Dziedzice na swoim

Dziedzice na swoim

Zamiast opalać się w blasku fortuny rodziców, sami wolą pracować na swój sukces. Poznajcie dzieci najbogatszych Polaków, którzy zrezygnowali z ich majątku.

Chcę stworzyć nowego Starbucksa. Jeżeli mi się to uda, na pewno nie wrócę do rodzinnego biznesu – deklaruje Jan Olszewski, syn polskich milionerów Solange i Krzysztofa Olszewskich, właścicieli producenta autobusów Solaris. Dwa lata temu przy wigilijnym stole Olszewski junior powiedział im dość. Rzucił pracę w rodzinnym biznesie, wyjechał do Berlina i z własnych pieniędzy otworzył pierwszą kawiarnię ze zdrową żywnością. Za miesiąc otwiera kolejną. Marzy mu się jeszcze kilka, a potem najlepiej cała sieć knajp, gdzie można zjeść tanio, szybko i zdrowo. Nie przez przypadek jego pierwszy lokal sąsiaduje z McDonaldem. – Widzę jak ludzie, którzy kiedyś chodzili tam na hamburgery, dzisiaj wolą zjeść u mnie lekką sałatkę albo mrożony jogurt z owocami – opowiada młody Olszewski. Rodzice pogodzili się z jego rozstaniem. – Ciągle mają nadzieję, że kiedyś jednak wrócę do Polski, ale niczego im nie obiecuję – mówi. Takich jak on są w Polsce tysiące.

Według majowego raportu firmy badawczej KPMG zaledwie 6,3 proc. dzieci właścicieli firm rodzinnych jest zainteresowanych przejęciem biznesu rodziców. Co z resztą? Jedni zamiast przychodzić na gotowe, wolą osiągnąć coś na własną rękę. Inni boją się, że nie doczekają tego magicznego momentu, kiedy ojciec albo matka będą gotowi oddać im stery w firmie. Są też i tacy, którzy próbowali dopchać się do fotela prezesa, ale rodzic był do niego tak mocno przyspawany, że mimo pełnej gotowości dziecka, władzy nie oddał. Chciał kontrolować biznes do grobowej deski.

Koronka zamiast korony

Maria Voelkel nigdy nie zabiegała o to, żeby wepchać się do rodzinnej firmy. Piotr Voelkel, producent mebli VOX z Poznania chciał więc zrobić to za nią jeszcze kiedy była w liceum. Zaproponował córce, żeby wybrała się na Akademię Rolniczą w Poznaniu. Kierunek też zasugerował: technologia drewna. W końcu związany z rodzinnym biznesem na meblach. – Żeby się tam dostać, w klasie maturalnej brałam pięć razy w tygodniu korepetycje z matematyki. Kiedy wreszcie trafiłam na te studia, wytrzymałam zaledwie pół roku. Zrezygnowałam po sesji zimowej i zaczęłam się przygotowywać na Akademię Sztuk Pięknych. Studia tam zawsze były moim marzeniem. Rodzice to uszanowali – mówi. Jej ojciec na własnej skórze przekonał się wtedy o tym, co wiedział od dawna. Jego córka ma artystyczną duszę. Nie usiedziałaby za biurkiem nawet paru godzin dziennie. Nie potrafiłaby kierować sztabem ludzi. Jak sama mówi, kiepsko pracuje jej się też w grupie. Ojciec odpuścił sobie na dobre. Kiedy przygotowywał do rodzinnej sukcesji swojego syna, córka była kilkaset kilometrów od Poznania.

Na kilka tygodni wyjechała do Bobowej, małej wioski obok Nowego Sącza, gdzie uczyła się koronki klockowej, zapomnianej już odmiany rękodzielnictwa. – Mieszkałam ze starowinką, która jako jedna z niewielu osób w Polsce pamiętała jeszcze tę technikę. Siedziałam z nią w domku, jadłam z nią, mieszkałam, pracowałam. Spotkałam ją kilka lat temu na targach artystycznych w Poznaniu.

Kiedy do niej podeszłam i poprosiłam, żeby nauczyła mnie koronkarstwa, babunia nie dowierzała, że młoda kobieta może mieć takie marzenia – opowiada Maria Voelkel. Dzisiaj, namaszczona przez koronkarki z Południa Polski, przekazuje swoją wiedzę studentom w pierwszej polskiej szkole designu – poznańskiej School of Form. Prowadzi zajęcia z koronki artystycznej.

Następcy uciekają

Jan Olszewski próbował swoich sił w rodzinnej firmie. Po studiach trafił do działu audytu Solarisa. Miał sprawdzać, czy przypadkiem przez czyjeś ręce nie uciekają pieniądze. Kilka miesięcy pracy i już zaliczył pierwszy sukces. Przyłapał handlowca na tym, że zamawia części przez berlińskiego pośrednika, zamiast kupować je bezpośrednio u producenta. Po wykryciu afery, pieniądze przestały przepływać przez Berlin, a Olszewscy za części płacili już o jedną trzecią mniej.

Młodemu Olszewskiemu sukces nie smakował jednak tak bardzo. Wiedział, że i tak najbardziej skorzystają na nim rodzice – właściciele firmy. Po sześciu latach pracy w Solarisie odszedł. Razem z żoną spakowali walizki i wyjechali do Berlina. Tam najpierw założyli sklep z muesli, a potem przekształcili go w knajpkę ze zdrową żywnością. Zainwestowali oszczędności życia – ok. 150 tys. euro. Dla porównania rodzinne fabryki autobusów są wyceniane na miliard złotych.

Tomasz Gudzowaty nie chciał przejąć biznesów po zmarłym w zeszłym roku ojcu, które były warte jeszcze kilka razy tyle. Ojcowskie interesy (producent wódek Akwawit, wytwarzająca paliwowe biokomponenty Wratislavia czy 4-proc. udział w zarządzającym rurociągiem jamalskim EuroPolGazie) prowadzi wynajęty menadżer. Syn Gudzowatego, uznany polski fotografik i kilkukrotny laureat międzynarodowych nagród World Press Photo, woli jeździć po świecie i robić zdjęcia. Córka Zbigniewa Jakubasa, właścicie­la Mennicy Polskiej i producenta pociągów Newag, od zarządzania majątkiem ojca woli śpiew. To utalentowana sopranistka, absolwentka prestiżowego Royal College of Music w Londynie. Uczyła się też w Nowym Jorku. Parę lat temu do koncertowego duetu zaprosił ją słynny niewidomy tenor Andrea Bocelli, znalazła się też wśród wykonawców Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju. – Podjąłem ryzyko, żeby zaśpiewała, bo na każdy festiwal zapraszam młodych wykonawców. Wyszła na estradę i po raz pierwszy w życiu śpiewała z orkiestrą symfoniczną, co jest bardzo stresujące. Zaśpiewała pięknym głosem, z wielką muzykalnością. Jest niezwykle skromną osobą, szalenie utalentowaną. Przepowiadam jej piękną przyszłość artystyczną – mówił o tym występie Bogusław Kaczyński. Poza tym córka Jakubasa zadebiutowała również w kilku polskich serialach i komediach.

Aleksander Krauze zamiast pomagać ojcu w ratowaniu topniejącego majątku, postawił na sport. 25-latek jest koszykarzem Startu Gdynia. Rok temu nabawił się jednak poważnej kontuzji i rozegrał w sezonie tylko jeden mecz. Jego siostra Monika jeszcze parę lat temu też profesjonalnie trenowała. Była zawodową tenisistką, niestety bez spektakularnych sukcesów. Na kortach zarobiła kilkanaście tysięcy dolarów, a jej najwyższa lokata w rankingu WTA to 716 miejsce. Dlaczego córka Jakubasa, młody Olszewski, dzieci Krauzego czy córka Voelkela juniora odcięli się od rodzinnych biznesów? Mogliby przecież nic nie robić i leżeć w cieniu fortuny rodziców. Albo powoli przymierzać się do fotela prezesa.

Granie na czekanie

– Szybciej mogliby się zestarzeć niż go doczekać. Rodzice są po prostu dłużej aktywni niż w poprzednich pokoleniach. Jeżeli dziecko najbogatszych ma poczucie własnej wartości, to nie będzie całe życie liczyć na to, że rodzice w końcu mu coś zostawią.Woli rozwinąć skrzydła samemu i zrobić coś na własną rękę – tłumaczy Tomasz Budziak, doradca biznesowy, autor książki ,,Sukcesja w rodzinie biznesowej”. Dzieci mogą bać się syndromu księcia Karola. To obecnie najstarszy dziedzic w historii brytyjskiej monarchii. Jego matka w kwietniu skończyła 88 lat i jest w dobrej kondycji. Syn się starzeje, czekając na swoje przeznaczenie bez większego pożytku.

– Większość firm rodzinnych założonych w latach 90. cechuje bezpośredni styl zarządzania. Właściciele uważają się – często jak najbardziej słusznie – za ojców sukcesu i ciężko im żyć z myślą, że kiedyś będą musieli oddać władzę nad firmą. Nawet kiedy włączają do swojej firmy dzieci, to i tak najczęściej zostawiają sobie ostatnie słowo. Dla dzieci to frustrująca sytuacja, więc często przysłowiowo„obracają się na pięcie” i idą we własnym kierunku – dodaje Piotr Grauer, dyrektor w KPMG w Polsce. Tak było w przypadku Theo Schöllera, kiedyś jednego z największych producentów lodów w Europie. Swoją firmę prowadził do grobowej deski, mimo że jego synowie rwali się do rodzinnego biznesu.

Ojciec nie ufał im jednak do tego stopnia, że przed śmiercią sprzedał biznes Szwajcarom z Nestlé. Michael Bloomberg i Warren Buffet już dawno temu zapowiedzieli, że nie oddadzą swojej fortuny dzieciom. Ten ostatni ogłosił, że 99 proc. swojego majątku rozda na cele charytatywne jeszcze za życia. Dzieciom zostawi taką sumę, żeby nie miały poczucia, że już niczego w życiu nie muszą robić.

Sukcesja albo śmierć

Zdaniem Grauera najgorsze co można zrobić, to na siłę oddawać rodzinną firmę w ręce dzieci, które albo nie są na to przygotowane, albo zupełnie tego nie chcą. Znany jest przypadek kieleckiego przedsiębiorcy, który przekazał swoje przedsiębiorstwo synowi. Dziecku wystarczył rok, żeby doprowadzić biznes do ruiny, a rodzicielski majątek przehulać. Kiedy pod koniec 2012 r. firma ogłaszała bankructwo, ojciec nie wytrzymał i się powiesił. – Połowa sukcesu to odpowiednia rozmowa i przygotowanie do sukcesji, które może trwać nawet kilka lat. Przekazanie firmy nie dzieje się z dnia na dzień. Niestety w większości firm rodzinnych w Polsce takiej rozmowy czasem w ogóle nie ma – mówi Grauer z KPMG.

Dlatego zdaniem Budziaka dzieciom, które nie poszły w ślady rodziców-prezesów należy dziękować. – Nie należy ich traktować jako wyrodnych córek czy synów, które zrobiły na złość rodzicom i ostentacyjnie zostawili ich na lodzie. Swoją decyzją pokazały, że są bardziej odpowiedzialne i mimo rodzicielskich ambicji o mianowaniu dziecka swoim następcą, zdecydowały się odciąć od rodzinnej firmy dla jej dobra. Nie kontynuują dzieła rodziców, żeby nie narażać przedsiębiorstwa na szwank – mówi ekspert. Jan Olszewski szykuje się do otwarcia kolejnego lokalu w berlińskim Steglitz. Maria Voelkel bardziej niż o jakiejkolwiek pracy myśli o kolejnym dziecku. W przyszłym roku chce sobie wziąć urlop macierzyński. Tomasz Gudzowaty miesiąc temu zebrał kolejne dwie statuetki Grand Press Photo. Jedną za fotoreportaż opowiadający o festiwalu Naghol na wyspie Pentecost, gdzie narodziły się skoki na bungee. Drugą za serie zdjęć z miasta Tacloban na Filipinach, które w zeszłym roku nawiedził tajfun.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2014
Więcej możesz przeczytać w 23/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także