Unia sprzedana

Unia sprzedana

O losach Europejczyków decydują dziś prezesi firm i banków przy tajnych okrągłych stołach. Musimy walczyć o uratowanie Unii obywateli, bo nie ma dla niej alternatywy - mówi niemiecki dziennikarz śledczy Jürgen Roth*.

Chodzi pan na wybory?

Oczywiście.

Po co?

To moje demokratyczne prawo. Do tej pory w Parlamencie Europejskim dominowali konserwatyści. Ja wybieram socjaldemokratów. Każdy głos ma znaczenie, bo im mniejsza frekwencja, tym mniejsza szansa na zmianę.

Przecież w swojej ostatniej książce pisze pan, że Europa i tak została już sprzedana elicie finansowej. Trwa cichy pucz.

Tak, Europa tkwi w wielowymiarowym kryzysie. Ale nie ma dla niej alternatywy. Co nie znaczy, że nie należy krytykować obecnej sytuacji. Dziś UE skoncentrowana jest na gospodarce coraz bardziej oderwanej od społeczeństwa, a nie na samym społeczeństwie. Opisuję kulisy narzucanej nam neoliberalnej polityki. Piszę o tajnych okrągłych stołach, przy których zasiadają szefowie największych banków, korporacji i holdingów medialnych. Infiltrują władzę i z wielkim sukcesem wpływają na politykę europejską i decyzje w poszczególnych krajach.

Proszę o przykład.

Okrągły stół przemysłowców. Radzą przy nim szefowie największych firm europejskich, takich jak niemiecki Siemens czy francuski Suez, ale też ludzie z Goldman Sachs. Mają bezpośredni dostęp do polityków rządzących w Niemczech i we Francji.

Spotykają się regularnie?

Tak.

Gdzie?

Z reguły narady są tajne. Czasem organizuje się bardziej otwarte spotkania w Berlinie czy w Brukseli.

I co udaje im się uradzić?

Mają bezpośredni wpływ na tworzone regulacje. Proszę spojrzeć na stopniową redukcję sfery osłon socjalnych. Na naszych oczach demontuje się zbudowany po wojnie system opieki społecznej.

To żaden spisek przemysłowców, tylko polityka cięć konieczna, żeby uratować Unię.

Taki kit nam się wciska. Grecja i Portugalia wpadły w tarapaty. Mówią, że trzeba ciąć. Ale nie dodają, że odpowiedzialne za to załamanie są właśnie elity biznesowe i rządowe. Kto czerpie korzyści z cięcia wydatków – jak to się cudownie nazywa? Ci sami ludzie, którzy doprowadzili do kryzysu. Proszę popatrzeć na biografie najważniejszych postaci z trojki, czyli z Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wszyscy wywodzą się z neoliberalnych środowisk. Oni liczą zyski. Nie mają kłopotu z tym, że przez drastyczne cięcia zachwiane zostają stabilność i bezpieczeństwo w tych krajach i w całej Unii.

Ale dla przeciętnego Greka, który nie czyta pana książek, to żadne okrągłe stoły decydują o jego losie, tylko polityka narzucana z Niemiec. W Atenach Angeli Merkel domalowuje się wąsy Hitlera.

Niemcy jako potęga gospodarcza ponoszą współodpowiedzialność za to, co dzieje się w Grecji i innych krajach dogadujących się z trojką. Ale elity w tych krajach są równie odpowiedzialne.

Trudno mi uwierzyć w potęgę okrągłych stołów. Da pan jakiś przykład?

Choćby przygotowywana właśnie nowa międzynarodowa umowa o handlu usługami (TISA). W negocjacjach biorą udział przedstawiciele korporacji – z Siemensa czy z Bayera i z rządu. Nie ma przedstawicieli związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Rozmowy są tajne. Nie publikuje się żadnych dokumentów. Tymczasem ich decyzje będą miały ogromne znaczenie. Jedną z nich jest plan sprywatyzowania usług publicznych.

Dlaczego media milczą na ten temat? Bo są częścią układu?

W demokracji są dwa sposoby wpływania na politykę i opinię publiczną. Przez organizacje – takie jak think tanki czy NGO-sy (organizacje pozarządowe) i przez media. W Niemczech przy okrągłych stołach zasiadają przedstawiciele wielu wydawnictw, m.in. ludzie z telewizji Sat 1 albo Kai Diekmann, naczelny wydawanego przez Axel Springer „Bilda”. Rozmowy, jakie prowadzą z biznesem i z władzą, są nieformalne. Nic nie zostaje zanotowane. Mówi się o tym, czego nie należy publikować. Proszę zwrócić uwagę na to, jak mało miejsca media poświęcają unijnym lobbystom, którzy są cichą, ale potężną siłą w Europie. W Niemczech mamy szczęście, że publiczne radio i telewizja zachowują znaczną niezależność. Ale w mediach prywatnych o to trudno, bo ich właściciele są częścią korporacyjnego świata i aktywnie wpływają na przekaz. Nawet w tygodniku „Der Spiegel”, który uchodzi za niezależny, swoboda dziennikarska jest ograniczana. Wiem, bo znam tamtejszych dziennikarzy. Jest pewna niepisana linia ideologiczna, której żaden z nich nie może przekroczyć.

Wróćmy do początku rozmowy. Głosuje pan na SPD. Oni nie są częścią elity? Nie zasiadają przy okrągłych stołach?

Niektórzy przedstawiciele tej partii tak, ale dużo mniej licznie niż ci z CDU.

To oczywiste, CDU jest u władzy. Ale z SPD wywodzi się bardzo uwikłany w układy były kanclerz Gerhard Schröder.

(Śmiech). No tak, Schröder to dobry przykład wyprzedania ideałów. Ale nie ma alternatywy dla demokracji. Żeby rozbijać układy i zmieniać system, trzeba mieć większość parlamentarną. Trzeba chodzić do wyborów. Głosując na SPD, daję sobie większą nadzieję na zmianę, bo w tym ugrupowaniu jest więcej ludzi niż w CDU, którzy chcą wzmacniać społeczeństwo, a nie tylko elitę. To prosta kalkulacja. Inaczej się nie da.

Grecy pokazują, że się da. Głosują na faszystowski Złoty Świt.

Zgoda, wzrastająca popularność ekstremy jest też problemem we Francji, w Holandii, w Skandynawii, do pewnego stopnia też w Niemczech. To pokazuje, że ludzie są sfrustrowani i chcą zmiany systemu. Będzie to trudne, bo polityczna i biznesowa elita świetnie miewa się w układzie, który mamy obecnie, a intelektualiści nie zgłaszają żadnych propozycji nowych wizji i rozwiązań.

Zgadza się pan z opinią, że to najsmutniejsze eurowybory w historii Unii?

Smutek to niewłaściwe słowo. Nie ma co się załamywać. Ale Europa rzeczywiście znajduje się w punkcie, w którym decyduje się, czy pozostanie demokratyczna, czy pójdzie w stronę pewnej formy autokracji. Jeśli nie powstrzymamy zachodzących zmian, europejska demokracja zakulisowo, stopniowo i niezauważalnie zostanie zlikwidowana, sprowadzona do fasady. Proszę zwrócić uwagę na to, że ogromnej części niemieckiego establishmentu, zarówno po lewej, jak i prawej stronie, nie przeszkadza autorytarny Władimir Putin. W sporze o to, czy Ukraina powinna iść drogą demokratycznego Zachodu, czy za Putinem, stają po stronie Moskwy. To pokazuje, jak kruchy jest nasz system. Prezesi największych niemieckich firm chcą dogadywać się z Rosją. W biznesie na pytanie: „Zysk, czy moralność?” jest prosta odpowiedź: liczy się tylko zysk, na moralność nie ma miejsca.

Skoro poruszył pan temat Ukrainy - jak duży wpływ ma biznes na kanclerz Merkel?

Ogromny. Z kolei ludzi z SPD łączy z Rosją sentyment ideologiczny.

Chwileczkę. Pan uważa, że należy Ukrainę ciągnąć na Zachód?

Oczywiście.

Ale SPD jest po stronie Putina?

Tak.

I pan mimo to głosuje na SPD?

(Śmiech). Niestety. Żyjemy w świecie paradoksów, kalkulacji i mniejszego zła. W wyborach europejskich głosuję na SPD, żeby dać większą siłę europejskiej lewicy. Ale w wyborach krajowych oddaję głos Zielonym. Nie ma alternatywy.

Od lat pisze pan też o Gazpromie. Czy unia energetyczna Zachodu omijająca Rosję jest możliwa?

W długiej perspektywie tak. Ale przez najbliższe lata zależność Polski, Niemiec i innych krajów od Gazpromu nie zniknie. Najgorsze, że w Niemczech nie ma politycznej woli, by się uniezależnić, bo nasi biznesmeni robią z Gazpromem świetne interesy. Niemieckie firmy mają udziały w wielu rosyjskich gigantach energetycznych. Prawa człowieka czy międzynarodowe, które łamie Rosja, ich nie interesują. Budowanie unii energetycznej jest wbrew ich interesom. Potrzebna jest presja z zewnątrz, choćby z USA. Ludzie, którzy dziś są z Rosją, muszą dostać szansę zarabiania gdzie indziej.

Jaki wpływ na Unię ma kryzys ukraiński?

Dużo mniejszy, niż się sądzi. Między krajami Unii zawsze były i będą różnice. Spór o politykę względem Rosji jest jednym z wielu. Unia nie jest i nie będzie jednolita. Proszę porównać choćby Polskę i Niemcy – macie z Rosją inną historię, w waszych relacjach z Moskwą naturalnie pojawia się element strachu. U nas tego nie ma. Największym osiągnięciem Unii jest to, że nie ma wojny. Mamy wojnę społeczną, klasową, zaczyna się też rozkręcać wojna ideologiczna, która również jest bardzo niebezpieczna. Ale nie zabijamy się nawzajem. To w historii Europy ogromny postęp.

Niektórzy twierdzą, że UE przetrwa jedynie do roku 2020, kiedy skończy się budżet hojny dla słabszych.

Nie zgadzam się. Unia nie zostanie zniszczona. Większość Europejczyków rozumie, że potrzebujemy wspólnoty. Ekstrema proponuje powrót do XX w. To jest po prostu niemożliwe.

Czyli jednak jest pan optymistą.

Dziennikarz musi być optymistą. Nie jestem od tego, żeby załamywać ręce, tylko od tego, żeby obserwować i opisywać. Więc opisuję korupcję, wynaturzenia, zagrożenia. Jednak recept na wyjście z kryzysu nie mam. Ich wymyślanie nie jest moją rolą. ■

* Jürgen Roth, ur. 1945, dziennikarz śledczy i publicysta. Autor programów telewizyjnych i kilkudziesięciu książek, w tym bestsellerowych „Mafialand Deutschland” (2009), „Gazprom - groźne imperium” i ostatniej „Cichy pucz” (2014) - o zakulisowych grach unijnych elit.

Okładka tygodnika WPROST: 22/2014
Więcej możesz przeczytać w 22/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0