Ryzykantka i chuligan

Ryzykantka i chuligan

Duchem jestem młoda, trochę szalona – mówi STANISŁAWA CELIŃSKA. Po premierze filmu „Nowa Warszawa” aktorka opowiada „Wprost”, jak nadrabia stracony czas.

Strasznie dużo ostatnio pani bierze na siebie.

Tak jest w życiu: ma się wszystko albo nic. Dziura, a zaraz lawina możliwości, którym trzeba sprostać. A ja, jak już się na coś decyduję, robię to dokładnie. Krzyś Warlikowski zawsze do mnie mówi: „Stasia, ja wiem, że ty nigdy nie odpuścisz”. I tak jest. Jemu też nie odpuszczam. W imię prawdy w sztuce.

Zagrała pani w serialu „Bez tajemnic”, ale też nagrała płytę „Nowa Warszawa”, śpiewa piosenki Osieckiej w Teatrze Ateneum i niemal co tydzień daje recital. Muzyka jest dla pani ważna?

Jasne, rozmawia pan z córką pianisty i skrzypaczki. Kiedy wróciłam do pracy po życiowym upadku, miałam w sobie wrzask. Chciałam nadrobić stracony czas, wykrzyczeć, że znowu tu jestem. Pamięta pan „Uśmiechnij się”, „Song sprzątaczki”? Na scenie byłam groźna i głośna. Dzisiaj mogę się już wyciszyć. Szukać różnych sposobów wyrazu. Nagrywam kolejną płytę z kompozytorem Maciejem Muraszką. Genialne teksty napisał Wojtek Młynarski, zaprosiłam też do projektu Muńka Staszczyka, Marka Dyjaka, Kasię Nosowską. Czuję, że powstanie coś ładnego.

W filmie Bartosza Konopki „Nowa Warszawa” śpiewa pani i opowiada o swoim mieście. Lubi je pani?

Okazało się, że kocham. Żartuję, że Warszawa jest mi bliska, bo tak jak ja podniosła się z ruiny. Ostatnio trochę zapomniałam o tej miłości. Z wiekiem ciągnie mnie życie wiejskie, zwierzęta, przyroda. Ale kiedy nagle zaczęłam grzebać się w tych tekstach, wróciły wspomnienia. Nie wyobrażam sobie życia gdzieś indziej, potrzebuję się w tej stolicy schować, wtopić w tłum. Kiedy raz próbowałam zamienić Warszawę na Poznań, wytrzymałam rok. Tęskniłam. Za miastem, grobami rodziców, miejscami z dzieciństwa.

Urodziła się pani na Pradze, sama siebie nazywa pani dziewczyną ze Stalowej. Jaka ona jest?

Dziewczyna ze Stalowej jest ze stali. To taka dziewczyna, której nikt nie podskoczy. A jak podskoczy, może oberwać. Do dzisiaj w prawobrzeżnej Warszawie żyją inni ludzie niż w centrum. Swojscy. Dwa lata temu na pięć miesięcy przeprowadziłam się tam, na Waszyngtona. „No to teraz mamy panią u siebie” – powiedziała do mnie kobieta w windzie. Tam przeniósł się bal na Gnojnej. I ciągle trwa.

Dorastała pani w biedzie. Ale wśród muzyki.

Nędza była straszna, panował głód. A nagle matce przytrafiła się ciąża. Po porodzie grała na skrzypcach na ulicach, ludzie coś rzucali. Maczała skórki w oliwie, żeby oszukać łaknienie. Na okrągło jadłam płatki owsiane, później nie mogłam ich tknąć do 18. roku życia. W domu był alkohol. Sfrustrowani po wojnie ludzie, artystowskie środowisko na Pradze. W tym trudnym świecie brakowało miejsca dla dziecka. I tylko ojciec czasami „grał” ze mną na fortepianie. Pokochałam te biało- -czarne klawisze, do dzisiaj muszę mieć w domu instrument. Poznawałam w radiu utwory Chopina, bo wcześniej słyszałam je w wykonaniu taty. A miałam ledwie trzy lata. Muzyka sprawiała mi radość. I kot. Czarny kot, z którym się bawiłam na podwórku. Odrywało mnie to od rzeczywistości, widoków ruin. Prawie ich nie pamiętam. Ale one zostały we mnie.

Czego to dzieciństwo panią nauczyło?

Pokory. Wiem, że wszystko można w sekundę stracić. Nie żałuję, jak coś mi zginie, łatwo mi przychodzi się z tym pogodzić. Ale też dźwigam trudny bagaż: braku miłości. Mama nie miała czasu, żeby się mną zajmować. Ojciec był chory, nie nacieszyłam się nim zbyt długo. Kiedy umarł, chciałam iść na pogrzeb, jednak mama się bała, że urządzę histerię. A ja wtedy rozumiałam więcej, niż się innym wydawało. Może nawet więcej niż teraz.

Po śmierci ojca zajęła się panią babcią.

Wtedy skończyła się Stalowa w moim życiu. Babcia zaprowadziła mnie do miejsc, do których nikt inny nie chciał mnie zabrać: do kościoła, do fotografa. Zaczęła ze mną rozmawiać, interesować się, nie traktowała mnie jak dzikiego zwierzątka, które pęta się pod nogami.

Warszawa też nabrała dla pani jaśniejszych barw?

Strasznie pokochałam Łazienki. Z przyjaciółką zbiegałyśmy parkową aleją z krzykiem, a nasze głosy odbijały się od drzew. Po kryjomu wdzierałyśmy się do teatru Na Wodzie. Ona siedziała na widowni, ja na scenie mówiłam wiersze. Nie mam teraz czasu chodzić po tym parku, ale chcę, żeby był blisko. Taki mam już charakter, lubię mieć to, co kocham, na wyciągnięcie ręki. No i ogród botaniczny. Kiedy była wiosna, zieleniły się rośliny, zaczynał kwitnąć bez. Biegło się do ogrodu podziwiać całą tę florę.

A skąd się wziął w pani życiu teatr?

Z kościoła. Wszyscy mówili, że go rozniosę na nice, że będę się darła i szalała. Usłyszałam to i ambitnie, jak na złość, postanowiłam zachować się dobrze. Wdrapałam się na schodki, które prowadziły do ambony, zobaczyłam całe misterium i zamilkłam zafascynowana. Zawsze byłam wrażliwa na piękno. Nie muszę mieszkać w muzeum, ale muszę mieć w domu kilka ładnych przedmiotów i ładny widok za oknem. To jest mój pokarm. Przez jakiś czas mieszkałam na Stegnach. Jedyne drzewo trafił piorun, otaczał mnie beton. Wsiadałam w autobus jadący na Starówkę, żeby na coś ładnego popatrzeć.

Dla niespokojnej dziewczyny z trudnym bagażem szkoła teatralna musiała być próbą?

Na początku było ciężko. Nie umiałam się opanować. Szalałam. Był taki kolega, później go wyrzucili. Chodziliśmy po Krakowskim Przedmieściu, rozrabialiśmy. Byliśmy rozbuchani. Czasy rock and rolla to była fajna epoka. Tańczyło się w szerokiej spódnicy ze sztywną, „szklaną” halką – na Bielanach albo na płycie czerniakowskiej, niedaleko Wisły. Wisiały lampiony, orkiestra grała na żywo. No i prywatki były: kameralne, fajne. Ale w szkole pierwszy rok miałam przechlapany, prawie wyleciałam. Myśleli, że mi nie zależy. A przecież teatr był dla mnie wszystkim.

Zaraz los się odwrócił.

Ogarnęłam się. Stałam się przyzwoitą Stasią prymuską, później trafiłam do Współczesnego. Erwinowi Axerowi podszepnęła mnie profesor Mieczyńska. A on zobaczył, jak tańczę zorbę, i mu się spodobało. Cholera, to było 45 lat temu, jak podpisałam umowę. A po drodze wygrałam Opole. Zaczęły się propozycje, miałam nagrywać płytę. I zobaczył mnie asystent Wajdy, kiedy szukali aktorki do „Krajobrazu po bitwie”.

Axer, Hubner, Wajda, Łomnicki. Kiedy poczuła się pani częścią tego świata?

Nigdy. I chyba nigdy już nie poczuję się częścią żadnego środowiska. Ja jestem samotnikiem. Wymienia pan wspaniałych ludzi, których kochałam i kocham. Ale muszę być sama, żeby coś zrobić. Może to też trauma dzieciństwa – z domu zapamiętałam tłum ludzi, artystowskie rozmowy, alkohol. Nie sądziłam, że sama w to wpadnę. Ironia losu, nie?

Sukces przyszedł zbyt szybko?

Tak. Bo ja jestem powolna, zodiakalny Byk, który systematycznie orze ziemię. Byłam przygotowana na długą drogę. Że wyjadę na prowincję, będę się uczyć rzemiosła. Tymczasem nagle posypała się na mnie lawina propozycji, obłęd. Listy od różnych facetów, czerwonym atramentem pisane oferty seksualne. Babcia z mamą wariowały, bo telefon ciągle dzwonił. Nie udźwignęłam tego. Może za dużo chciałam? Jednocześnie mąż, dzieci, próbowałam być we wszystkim najlepsza. A żeby coś w życiu zrobić, z czegoś innego trzeba zrezygnować. Ja nie umiałam dokonać wyboru. I skończyłam na dnie.

Co to znaczy być na dnie?

Mówić co innego, niż się robi. Człowiek, który pije i ma świadomość, że to groźne, chce przestać. Ale nie może. Mówi, że przestanie i znowu sięga po kieliszek. Tak zaczyna się pętla. To jest to słynne „w każdej chwili mogę przestać”. Ale „bestia” jest silniejsza. Mnie w ogóle, wbrew pozorom, alkohol nie „wchodził”, nie lubiłam stanu dzień po, kace były straszne. Jakbym była uczulona. A wtedy dokoła mówili: „Klin klinem. Nie napijesz się?”. No to piłam, równo, fajnie, aż się wkręciłam.

Jak pani wtedy żyła?

Mieszkałam na Mokotowie w szarej Warszawie lat 80. Ale Puławska była moja. I wszystkie bary po drodze. Zatraciłam siebie. Alkoholik nie chce być sam, szuka towarzystwa, żeby się napić. Przestaje się lubić, zawala coraz więcej rzeczy. Straciłam radość z aktorstwa, odbywałam premiery głównie dla bankietów. Niepewność, pokora, kompleksy z dzieciństwa, temperament, dusza rosyjsko-hiszpańsko-cygańska, to wszystko podlane alkoholem. Masakra, bomba atomowa.

Widziała pani „Pod mocnym aniołem” Smarzowskiego?

Jeszcze nie. Natomiast jeśli ktoś ma problem z alkoholem, musi zobaczyć, z czym ten nałóg się wiąże. Najgorszy jest zespół abstynencyjny. Jak już człowiek chce przestać i czuje się, jakby mu wsadzali rozpalone żelazo do środka. Jakby kręgosłup był rozżarzonym węglem. Ból nie do wytrzymania. Jak się wypije pięćdziesiątkę, mija na dwie godziny. I wraca, więc trzeba się znowu napić. Tak wchodzi się w tzw. ciąg. A zdarza się gorzej. Ja tego nie miałam, ale niektórych dopadają ataki padaczki. I pije się ze strachu przed nimi. Nie mówiąc o zrujnowanym żołądku, wątrobie. To jest spustoszenie. Nałóg prowadzi do paskudnej, niepotrzebnej, przedwczesnej śmierci. Ważne, że wcześniej można się z tego podnieść.

Pani zrobiła to sama?

Wie pan, ja się pozbierałam z tego całego picia dopiero, jak telefon przestał dzwonić. Jak już ostatni farbowani przyjaciele się odwrócili. To wtedy powiedziałam: „Jeszcze wstanę, łeb podniosę”. Taki mam charakter, że jestem zażenowana, jak mnie ktoś chwali. Bo czy ja na to zasłużyłam? Nie chciałam grup AA, żadnego zaszywania się. Dwa czy trzy razy byłam wieziona na Sobieskiego [do Instytutu Psychiatrii i Neurologii – red.] na odwyk. Ale nigdy nie zostałam na leczenie. Najpierw chciałam pojechać, ale potem mówiłam „nie”. Znalazłam swój sposób. Spojrzałam w lustro, powiedziałam sobie kilka mocnych słów i zaczęłam się modlić. Odnalazłam głęboką wiarę, nie sięgnęłam po kolejne piwo. Zostało mi to odjęte. Zdarzył się cud.

Człowiek, który przeszedł przez nałóg, nie jest zawsze tykającą bombą?

Ja wiem, że już nie sięgnę po alkohol. Ale kiedy go odstawiłam, zaczęłam pracować nad charakterem. Bo chociaż zerwałam z nałogiem, wciąż byłam rozedrgana, jakbym piła. Alkoholik nie powinien być HALT: Hungry (głodny), Angry (zły), Lonely (samotny), Tired (zmęczony). Dbanie o spokój wewnętrzny jest dla mnie ważne. Także o tym jest nowa, świetna książka Karoliny Prewęckiej „Dasz radę” – rozmowa z Bohdanem Woronowiczem, w której jest też wywiad ze mną. Zawsze mówię ludziom uzależnionym: „Trzeźwość jest wspaniała”. Nie chodzi tylko o niepicie, ale o brak zaperzenia. Żeby nie stać się dewotką, która całe życie klęczy w kościele i potępia niewierzących. Albo rzucać kamieniem w niepijących. To jest trzeźwość: uspokojenie umysłu, panowanie nad emocjami. Wcześniej miotałam się od euforii do depresji. W aktorstwie to nawet bywało przydatne, bo grałam i szał, i dół, jak nikt. Ale potem trzeba się jakoś wykaraskać, a to już nie jest proste.

Dlatego tak dużo aktorów pije?

W Ameryce to jest oczywiste, że aktorów otaczają psychologowie, terapeuci. Istnieją zawody szczególnie wycieńczające: nie tylko artystyczne, także choćby medyczne. Na deskach wydatkuję olbrzymią energię. Premierę „De Profundis” na podstawie Księgi Hioba miałam w dniu pogrzebu księdza Popiełuszki. Po takim wyczynie ma się w sobie przerażającą pustkę kogoś, kto całego siebie zostawił na scenie. Czasem chudnie się w czasie spektaklu dwa kilo. Coś w człowieku umiera. A jak się wypije pięćdziesiątkę, energia wraca. Na bankietach odreagowuje się emocje. Do tego niektórzy uważają, że lepiej się gra po alkoholu.

A tak jest naprawdę?

Ja w to nie wierzę. Tylko się człowiekowi język plącze. Dzisiaj też wiem, że nie trzeba wypełniać pustki wódką. Wolę odpocząć, wziąć psy na spacer. Pomału wrócić do siebie, odzyskać energię z przyrody, z wiary.

Człowiek, który się podniósł, inaczej patrzy na życie?

Pewnie, że inaczej. Według moich obliczeń jestem prawie pana rówieśnicą, zaczęłam nowe życie 26 lat temu. Dostrzegam całe piękno świata, bo je odzyskałam. A przede wszystkim – nie boję się bólu życia. Ono jest trudne: ktoś umiera, ktoś nie kocha, ktoś choruje, ktoś napluje w twarz. I trzeba to wziąć za łeb, a nie uciekać. Nauczyć się wadzić z rzeczywistością. Dzisiaj modnym terminem jest „asertywność”. Ja mam na to swoje określenie: „Odpierdol się”. Każdy powinien nauczyć się w odpowiedniej sytuacji powiedzieć „odpierdol się”. A jeśli komuś to nie przechodzi przez usta, to trzeba zapisać sobie na kartce i jeśli zajdzie taka potrzeba, przeczytać. Ja za długo byłam człowiekiem-łatą. Dobra Stasia zawsze naginała się do innych. To się tyczy nie tylko alkoholu. Wszelkich manipulacji. Wrażliwych ludzi najłatwiej jest skrzywdzić.

Dzisiaj lubi pani siebie?

Dopiero niedawno naprawdę się polubiłam. Doszłam do wniosku: co ja z tym odchudzaniem. Tyle lat „dorabiałam” się tego ciała, żeby je teraz stracić? Zapytałam ludzi podczas recitalu: czy ja muszę chudnąć? A oni krzyczą: „Nie, nie, nie trzeba”. To będę, jaka jestem. Mam 67 lat, nie wiadomo, ile jeszcze mi zostało, postanowiłam cieszyć się życiem. Bez obżerania, bo dla mnie złoty środek jest najważniejszy. Ale, cholera, są różne drzewa w przyrodzie. Ja może należę do tych dębów i orzechów, drzewem jestem pokaźniejszym.

Lubi pani siebie oglądać na ekranie?

Taką starą już?

Pani to powiedziała.

Lubię, kiedy jestem prawdziwa. Kiedy mówię do rzeczy. Przecież ja widzę, że się zmieniłam. W „Nowej Warszawie” jest taka zbitka. Ja młoda, cudna, zwiewna, Agnieszka z „Nocy i dni”. A zaraz potem bach, ta gęba stara. Kontrast. Ale to normalne. Kiedyś dojrzały wiek był wartością. Stary człowiek umierał we własnym łóżku, żegnając się i udzielając rad, siwe włosy oznaczały mądrość i budziły respekt. Ja się w tym wychowałam. Przyjaźniłam się z prof. Aleksandrem Bardinim, szanowałam prof. Janinę Mieczyńską, dzięki której weszłam w ten zawód. Dzisiaj coraz mniej jest poważania dla dojrzałości. Ale nie wszyscy temu ulegają. Na przykład do mnie lgną młodzi.

Bo pani dużo wie o życiu?

Bo wiem jedno: że w życiu nic nie można robić na pół gwizdka. Jeśli chce się eksperymentować, to do końca. Najgorsze jest pokazywanie półdupka. Że niby się pokazuje, ale jednak nie. W „Końcu” syn mnie rozbiera do snu, to rodzaj przygotowania na śmierć. No to przecież nie zostawi mnie w biustonoszu, kobieta tak nie śpi. To ciało jest jak stare, pomarszczone drzewo. Ale w sztuce musi być prawda. A prawdą kobiety w pewnym wieku są takie piersi jak moje. Moja babcia też miała takie piersi.

Drażni panią dzisiejszy brak odwagi?

Takie „chciałabym, a się boję”? Drażni, bo – jak mówiłam – prawda wymaga prawdy. Tak samo było w „Krajobrazie po bitwie”. Babcia mówi: „Stasiuńka, ty nie możesz mieć trykotów?”. Ja mówię: „Jak to, babciu? Przecież wszystko jej ukradli. W obozie. Ona leży naga”. Ale równie mocno mierzi mnie zbyt łatwa odwaga. Babcia powiedziała innym razem: „Stasiuńka, nigdy nie pokazuj całej dupy, tylko zawsze kawałek”. Bo trzeba mieć też tajemnicę. To w niedopowiedzeniu kryje się metafizyka.

Chętnie pani pracuje z młodymi. Andrzej Wajda mówi, że otacza się młodymi, żeby samemu się nie zestarzeć.

Ja sama jestem młoda duchem, trochę szalona. Taka ryzykantka i chuligan. Potrzebuję kontry, rozmówcy. Kogoś, kto powie: „Nie, nie masz racji”. Nie można być otoczonym dworem ludzi przytakujących. Pamiętam, jak grałam w „Pannie Nikt” Andrzeja Wajdy. Na planie ci sami ludzie, co ponad 20 lat wcześniej, przy „Krajobrazie...”, tylko obrośli w piórka. Nikt nie śmiał się mistrzowi sprzeciwić. A ja w wielu scenach miałam uwagi. Na jedną z nich Andrzej powiedział: „Gdybym był młody, pewnie tak bym zrobił”. „To rób, przecież o to właśnie chodzi” – mówię. Twórcy w pewnym momencie, przy pewnej sławie i osiągnięciach, spoczywają na laurach. Bo nie ma kto im powiedzieć, że król jest nagi. Ludzie krzyczą „Piękne król ma szaty!”, a on stoi z gołym ptakiem. Mam zaprzyjaźnionego dwudziestokilkuletniego animatora kultury z Lublina – Mateusza Nowaka. W pewnym momencie, bojąc się, że się obrażę, nieśmiało zaproponował mi zmiany w „Hiobie”. A mnie się to spodobało. Chcę, żeby ktoś mi mówił: „Stasiu, mylisz się”.

A na dzisiejszą Warszawę jak pani patrzy?

Z miłością. Oglądam archiwalne zdjęcia, te kikuty, a potem widzę, jak to wszystko odbudowano. Ząbkowska taka odnowiona. Myślę sobie, jak błahe są te dzisiejsze spory. Póki nie ma wojny, jest wspaniale. A moim miejscem stał się Ursynów. Te domy i ogródki.

O czym pani dzisiaj marzy?

Córka ma problemy z kolanem, więc modlę się, żeby miała zdrową nogę. Syn jest w Irlandii, proszę, aby był szczęśliwy, odnalazł swoje miejsce w życiu. Ale o czym marzę dla siebie? Niedawno jeszcze wiedziałam. Teraz musiałabym się zastanowić.

Bo spełniły się wszystkie pani sny?

Bo odkryłam, że moje marzenia są mniejsze niż to, co dostaję w życiu. Pod koniec maja zostałam odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Trzy dni później nagrodził mnie minister kultury za ubiegły rok. Ale najważniejsza jest dla mnie akceptacja ludzi. Te chwile, kiedy widzowie podchodzą do mnie po występach, dzielą się swoimi historiami, rozmawiają. To co mi zostało? Te małe marzenia. Trochę odpocząć, pobyć z pieskami na działce. Zachować spokój.

FILM „NOWA WARSZAWA” BARTOSZA KONOPKI MIAŁ PREMIERĘ NA 54. KRAKOWSKIM FESTIWALU FILMO- WYM. W TVP 2 OBEJRZAŁO GO 500 TYS. OSÓB. TERAZ MOŻNA GO OGLĄDAĆ NA WWW.NINATEKA.PL

Okładka tygodnika WPROST: 24/2014
Więcej możesz przeczytać w 24/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także