Życie z Adamem

Życie z Adamem

Wszyscy w teatrze mieli informację o jego śmierci, schowali jednak jej telefon, żeby zagrała spektakl do końca. Życie i odchodzenie Adama Hanuszkiewicza w 90. rocznicę jego urodzin wspomina Magdalena Cwenówna, jego ostatnia żona.

Czasami ktoś dzwoni na dawny telefon męża, Magda nie odbiera. Ponad dwa lata od śmierci, a wciąż się zdarza. Dźwięk telefonu rozlega się w domu jak odgłos pukania do drzwi, już na zawsze zamkniętych. Podobno dwa tygodnie po pogrzebie Maklakiewicza przyszedł do jego mieszkania lekko napity Himilsbach. Otworzyła żona Maklakiewicza. Himilsbach zapytał: „Jest Maklak?”. „Jasiu, przecież Zygmunt nie żyje” – odpowiedziała żona. „Jak to? W dalszym ciągu?”

W promieniu latarni

Kłopot sprawiał kobietom od urodzenia. Kiedy po długim i ciężkim porodzie wreszcie się pojawił, ważył 6,5 kg, na głowie miał siwy lok, była niedziela, a on był w czepku. Pierworódka doznała szoku. Każda by doznała. Gdy ojciec przyszedł do szpitala, rzuciła w niego słoikiem z kompotem i wylądowała w sanatorium na rok. Małym Adasiem zajęła się babcia Jadzia, o której do końca swojego życia mówił jak o aniele, który siedzi na chmurce i się nim opiekuje. Być może właśnie to pierwotne odrzucenie powielał w każdym kolejnym związku, ten brak poczucia bezpieczeństwa. Może właśnie dlatego tak bardzo lubił się przytulać.

Kiedyś ukochana siostrzenica Adama zapytała Magdę, w którym roku się pobrali. Powiedziała, że nie wie, bo zazwyczaj notuje okoliczności, a nie daty. I nagle uświadomiła sobie, że Adam miał wtedy tyle lat, ile jej ojciec w chwili śmierci – 66. W małżeństwie, nawet jeśli po freudowsku szukała ojca, znalazła dziecko. Gdy urzędniczka stanu cywilnego zapytała, jakie nazwisko mają nosić dzieci urodzone w małżeństwie, Adam wyjaśnił, że Magdzie nie jest potrzebne jeszcze jedno dziecko, on w zupełności wystarczy. Na ślub kupił jedną obrączkę, dla niej, o sobie zapomniał. Na ceremonię musiał pożyczyć. Pani w Urzędzie Stanu Cywilnego w Radziejowicach podczas podpisywania papierów zapytała, która to żona. Adam powiedział, że czwarta i ostatnia, na co pani urzędnik: „Ależ, panie Adamie, nie ograniczajmy łaskawości boskiej”. I dodała, cała uśmiechnięta: „Ależ panie Adamie!”. Magda widziała te wszystkie kobiece oczy wpatrzone w męża. Ciągle słyszała: „Panie Adamie, z przyjemnością”, „Ależ oczywiście, panie Adamie”, „Jak pan sobie życzy”.

Był jak latarnia morska, a w promieniu latarni można być raz na jakiś czas, potem znika się na długo. Gdy skupiał się na kimś, istniała tylko ta osoba, ale za sekundę już jej nie było. Pozostawało czekanie na swoją okazję, swój promień z latarni. Dotrzeć do niego przez czas ciemności było niezwykle trudne lub niemożliwe. Ale te chwile przychodziły. Powroty do domu z pracy, kiedy czekał na nią nakryty stół i przygotowana kolacja. Szczotkował jej włosy z wielką czułością. Rzadko mówił, że kocha. Nadrabiał to przywiązaniem, właśnie tak jak wtedy, gdy siadała w fotelu, a on stawał za nią i szczotkował jej włosy. Mówienie o miłości było na dalekim planie, a zazwyczaj poza. Rzadko kupował kwiaty. Gdy to robił, nigdy z powodu okazji. Tylko wtedy, gdy miał ochotę. To były najprawdziwsze kwiaty na świecie, nie powodowane datą, ale tym, co się w nim działo. Zachcianką, pragnieniem, tęsknotą, wyrzutami sumienia, potrzebą, winą, miłością.

Nie można było na niego naciskać, bo wtedy robił coś zupełnie innego. Zwykle to on odchodził od kobiet. Dwie poprzednie żony, tak samo jak Magda, były spod znaku Byka, wszystkie miały 164 cm wzrostu, wszystkie urodzone w jednej dekadzie i wszystkie były aktorkami. Rysiówna, Kucówna i Cwenówna. Wybierał przeciwniczki i pomocnice, takie, które dbały o codzienność. Był wcieloną wolnością. Zaciskał mocno pięść i mówił, że można go tak ścisnąć, tak zgnieść, a on i tak pozostanie wolny. Nie można go było złapać, zawsze uciekał. A jak ktoś ucieka, to się go goni. Odchodził, zostawiał, otrzepywał się jak pies. Szedł do przodu, nie oglądał się. Nigdy nie mówił o nikim źle, nawet o najgorszych wrogach. Kiedy się buntowała, mówił: „Odpuść, to ich bieda”. Bo on odpuszczał. To, co złe, i to, co dobre. Zdarzenia i ludzi odpuszczał.

Istniał w syntezie. Ona skupiona na analizie, rozbieraniu świata na drobne części. A on patrzył na zjawisko i widział całość. Widział człowieka, nie widział wątroby, ręki. Serca czasami nie widział. Wiecznie niecierpliwy. Kochał opowieści, ale nudziły go detale, boczne drogi. Nie znosił zajmować się szczegółami. Poprosiła kiedyś, by kupił dwa dywany, mały zielony do pracowni, a do salonu duży beżowy. Dała mu dwa wymiary. Przyjechał transport, wypakowali dwa dywany, duży zielony i mały beżowy. Powiedziała, że jest odwrotnie, na co on, że ma zajęcia, że musi już wychodzić. Na do widzenia zapytał, czy widziała go kiedyś obok siebie w kłopotliwych sytuacjach. I zamknął drzwi uśmiechnięty.

Koszula na poniedziałek

Nie zna nikogo, kto pracował tak intensywnie jak Adam. Na siedząco, na stojąco, na leżąco, w biegu. Lata temu, gdy w leżącej pozycji spędzał kolejną godzinę na kanapie, podszedł do niego Piotrek, jego syn, i poprosił, by się z nim pobawił. Adam odpowiedział, że nie może, bo pracuje. „Jak się pracuje, to się bierze teczkę i wychodzi do pracy” – wyjaśnił mu Piotrek. A on faktycznie pracował, w każdej chwili, z tyłu głowy włączony był tryb: teatr. Czasami budził się rano szczęśliwy: „Znalazłem rozwiązanie!”.

Tam, gdzie był Adam, zawsze był bałagan. Wszystko było w stertach i tylko on wiedział, gdzie znajduje się to, czego potrzebował. Gdy przygotowywał adaptację, montował egzemplarz nowej sztuki, wokół niego walały się tony kartek, klej, flamastry, nożyczki, taśmy klejące. W powodzi papierów tonęły okulary, stosy książek, pootwieranych, których nie wolno było zamknąć. Wszędzie, gdzie usiadł, nie tylko w pracowni, robił bałagan. Jakikolwiek stół okupował, zawsze okazywał się zbyt mały. Podłoga, szafki, biblioteczki, regały – wszystko było zajęte. Nauczyła się robić labirynty, by można było przejść, bo o porządku w trakcie pracy nie było mowy. Stół w jadalni też był zajęty. „Nic mi nie ruszaj, nie dotykaj” – powtarzał. I teraz tego bałaganu brakuje, tego ruchu, bo z bałaganu wynikały cuda, a porządek pozostaje nudny i bezpłodny. Kicz od sztuki oddziela cienka granica. To jak spacer po ostrzu noża. Wystarczy lekko zboczyć z kursu, by spektakl zmienił się w nic. „Mnie się myśli, mnie się zdarza” – powtarzał. Kiedyś podczas dyskusji Zofia Rysiówna powiedziała w złości: „Przecież człowiek ma wpływ na swoje myślenie!”.

„Otóż nie! Nie ja myślę, mnie się myśli! Bo myślenie nie zależy od woli” – odpowiedział wtedy. Na premierze „Balladyny” ze słynnymi hondami zmroziło go. „Cóż za bezczelny facet to zrobił?!” – powiedział jak widz. W procesie tworzenia był pozbawiony dystansu. Miał jeden przesąd: w poniedziałek nie mógł założyć czystej, świeżej koszuli. O godzinie 23.50 w niedzielę zakładał „poniedziałkową”, zapinał, rozpinał, i ona już była noszona. Pilnował tego jak oka w głowie, do samego końca. Trzy razy w życiu, kiedy w poniedziałek założył nienoszoną koszulę, wszystko mu się zawaliło. Raz ledwo uniknął śmierci podczas wypadku samochodowego. Auto poszło do kasacji, a on zaczął od tego czasu utykać na nogę. Drugi raz był wtedy, gdy dowiedział się z telewizji, że nie jest już dyrektorem Teatru Narodowego. A za trzecim razem Teatr Narodowy się spalił. Odtąd mógł zapomnieć zjeść kolację, ale o koszuli na poniedziałek nigdy.

Rozmowy ze śmiercią

– Czekanie na śmierć trwa znacznie dłużej niż życie – powtarzał. Czasami, jak wyjeżdżała do pracy albo wychodziła do teatru, przygotowywała coś do jedzenia, wystarczyło tylko podgrzać. Wracała, a jedzenie było nietknięte. Mówił, że robienie sobie jedzenia to „autohodowla”. Umierał kilka lat, między stratą teatru a śmiercią. Wykonał wtedy pracę, emocjonalną i intelektualną, oglądał swoje niedociągnięcia. Wielogodzinne rachunki sumienia. Ostatnie lata, miesiące, tygodnie poświęcił na wartościowanie. Wszystko, na co nie miał czasu w trakcie życia, wróciło przed śmiercią. Odchodząc, co kilka minut wołał „Magda”, sprawdzał, czy jest. Dzień z nocą mu się myliły, tak jak rzeczywistość ze snem. Zaczęła bać się ciszy, była jak pies na wycieraczce. Tania ze Lwowa zjawiła się, kiedy była im naprawdę potrzebna. Na początku sprzątała, aż w końcu z nimi zamieszkała, pomagała. W przeciwieństwie do innych kompletnie się go nie bała, traktowała jak równego sobie. Bardzo się lubili. Tania była świadkiem Jehowy. Czasami musiał jej ustąpić, co było ewidentnym wyczynem. Magda lubiła słuchać, zachwycona, jak intelektualne wywody Adama kruszą się pod wpływem prostych argumentów Tani. Gdy Tani zepsuła się szczęka, a on wyzywał ją od bezzębnych, powiedziała mu, że pożyczy sobie jego protezę.

Wygłupiali się. W szpitalu, kilka chwil przed śmiercią, zapytała: „Pan Adam, pan Adam, kto ja jestem?”. „Ty jesteś mój anioł” – odpowiedział. „Dobra, dobra, kto ja jestem?” – dopytała. „Głupia Tańka” – powiedział z miłością. Wyjechały ze szpitala o 12. Tania do pracy, ona grać spektakl. W teatrze okazało się, że nie może znaleźć swojego telefonu, potrzebowała go, by mieć kontakt z Tanią i sąsiadami. Zaczęła szukać coraz bardziej nerwowo. Zbiegła do inspicjentki z prośbą, by zapytała przez interkom, czy ktoś nie znalazł telefonu. Sprawdziła garderoby, szukała na stołach, po szlafrokach. Bez skutku. Zagrała spektakl. Rozbierała się, biegnąc po schodach ze sceny, by szybciej się przebrać i pojechać do szpitala. Wpadła do garderoby, w której już siedział Andrzej, przyjaciel domu. „Co tutaj robisz?” – zapytała. „A jak myślisz?” Wszyscy w zespole już mieli informację o śmierci Adama i zabrali jej telefon, schowali w odległej garderobie, przykryli kocami. Żeby nie słyszała, jak dzwoni, żeby nie mogła go znaleźć, żeby mogła zagrać do końca spektakl. Wiedziała, że to się musi skończyć, ale nie była gotowa. Na to nikt nie jest gotowy. Po jego pogrzebie znalazła białą chusteczkę higieniczną, a na niej napisane: „Zdziwienie. Ciekawość. Pytanie”. To jakby credo jego życia. Dziwił się jak dziecko, przytulał się jak dziecko, był ciekawy jak dziecko, był okrutny jak dziecko i ufny jak dziecko. A do dziecka dorasta się długo, do końca życia. Jeśli się ma szczęście. ■

Okładka tygodnika WPROST: 25/2014
Więcej możesz przeczytać w 25/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0