nie miałabym skąd tego wziąć, serio. To dziewiczy teren. Może to początek mojej dłuższej przygody z tym tematem. Pisanie książki sprawiło mi orgiastyczną wręcz przyjemność i jako hedonistka to sobie cenię. Od jakiegoś czasu ciekawe rzeczy pojawiają się na blogach, w internecie. Zaczęłam drugi tom. Skończę go pisać w 2039 r., na 50-lecie wolności i show-biznesu. ■

„Psy”, Linda, Dochnalowie, Górniak, „Viva!” i „Big Brother” - fragmenty książki Karoliny Korwin Piotrowskiej

1991 – PIERWSZE REKLAMY

W gazetach pojawiają się pierwsze reklamy polskich firm, m.in. Sunset Suits − marki męskich garniturów, wody toaletowej Vabank czy skórzanych torebek firmy Elita reklamowanych przez Małgorzatę Niemen, wówczas absolutną królową polskich modelek. Reklamy są straszne. Nie ma co udawać, to był koszmar, którego najlepszą ilustracją jest reklama przedsiębiorstwa Universal z kobietą zaatakowaną przez wężowy odkurzacz. Perfekcyjna Pani Domu A.D. 1991 walczyła z techniką, która unieruchamiała jej nogę. Ale obowiązkowo nosiła już szpilki. Kiedy powiesiłam to zdjęcie niedawno na Facebooku, ludzie oszaleli – nie wierzyli, że to było naprawdę. Ktoś to kiedyś wydrukował. Tak, wydrukował. Zarabiał na tym. A odkurzacze atakowały panie domu. Lata 90. były magiczne także w kwestii podejścia do AGD. Niby tylko odkurzacz, a ile radości. […] Pojawiają się pierwsze reklamy tamponów (Tampax) i podpasek (Always). Od 1991 r. Polka ma oficjalne, przypieczętowane przez media prawo do menstruacji. Co prawda na niebiesko, ale i tak cieszy.

1991 – AKTORZY W REKLAMACH

Aktorzy, znani z twarzy i nazwiska (które miało konkretną wartość reklamową i rynkową, co jeszcze wtedy do nas nie docierało), coraz częściej pojawiają się w reklamach, choć spotyka się to z ostracyzmem środowiska. Z jednej strony sytuacja na rynku pracy jest fatalna. Trzeba z czegoś żyć, a właściwie nie kręci się filmów ani seriali, teatr niemal zdycha – nie każdy potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z drugiej strony sztuka, czyli rzecz dla wybranych, niedająca wtedy zysków, poza tymi duchowymi. Co wybrać? Z perspektywy lat, kiedy w telewizji jest sporo świetnych reklam z gwiazdami, konflikt o udział w nich, tak jak potem o granie w serialach, wydaje się dęty, ale wtedy dyskutowano o tym niesłychanie. […]

Zawód aktora, w przeciwieństwie do czasów współczesnych, był niemal zsakralizowany i bardzo szanowany; żeby go uprawiać, trzeba było mieć rzeczywisty talent, skończyć konkretną, wieloletnią i trudną szkołę, nie wystarczyło zdjąć majtek. Aktor miał obowiązek mówić ważne rzeczy, a nie zarabiać pieniądze. Do czasu.

1992 – WEJŚCIE PSÓW – PAZURA, LINDA

Myślę, że współczesne pokolenia powinny nam zazdrościć tego fenomenalnego uczucia (w moim przypadku po wyjściu z kina Luna w Warszawie), że właśnie obejrzało się coś, co bez wciskania kitu tworzy historię. I że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Bo „Psy” Władysława Pasikowskiego zrobiły rewolucję. […] Pasikowski jak prawdziwy artysta był o kilka kroków przed swoimi widzami i pokazał coś, co wtedy szokowało, wzbudzało odrazę, dyskusje krytyków, ale dziś wiemy, że było uczciwe. Pokazał, jak naprawdę wygląda nasze rozliczenie z przeszłością, co oznacza słowo „weryfikacja”. I co strasznego zrobimy ze swoją historią. […]

Ta rola zbudowała Bogusława Lindę. Twardziela, który jak coś powie, to przechodzi do klasyki, lubi się napić, zabija bez chwili wahania, ale ma twarde zasady. Ma też serce do kobiet, które niestety wobec niego zwykle są złe. […] Linda, rocznik 1952, w momencie premiery „Psów” miał ogromne doświadczenie zawodowe u najlepszych mistrzów kina i 40 lat na karku. To nie był wiek, aby zwariować od pieniędzy i popularności. Wtedy zresztą jeszcze wielkich pieniędzy nie było. Pojawią się wkrótce i o gażach Lindy za film czy za dzień zdjęciowy zasłużenie plotkować będą wszyscy. Można było za to już wtedy mądrze skonsumować sukces i Linda, co widać po latach, jako jedyny, choć nie bez ostrych zakrętów, poprowadził swoją karierę w sposób wzbudzający zazdrość.

Dzisiaj to ikona. Najbardziej kochany przez widzów aktor swego pokolenia, czy to się komuś podoba, czy nie. Dla niemal wszystkich mężczyzn, których znam, uosobienie fajnego faceta, choć nie bez wad, który ma dobre życie, rodzinę, swoje pasje, który starzeje się z klasą, nawet jeśli pomagają mu w tym suplementy, które reklamuje w telewizji. Grający u boku Lindy Cezary Pazura (Waldemar Morawiec „Nowy”), aktor bardzo dobry, którego kariera dopiero dzięki „Psom” nabrała rozpędu, młodszy od Lindy o dziesięć lat, dał się na własne życzenie przepalić zawodowo, znudzić widzom. Brał udział w paru żenujących przedsięwzięciach, co przy ogromnej częstotliwości pojawiania się w mediach nie mogło pozostać niezauważone. Zaczął też nałogowo sprzedawać się medialnie – liczba wywiadów i sesji Pazury od samego początku jego rozpoznawalności nawet dziś robi spore wrażenie. W wywiadach orłem nigdy nie był. Od samego początku opowiada o sobie za dużo, za szczerze, a za to się płaci. Czytając jego wypowiedzi z lat 90., można odnieść wrażenie, że on kocha media, kocha się w nich pokazywać i nie widzi nic niepokojącego w tym, że tak bardzo się odkrywa. Oprócz siebie pokazuje też rodzinę. Nie wszyscy tak robili, nawet w naiwnych i radosnych latach 90. Czasami warto zachować coś w tajemnicy.

1993 – EROTYCZNE IMMUNITETY

Półka z książkami celebrytów i gwiazd była długa, a otwierała ją A.D. 1993 niejaka Marzena Domaros, znana też jako Anastazja Potocka, w skrócie Anastazja P. To ona wydała w 1992 r. „Pamiętnik Anastazji P. (erotyczne immunitety)” − książkę, która wstrząsnęła młodą polską demokracją, albowiem pokazała, że politycy wybrani w demokratycznych wyborach nie tylko nieustannie myślą o Polsce, ale też uprawiają seks pozamałżeński, i to z różnym skutkiem, bo nie każdy po prostu ma możliwości. Potencjał seksualny Bóg rozdał posłom niesprawiedliwie i Domaros to opisała. Fałszywa arystokratka z PGR Góra, która opowiadała, że jest hrabiną, „nieślubnym dzieckiem hrabiego Potockiego”, korespondentką „Le Figaro”, posługująca się fałszywymi dokumentami, dostała akredytację w Sejmie i jak głosi fama oraz jej „literatura”, przespała się z połową posłów. […] Podobno posiedzieć albo nawet poleżeć chciało wielu. Jak głoszą dobrze poinformowani, chęć zbliżenia się z „hrabiną” zadeklarowali m.in.: Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski, Stefan Niesiołowski i Józef Oleksy. Niestety, panowie poza salą sejmową byli podobno bardzo kreatywni i proponowali zbliżenia oraz polegiwania w trójkątach albo innych wielokątach.

1996 – „NIC ŚMIESZNEGO”

Tego filmu nie byłoby bez Cezarego Pazury. To jego najlepsza rola w karierze, świadomie przerysowana, na granicy komizmu, ale kiedy trzeba − niemal tragiczna, smutna, beznadziejna. Tylko on miał wtedy zdolność, by obronić tę koszmarnie wkurzającą postać nieudacznika i malkontenta, postać na starcie nie do obronienia. Zagrać tak, by widz ją polubił, zrozumiał, a nie tylko się z niej śmiał. […] Marek Koterski zrobił film trochę o sobie, o inteligencie ukształtowanym w PRL, obecnie zgorzkniałym, samotnym, świadomym swoich niedoskonałości, braków, ale też nierobiącym nic, by to zmienić. Ekshibicjonizm? A dlaczego nie? Jeśli czemuś służy... Pokazał też nieco kulis zaczarowanego dla wielu świata filmu, jego pustkę, tymczasowość i życie na pokaz. […] [Koterski] Obśmiał na pewno bardzo trafnie absurdy życia w nowej Polsce, pokazując świat przefiltrowany przez nieudacznika Adasia, jakby na przekór propagandzie sukcesu lansowanej ówcześnie przez niemal wszystkie media. Grupa tych, którzy nie radzili sobie w nowej rzeczywistości, była pokaźna i cały czas rosła. Optymizm był lansowany, ale nieobowiązkowy i nie trafiał do każdego. Koterski to pokazał bez udziwnień, z nutą tragikomizmu, jak śmiech przez łzy, a Adaś Miauczyński, bohater wszystkich jego filmów, na dobre zagości w polskim kinie.

1997 – WEJŚCIE „VIVY!”

Pierwszy polski ekskluzywny z założenia magazyn o gwiazdach. Wreszcie znalazło się miejsce, które miało być gwiazdom przyjazne. Gazeta, na której łamach przez kolejne lata będzie następowała masa wyznań, wynurzeń, bredni, ale też fajnych wypowiedzi, świetnych sesji, definiujących raczkujący jeszcze świat show-biznesu w Polsce. […] Polska gwiazda do tego momentu jeśli mówiła, to zwykle o swojej pracy − na tak zwane ważne tematy – ale też w kwestii swojej prywatności nie zabierała głosu niemal nigdy. „Viva!” to zmieni i nagle się okaże, że gwiazda nie oznacza intelektualisty, że jeśli ktoś gra profesora, w realu nie zawsze potrafi się wysławiać, i nie każdy jest w stanie sklecić poprawnie zdanie proste, o złożonym przez litość nie wspomnę. Okaże się, że gwiazdy są jak my, czasem piękne, mądre, ale często też głupie, naiwne, prostackie i chamskie.

1998 – LANS JOLANTY KWAŚNIEWSKIEJ

Kto się lansuje? Oczywiście Jolanta Kwaśniewska. Złaknione gwiazd media rzuciły się na atrakcyjną, wygadaną i lubiącą splendor żonę prezydenta jak szczerbaty na suchary. Wreszcie mamy naszą Jackie. W kilku numerach „Twojego Stylu” z tego roku są relacje z jej wizyt, oceny jej sukien i obowiązkowy zachwyt nad wszystkim, co robi − tak budujemy nasze prezydenckie Bizancjum. Trzeba przyznać, że biuro prasowe prezydentowej musiało mieć ręce pełne roboty, trzeba też przyznać, że jego skuteczność była ogromna. Cała Polska wiedziała, z przeróżnych mediów, co właśnie robi prezydentowa. Interesowała nas chyba bardziej niż jej mąż. Jolanta Kwaśniewska została m.in. Kobietą Roku „Twojego Stylu”. Kulminacja nastąpiła w drugim numerze „Elle” z 1998 r. − na okładce pojawiła się Jolanta Kwaśniewska, a przy niej tytuł: „Nowy styl pierwszej damy”. No i był skandal, pierwsza dama bowiem nie miała na sobie łowickiej zapaski, tylko najnowsze ciuchy Diora, Max Mary czy Armaniego. Skandal i niedowierzanie. Nikt nie zauważył, że po prostu świetnie wyglądała w prostym golfie, spodniach i sztybletach Diora. Zdjęcia robiła ekipa z Francji, całość wyglądała światowo. Ale w Polsce wybuchła gorąca dyskusja, czy prezydentowa ma prawo pozować w zagranicznych ciuchach na okładce magazynu. Serio. Takie to były czasy.

1998 – ŚLUB IBISZA W TVN

Amerykanie pytają zawsze: co robiłeś, kiedy zabili Kennedy’ego? (albo w dniu zamachów 11 września). Ważne są wydarzenia, które jednoczą narody, by było potem co wspominać przy piwie i mieć jakiś ciekawy odnośnik w czasie. Polacy gorsi nie są, bo od 1998 r. mogą pytać: co robiłeś, kiedy Krzysztof Ibisz brał ślub w katedrze warszawskiej w 1998 r.? Ja byłam w radiu i razem z kolegami oglądałam to cudo, jedząc pizzę i umierając ze śmiechu. Bo uroczystość transmitowała telewizja TVN.

A co państwo robili, kiedy Ibisz brał ślub? Wiem, jestem zła i pozbawiona serca, ale to było bardzo komiczne. Mówiono wtedy, że jak ślub pokazał TVN, to rozwód pewnie będzie na żywo w Polsacie. To było jak „Big Brother” prosto z kościoła, przed którym tłum fanów wiwatował skonfundowanej młodej parze − Krzysztofowi Ibiszowi i Annie Zajdler-Ibisz. Żonie, jak czas pokaże, numer jeden.

Na pewno udało się jedno − wyraźnie przesunięto granicę prywatności i obciachu, niektórzy uznali, że nawet ją przekroczono, ale zmienili rychło zdanie po emisji „Big Brothera”. Ślub Krzysztofa Ibisza to był reality show, choć wtedy nikt jeszcze tego określenia nie używał. Oglądaliśmy nie tylko samą uroczystość, bezową suknię panny młodej (pierwszą tak szeroko komentowaną suknię ślubną celebrytki), lecz także wesele. I tam dopiero było grubo, jak to teraz mówią. I to też przeszło do historii. A życie prywatne Krzysztofa Ibisza na lata stało się publicznym, przy jego zupełnym przyzwoleniu. Na szczęście na starość zmądrzał i znalazł w Google słowo „prywatność” − przeczytał, co oznacza, i wreszcie zaczął stosować.

1999 – WYWIAD EDYTY GÓRNIAK

W ostatnim numerze „Vivy!” w 1999 r. ostra zapowiedź mentalnej masakry mediów i narastającej chorobliwej głupoty naszych gwiazd w nowym stuleciu − Edyta Górniak topless na okładce, uśmiecha się uroczo, a w środku masakruje publicznie byłych narzeczonych – Piotra Kraśkę i Roberta Kozyrę − w sposób, który zapiera dech w piersiach. Fotografuje Marcin Tyszka. Zdjęcia są przepiękne, Tyszka zna się na rzeczy, ale tekst to epokowy hard core. […] Dopiero teraz widać, że to nie Michał Wiśniewski, nie Doda byli medialnymi pionierami w chamskim wylewaniu na swoich byłych ton szlamu, ekshibicjonistycznym i żenującym gmeraniu w swoim życiu intymnym na łamach. Pionierką w tej dziedzinie była już w 1999 r. Edyta Górniak. Oby nie było tak, że tym głównie zapisze się w historii.

2000 – OLBRYCHSKI Z SZABLĄ

To było 17 listopada 2000 r., w piątek. Do galerii Zachęta, jednego z najbardziej zacnych i utytułowanych miejsc związanych ze sztuką w Polsce, wchodzi Daniel Olbrychski z ukrytą za pazuchą szablą Kmicica i zaczyna, w towarzystwie zaproszonych przez siebie kamer telewizyjnych, rąbać żwawo swoje zdjęcie w mundurze hitlerowskim, a następnie zdjęcia kolegów − Jana Englerta, Stanisława Mikulskiego i Jeana-Paula Belmonda. To się nazywa performance po polsku. Aktor uznał, że to jedyna forma protestu w związku z tym, że jego filmowy wizerunek został wykorzystany wbrew intencjom filmowców, bowiem produkcje, z których pochodziły fotosy, miały charakter antynazistowski. Bardzo lubię Daniela, wręcz uwielbiam, ale lekko się mylił. Piotr Uklański pokazał coś, co dla mnie jest oczywistością − wizerunek nazistów w filmach, bez względu na intencje ich twórców, jest elegancki i pociągający, wyglądają sexy w tych supermundurach szytych przez firmę Boss. Tak jest. Zebrane w jednym miejscu zdjęcia wybitnie atrakcyjnych mężczyzn o zimnym, twardym spojrzeniu robiły kolosalne wrażenie. Widziałam tę wystawę i pamiętam swój dreszcz przerażenia po wejściu do sali. Bo to było straszne, a nie pociągające, właśnie dlatego, że zdjęć było tak dużo, mężczyźni o znajomych twarzach znanych aktorów i ta nagła myśl − jakie to przewrotne, jakie nieprawdziwe. Przecież oni grają ludzi, którzy mordowali, a na tych zdjęciach są tacy... atrakcyjni? Sexy? Eleganccy? Uklański tym zestawieniem zdjęć wylewał na rozgrzane od emocji głowy widzów kubły lodowatej wody. Pokazywał przewrotność popkultury, jej słabość oraz uległość wobec lansowanych wzorców ludzkiej pamięci.

2001 – „BIG BROTHER”

Oglądalność programu była ogromna – 4,5 mln! – a Polska podzieliła się na dwa obozy: tych, którzy oglądali i nie wstydzili się do tego przyznać, i tych, którzy oglądali, ale robili wszystko, żeby udawać, że nie oglądają, bo to przecież taki obciach. […] Pierwsza edycja wykreowała jednak autentycznych idoli masowej wyobraźni. […] Głosami telewidzów wygrał ten najzwyklejszy, czyli Janusz Dzięcioł, ojciec rodziny, strażnik miejski. Bez skandali, bez wariactwa, zwykły człowiek. To dało trochę pojęcie o tym, co w Polaku siedzi – jednak konserwatysta, który lubi sobie poplotkować, ale ponad wszystko kocha to, co już zna, czyli wzór ojca rodziny. Na seks i wulgaryzmy przed kamerami czas przyjdzie później. Na razie widzimy jedno – do tej pory, żeby zostać gwiazdą, być idolem, trzeba było mieć jakiś talent, wykształcenie, dorobek zawodowy, inteligencję, a teraz wystarczy mieć parcie na szkło, dać się sfilmować pod prysznicem albo w trakcie jedzenia obiadu, ewentualnie dać się wkręcić w jakiś konflikt – i sława gotowa. Oni naprawdę myśleli, że zdobędą wielką sławę, a kasa będzie lecieć sama. Po latach wiadomo, że nic bardziej mylnego.

2001 – DOCHNALOWIE W „VIVIE!”

Tytuł: „Słodkiego, miłego życia”. Bohaterowie: Aleksandra i Marek Dochnalowie, ludzie bardzo bogaci. On – znany wówczas lobbysta, ona – wspólniczka Macieja Zienia, oboje mają zdjęcia z królową brytyjską, grają w polo, mają jachty, domy w różnych częściach świata. Są, nie wiedzieć czemu, pupilkami „Vivy!”, która kocha ich niemal tak bardzo jak Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich. O ile jednak miłość do Kwaśniewskich można wytłumaczyć miłością do prezydenta jako urzędu oraz do ojczyzny, to choć zachodzę w głowę, nie wiem, czym można wytłumaczyć miłość, uwielbienie wręcz do Dochnalów. […] Ta sesja to kwintesencja nowobogackiego kiczu, nuworyszostwa, estetycznej masakry, jednak wszystko jest dobrze podane. To są zaledwie cztery zdjęcia, ale wiem od dziennikarek, że potem gwiazdy przychodziły z tą gazetą w ręce i mówiły, że też tak chcą. Tak bogato. Ola siedzi na krześle, leży na szklanym stole, przy basenie, pozuje w futrze, opierając nogę na głowie białego niedźwiedzia. Jej mąż albo udaje, że pracuje, albo pływa (mokry podkoszulek w wersji męskiej), albo trzyma dziecko. Kicz ucieleśniony. Estetyczny dramat, ale to się naprawdę nadal dobrze ogląda. Zabawy przy tym moc, zważywszy na dalsze losy tej rodziny i jej medialną „karierę”.

2006 – PUDELEK

W styczniu ruszył portal plotkarski Pudelek. Okazało się, że o celebrytach można pisać tak, że po przeczytaniu niejednego newsa ma się ochotę dzwonić po pogotowie. Krew, pot, łzy i wydzieliny w wersji dla twardzieli. Czytają go wszyscy, choć niewielu się do tego przyznaje. To już socjologiczny fenomen. Większość celebrytów od przeglądania tej witryny zaczyna dzień. Znam profesorów uniwersytetów, ludzi szanowanych i wykształconych, którzy całą swoją wiedzę o szołbizie, którego nie znają, czerpią z Pudelka. […] Bycie obsikanym przez Pudla to swoisty dowód statusu gwiazdy w Polsce. Jeśli o tobie plotkują, cytują cię, to znaczy, że jesteś. Obecnie jest to w Polsce jeden z najchętniej odwiedzanych przez internautów serwisów tego typu. Ma mocną, choć kontrowersyjną markę. Odkąd poznałam jednego z jego założycieli, człowieka inteligentnego w stopniu maksymalnym i jednego z najbardziej dowcipnych i wyedukowanych ludzi w branży, nie dziwię się, że tak dobrze im idzie. To pomysł prosty jak konstrukcja mopa, a przy tym genialny − stworzyć jedno miejsce w necie, w którym odbiorca będzie mógł się napawać upadkiem celebrytów i to komentować. Bo komentarze użytkowników na Pudelku to jakość sama w sobie. I nie chodzi tu o klasyczne już: „Pierwszy!”. Co ciekawe, portal redagowany jest bardzo dobrze – nie chodzi mi o treść, bo z założenia jest maksymalnym mentalnym hard core’em − muszę przyznać, że gdy czytam niektóre wpisy, podziwiam dziennikarską i językową sprawność ich autorów, a także umiejętność napisania idealnej puenty. Takiej w punkt. Takiej, której zazdroszczę. Serio. Na plus trzeba zauważyć jeszcze jedną rzecz − kiedy wiele mediów milczy, często opłaconych albo zastraszonych przez celebrytów lub ich prawników, oni jedni nie boją się pisać czegoś pod prąd. Tak było przy aferze z Fibakiem. Tam ukazał się, moim zdaniem, najlepszy tekst o ACTA. Ale potrafią też uderzyć niesłusznie, boleśnie opierając swoje newsy na tym, co napisał tabloid. Bo Pudel, spryciulek, własnych newsów nie ma.

2008 – WERONIKA MARCZUK I CBA

Jest jak w Europie albo za oceanem – nasze gwiazdy zaczynają trafiać za kratki. Weronika Marczuk trafiła do aresztu podobno w związku z aferą korupcyjną. Media szaleją, bo pani z okładek magazynów nagle staje się bohaterką policyjnych kronik i ląduje na dołku. Jurorka „You can dance” noc spędziła na izbie zatrzymań. Podobno miała otrzymać 400 tys. zł, a CBA dokonało zatrzymania w chwili przekazywania pierwszej części. Była żona Cezarego Pazury w zamian za łapówkę obiecywała zakup Wydawnictw Naukowo-Technicznych. […] Podobno CBA otrzymało na nią anonimowy donos. Obrońcą Marczuk jest mec. Maciej Lach, który był także obrońcą Dody. Marczuk wyszła z aresztu, została uniewinniona, ale życie jej zniszczono. Cała sprawa była mocno dęta, a głównym jej graczem okazał się agent Tomek. Obecnie Marczuk kandyduje do Parlamentu Europejskiego. Losy ludzkie wyznaczają kręte ścieżki. Kiedyś ktoś pewnie nakręci o tym film. I będzie to komedia pomyłek. ■

Okładka tygodnika WPROST: 20/2014
Więcej możesz przeczytać w 20/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także