Jednym głosem

Jednym głosem

Napaść agentów ABW na „Wprost” spowodowała protesty niemal całego środowiska dziennikarskiego w Polsce. Jeszcze nigdy po 1989 r. nie mieliśmy w kraju do czynienia z tak olbrzymią solidarnością mediów.

Akcja kompromitacja

Taka sytuacja wydarzyła się pierwszy raz od 1989 roku. Całe środowisko dziennikarskie jest przeciwko panu, panie premierze.

Monika Olejnik, DZIENNIKARKA TVN 24 I RADIA ZET

Sądziłam, że pan premier powie, że minister Sienkiewicz przestaje być ministrem. Przyznam, że jestem zaskoczona. Środowa sytuacja była kompromitująca. Kompromitujące jest dla wszystkich to, że człowiek, który jest świadkiem we własnej sprawie, a wczoraj był przesłuchany przez prokuraturę, prowadzi śledztwo we własnej sprawie. Człowiek, który prowadził rozmowy w stylu mafijnym z prezesem Belką, nadal pozostaje ministrem.

Dziennikarz nie ma obowiązku wydawania materiałów prokuraturze. Dziennikarz ma obowiązek chronić swojego informatora. A Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie powinna używać siły w wolnym państwie. Nie znam państwa demokratycznego, gdzie do redakcji siłowo wchodziłoby ABW i prokuratura. To się pierwszy raz wydarzyło od 1989 roku i całe środowisko dziennikarskie jest przeciwko panu, panie premierze. Przykro mi. (wypowiedź z konferencji prasowej Donalda Tuska) ■

Wygrana mediów

Policjanci, agenci ABW i prokuratorzy tak naprawdę zostali przepędzeni z redakcji „Wprost”. To olbrzymia wygrana mediów!

Paweł Wroński, „Gazeta WyborCZa”

Nie jestem admiratorem tygodnika „Wprost”, ale w tej sytuacji trudno, bym nie był po waszej stronie. Wielu innych dziennikarzy, których o sympatię dla „Wprost” trudno było posądzać, także bardzo jednoznacznie tę sprawę ocenia. Akcję przeprowadzoną w redakcji „Wprost” uważam za skandaliczną i nieudolną. To, co mówili później premier i prokurator Seremet, było jedynie próbą usprawiedliwienia. I jak każda próba usprawiedliwienia – miała pewne elementy racjonalne. Jednak wciąż nie rozumiem, dlaczego prokuratura nie zaprosiła redaktora naczelnego „Wprost” do siebie, nie przedstawiła mu prośby o przekazanie informacji i w momencie, gdyby on ewentualnie odmawiał, nie próbowała tego rozwiązać przy pomocy nakazu sądowego. Cały pobyt służb w redakcji był mieszaniną nieudolności i próbą demonstrowania siły, która zakończyła się katastrofą. To katastrofa dla wizerunku nie tylko prokuratury, lecz także rządu. To, co działo się przez parę ostatnich dni, uważam za olbrzymią wygraną mediów. Bo oczywiście możemy mówić o tym, że wolność słowa i zasadę ochrony źródeł informacji dziennikarskiej naruszono, ale patrzmy, jaki jest tego efekt. Grupa policjantów, agentów ABW i prokuratorzy tak naprawdę zostali przepędzeni z redakcji „Wprost”! Jeśli rzeczniczka prokuratury Renata Mazur mówi, że funkcjonariusze zostali odwołani ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa i zdrowia, to oznacza, że docenia ona potęgę dziennikarzy. Także to, że z całej akcji tłumaczy się premier, a zaraz potem prokurator generalny Andrzej Seremet, stanowi najlepszy dowód na to, że władza w tym starciu okazuje się słaba. To prawda, prokuratura ma prawo do prowadzenia śledztwa. Dziennikarze nie są wyjęci spod prawa, mają obowiązek współpracować z policją i prokuraturą. Ale powinni też zachować uprawnienia wynikające z prawa społeczeństwa do dostępu do informacji. ■


Błąd większy niż zbrodnia

„To więcej niż zbrodnia – to błąd”. Dawno nie było w naszej polityce dni, kiedy te słowa byłyby bardziej aktualne.

Piotr Kraśko, „WIADOMOŚCI” TVP

Ktoś, kto decydował o tym, jak rozgrywały się wydarzenia w redakcji „Wprost”, zapewne zna przepisy prawa. Nie ma pojęcia ani o mediach, ani o współczesnej technologii. Jeżeli mówimy o wartościach, jakimi z jednej strony są przestrzeganie prawa i konieczność wyjaśnienia, jak doszło do powstania nielegalnych nagrań, a z drugiej – wolność słowa, to jest jeszcze jedna. Mniej uchwytna, trudniejsza do opisania, ale w naszym życiu bezcenna. Coś, na czego brak po 25 latach wolności narzekamy najbardziej: brak zaufania. Ludzie chcą przede wszystkim wiedzieć, czemu nagrani politycy powiedzieli to, co usłyszeliśmy, co z tego wynika i kto ma za to odpowiedzieć. Chcą ufać, że nikt niczego przed nimi nie ukryje i poznamy wszystkie nagrania, które istnieją. Premier ma w tej sprawie rację – najbardziej groźne są te nagrania, o których się mówi, a których nie znamy. Posłuchajmy więc wszystkiego i miejmy to za sobą. Są rzeczy w całej tej sprawie skomplikowane i takie, których komplikować nie ma potrzeby. Szef MSW i prezes NBP odbyli nie taką rozmowę, nie w takim miejscu i nie w taki sposób, jak powinni. Pewnie ma rację prokurator generalny, że poza sprawą wyczucia stylu ten mało wytworny dialog nie nosi znamion przestępstwa. Ale wygląda to po prostu fatalnie. W czasie, gdy na Manhattanie po Lehman Brothers waliły się kolejne banki, prowadzono tam zapewne najprzeróżniejsze rozmowy. Znając Amerykanów, nie mam cienia wątpliwości, że „f..k” padało tam wielokrotnie. Wątpię jednak, żeby zajmował się tym nie sekretarz skarbu, a szef Homeland Security. I by to Ben Bernanke podpowiadał, kogo z rządu dla dobra amerykańskiej gospodarki wyrzucić. Ma rację Michał Boni, że ktoś, kogo nie znamy, rozgrywa teraz naszą politykę i trochę nasze życie. Nie wiemy, czemu czekał tyle czasu, zanim wszyscy poznaliśmy te nagrania i czemu poznaliśmy je właśnie teraz. Ale „Wprost” wykonuje po prostu swoją pracę. Nawet gdyby nie zdecydował się tego opublikować żaden tygodnik i żadna gazeta – prędzej czy później poznalibyśmy te nagrania z internetu. W 1998 roku żadna poważna amerykańska gazeta nie chciała jako pierwsza pisać o sprawie Moniki Lewinsky. Gdy zrobił to niewielki portal internetowy – nic już nie powstrzymało lawiny. Czasem może się wydawać, że robimy coś dyskretnie, ale tak naprawdę te „poufne” spotkania są jak akwarium, które obserwują setki gapiów. Jeden z najlepszych polskich prawników powiedział mi kiedyś: „Są ludzie, którzy żyją z tego, co powiedzą. Ale lepiej mają się tacy, którzy żyją z tego, co usłyszą”. Jest ich sporo i są jak widać bardzo skuteczni. Nie zazdroszczę prokuratorom, którzy mają ustalić źródło podsłuchów. Ale muszą to zrobić w zdecydowanie bardziej wyrafinowany sposób, niż przejmując laptop Sylwestra Latkowskiego. Co więcej: naiwnością jest sądzić, że poznanie jego zawartości przyniesie odpowiedź na wszystkie pytania. Problemem nie jest zatem laptop naczelnego „Wprost”, ale to, jak nagrani ludzie ze sobą rozmawiali, czemu służby dopuściły do tego, że zostali podsłuchani i oczywiście, kto to zrobił. Ale wierzę, że w emocjach społecznych właśnie w tej kolejności i trzeba dać ludziom poczucie, że się to rozumie. „To więcej niż zbrodnia – to błąd”. Takimi słowami ponad 200 lat temu przyjęto we Francji stracenie księcia d’Enghien na rozkaz Napoleona I. Dawno nie było w naszej polityce dni, kiedy te słowa bardziej by pasowały do całej serii rozgrywających się po sobie wydarzeń. ■

Pogubiony Donald Tusk

Dziennikarze zjednoczyli się przeciw ingerencji służb w wolne media. To bezprecedensowe zdarzenie po 1989 roku.

Kamil Durczok, „Fakty” TVN

Wyrywany Latkowskiemu laptop w oka mgnieniu staje się symbolem walki o wolność słowa. Obraz idzie błyskawicznie w świat i to kilka dni po hucznie obchodzonej 25 rocznicy polskiej wolności. Czy musiało się tak stać? Nie musiało. Dało się tego uniknąć? Dało. Gdyby tylko ktoś w prokuraturze popukał się w głowę i przewidział, jakie będą skutki najazdu śledczych wspartych siłami ABW na redakcję „Wprost”. Prócz racji prawnych, o które zresztą toczy się ostry spór, jest jeszcze coś takiego, jak wyobraźnia. Nie trzeba specjalnej przenikliwości, by dostrzec, co będzie, jeśli do dziennikarza przyjdą śledczy i zażądają czegokolwiek, co może mieć związek ze źródłem informacji. Prokurator generalny, deklarujący się jako miłośnik wolności słowa, jednocześnie tak kurczowo trzyma się wąskiej interpretacji prawnej, że nawet nie dopuszcza myśli, że dziennikarza nic – poza jego sumieniem – nie zwalnia od bezwzględnej ochrony informatora. W historii mediów zdarzały się przypadki, kiedy nawet po wyroku sądu dziennikarz nie ujawniał źródła, bo narażałby je na konsekwencje. Cyrk, który oglądaliśmy w środę, odbył się chyba tylko dlatego, że ktoś w prokuraturze nie wytrzymał presji i zamiast dialogu wybrał konfrontację. Od prokuratorów prowadzących najważniejsze śledztwo w kraju można było oczekiwać myślenia, a nie ślepego stosowania przepisów.

To zresztą ABW chyba pierwsza zorientowała się, w jaką wizerunkową katastrofę się pakuje. Rzecznik agencji już bladym świtem w czwartek tłumaczył, że oficerowie wykonywali tylko polecenia prokuratora. Ale w całej sprawie emocje są tak ogromne, że także część dziennikarzy powinna wylać na głowę kubeł zimnej wody. Bo pomieszanie z poplątaniem jest tak wielkie, że naraża nas na śmieszność. Nie bardzo umiem sobie wyobrazić, że premier nasyła ABW i jeszcze krzyczy na prokuratora Seremeta, żeby wydrzeć z „Wprost” największe tajemnice. Kiedy oglądałem czwartkową konferencję pogubionego skądinąd jak nigdy dotąd premiera, miałem wrażenie, że część środowiska uważa, że akcją sterował Donald Tusk. To, co najmniej głupie i nieprofesjonalne, zwłaszcza jak sobie przypomnieć wzajemne tarcia na linii Tusk-Seremet. Szef rządu po prawdzie niespecjalnie coś robił, żeby to wrażenie rozmyć, bo raz brał na siebie całą odpowiedzialność, by za chwilę protestować, bo przecież nie odpowiada za to, co robi prokuratura. Ale bezradność rządu i ewidentny błąd z brakiem dymisji ministra Sienkiewicza to jedno. A idiotyczne pytania i chamskie odzywki do szefa rządu to drugie, bo czegoś takiego dotąd na konferencjach nie było. Duża grupa pracowników mediów zachowywała się jak niezdrowo pobudzeni nastolatkowie, a nie zdystansowani profesjonaliści. Dziennikarze zjednoczyli się przeciw ingerencji służb w wolne media. To bezprecedensowe zdarzenie po 1989 roku. Ale długo to zjednoczenie nie potrwa, jeśli ktoś będzie pokrzykiwał na premiera albo kiedy zamiast solidarności i dyskusji o problemie będziemy się licytować, kto mocniej dokopie władzy. Premier ma dziś o czym myśleć. Zaklinanie rzeczywistości i namawianie mediów, by przyjęły jego punkt widzenia, na nic się nie zda. Nam nie wolno myśleć jak władza. Mamy zupełnie inne zadania. Coraz trudniej będzie uzasadnić trwanie rządu przerażonego tym, kto i co jeszcze nagrał. Chyba że faktycznie służby staną na wysokości zadania i nie zasłaniając się tym, że nie dostały czegoś od dziennikarzy, złapią tych, co nagrywali. To jest nasz wspólny interes. Zwłaszcza po tym, jak politycy zaczynają się głośno zastanawiać, czy to aby nie sami dziennikarze te podsłuchy zakładali. ■

Nie wiem, czego szukano

Boję się sytuacji, kiedy prokuratura, policja czy inni funkcjonariusze nachodzą redakcje w poszukiwaniu dowodów.

Jerzy Baczyński, redaktor NAaczelny tygodnika „Polityka”

Wydarzenia we „Wprost” obserwowałem z zażenowaniem i narastającym zdumieniem. Poznaliśmy sposób myślenia i argumentację prokuratury. Rozumiem procedury, ale to nie zmienia mojej oceny, że decyzja o wejściu funkcjonariuszy do redakcji „Wprost” była nieroztropna, przeciwskuteczna i przeprowadzona w sposób mało profesjonalny. Nie bardzo nawet wiem, czego funkcjonariusze szukali. Bo czym dziś jest nośnik informacji: czy to jest Latkowski trzymający laptop, czy sam laptop, dysk w laptopie, czy może linki, które kierują do treści na innych serwerach, w chmurze? Zajmowanie redakcyjnych komputerów, obojętnie czym motywowane, może prowadzić do nadużyć, w tym naruszenia fundamentalnego dla mediów prawa do ochrony źródeł. Boję się sytuacji, kiedy prokuratura, policja czy inni funkcjonariusze nachodzą redakcje w poszukiwaniu dowodów. Również w naszym podzielonym środowisku panują różne opinie na temat celowości publikacji przez „Wprost” materiałów pochodzących z przestępczych źródeł i konsekwencji tych publikacji. Cóż, kwestie bezpieczeństwa państwa i wolności mediów często znajdują się w konflikcie. W demokracji jest to pole minowe, po którym trzeba poruszać się z największą ostrożnością i wyobraźnią. Tych zabrakło. ■

Władza w opałach

Kiedy się okazało, że redakcja „Wprost” postawiła opór, a jednocześnie do tego oporu dołączyła się reszta znanych dziennikarzy, władza znalazła się w opałach.

Paweł Lisicki, redaktor Naczelny tygodnika „Do Rzeczy”

Z narastającym zdumieniem i niedowierzaniem obserwowałem to, co się dzieje praktycznie za naszym oknem, bo przecież redakcja „Do Rzeczy” i „Wprost” właściwie ze sobą sąsiadują. Trudno uwierzyć, do jakiej politycznej nieodpowiedzialności posunęły się władze. Próba wydobycia nagrania od redaktora Sylwestra Latkowskiego była absolutnym naruszeniem zasady wolności słowa, uderzała też w podstawową zasadę działania dziennikarskiego, czyli nieujawniania swoich źródeł. Świadczy to jak najgorzej o służbach i powinno skutkować odpowiedzialnością ludzi, którzy do tego doprowadzili. Myślę, że ci, którzy to zadanie wykonywali, chcieli się przypodobać swoim zwierzchnikom. Być może uważali, że jak wykażą się taką głupią gorliwością, to w jakiś sposób zostaną docenieni. Na szczęście po raz pierwszy na taką skalę zadziałał mechanizm solidarności dziennikarskiej. I to przedstawicieli różnych redakcji. Być może dlatego to, co miało być próbą zastraszenia i wywarcia presji na dziennikarzach, okazało się totalną kompromitacją. Kiedy redakcja „Wprost” postawiła opór, a jednocześnie do tego oporu dołączyła się reszta znanych dziennikarzy, władza znalazła się w opałach. Wycofała się, najzwyczajniej uciekła. W całej sprawie powinny polecieć głowy. Na pewno tych ludzi, którzy bezpośrednio za to odpowiadają, czyli prokuratora, który był na miejscu, osoby odpowiedzialnej z ABW, ale przede wszystkim Bartłomieja Sienkiewicza. Od początku głoszę też tezę, że również premier Donald Tusk ponosi odpowiedzialność polityczną za to, co wyszło na jaw w nagraniach rozmowy ministra Sienkiewicza z prezesem Belką. ■

Zamach na wolność słowa

Kuriozalny atak na redakcję „Wprost” przypomniał haniebne wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku.

Bogusław Chrabota, Redaktor Naczelny „Rzeczpospolitej”

Kuriozalny atak na redakcję „Wprost” przypomniał haniebne wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku. Zdumieni telewidzowie mogli na żywo śledzić akcję bezpardonowej próby przejmowania materiałów z podsłuchu w redakcji tygodnika. Akcję transmitowały główne telewizje informacyjne, siłą rzeczy sojusznicy oblężonej redakcji, dla której decyzja prokuratora o zabezpieczeniu nagrań podsłuchów, czyli dowodów przestępstwa, musiała oznaczać i oznaczała zamach na tajemnicę dziennikarską. O ile jeszcze w poniedziałek premier Donald Tusk stawał przed dziennikarzami, między którymi miał sojuszników i przeciwników, o tyle po akcji we „Wprost” ciężko będzie znaleźć w środowisku mediów jakiekolwiek ślady poparcia. Powiedziała mu to zresztą w oczy podczas konferencji prasowej Monika Olejnik. Czy precedensowy w skali ostatniego ćwierćwiecza najazd służb na redakcję niezależnej gazety dokonał się za wiedzą premiera? Sam twierdzi, że nie, ale trudno kwestionować, że podległe resortowi spraw wewnętrznych służby, nawet jeśli działały, wykonując decyzje niezależnej prokuratury, w tej konkretnej sprawie powinny działać za wiedzą rządu i jego ministrów. Niezależność pionu prokuratorskiego od rządu nie oznacza bowiem wcale zakazu współpracy, co więcej, taka współpraca, nie tylko operacyjna, jest zupełnie naturalna. Dlatego też trudno jest zakładać, że o akcji we „Wprost” nie wiedział minister Bartłomiej Sienkiewicz, jak doskonale wiemy, zainteresowany nie tylko w zdobyciu dowodów przestępstwa, ale mogący się kierować w sprawie inwigilacji swojej osoby nie tylko profesjonalizmem, ale przede wszystkim emocjami, by – z litości – nie użyć słowa „zemsta”. Czy nie wiedział? Jeśli tak, to mamy kolejny dowód na jego kulawą kompetencję. Jeśli zaś wiedział i nie poinformował o akcji premiera, jest to jego kolejny, coraz bardziej pogrążający rząd osobisty błąd. Nie kwestionuję legalności decyzji prokuratury o natychmiastowym zabezpieczeniu dowodów przestępstwa. W tej jednak sprawie zabezpieczenie dowodów musiało oznaczać konfiskatę materiałów dziennikarskich, a zatem uderzało w fundamenty wolności słowa. A wolność słowa to główny filar demokracji. W tym sensie prokuratura i służby na ten filar dokonały zamachu. Nie ma i nie będzie zgody wolnych mediów na takie akcje, tym bardziej że dziennikarze ustami Sylwestra Latkowskiego zobowiązali się, że materiały wydadzą po decyzji niezawisłego sądu. Prokuratura mogła i powinna przeprowadzić tę akcję dyskretniej, wzywając choćby dziennikarzy do swojej siedziby. Ci na miejscu wyjaśniliby, że odmawiają podporządkowania się decyzji ze względu na legalną ochronę źródła. Kwestię mógł rozstrzygnąć postanowieniem sąd. Doszło do kuriozalnego ataku na redakcję, który może przypominać jedynie haniebne wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku. ■

Ostatni cud Tuska

Kaczyński podzielił dziennikarzy, a Tusk ich połączył. Od Gmyza do Olejnik. Jednak następstwa tego, co wydarzyło się w redakcji „Wprost”, są pewnie jego ostatnim cudem.

Andrzej Skworz, redaktor NACZelny miesięcznika „PreSS”

Byliśmy świadkami przekroczenia uprawnień przez ABW i policję, ale przede wszystkim widzieliśmy niesłychaną urzędniczą głupotę prokuratury, która nie rozumie specyfiki zawodu dziennikarskiego. Dostaliśmy na tacy dowód, że nie wolno być sędzią we własnej sprawie i że powierzenie ministrowi spraw wewnętrznych Bartłomiejowi Sienkiewiczowi misji wyjaśnienia afery, która powstała z jego udziałem – to rozwiązanie kuriozalne. Na tym zagraniu, które pewnie miało chronić, stracili i rząd, i premier. Polityką, a nawet stykiem dziennikarstwa i polityki, częściej się brzydzę niż fascynuję. Ale po pierwszym wejściu do redakcji „Wprost” apelowałem, by ABW odstąpiła od czynności, bo jest rzeczą niebywałą, że po 25 latach wolności tajne służby biorą udział w akcji zastraszania dziennikarzy. Tylko ktoś o bardzo małym rozumku mógł sądzić, że ta akcja rządowi pomoże albo rozwiąże problem z aferą podsłuchową. Oczywiście śmieszyło mnie przy okazji, że na największych obrońców wolności słowa wyrastają teraz Jarosław Kaczyński czy Piotr Guział i politycy prawicy, którzy pojawili się w redakcji „Wprost” tylko po to, by nabić sobie polityczne punkty. Ale ważniejsza była inna obecność we „Wprost”: dziennikarzy od prawa do lewa, którzy przyszli, by was wesprzeć. Pokazała ona, że w momentach kryzysu przypominamy sobie, co jest misją naszego zawodu i że powinniśmy służyć opinii publicznej i wolnemu słowu, a nie partiom czy politykom. Dlatego na to, co stało się w redakcji „Wprost”, patrzę optymistycznie. Owszem, był to atak na wolność słowa w Polsce. Ale dla mnie to jednak przede wszystkim dowód, że jako dziennikarze jesteśmy w stanie wspólnie bronić tajemnicy dziennikarskiej. Chwała waszej redakcji i wszystkim dziennikarzom, którzy się z wami solidaryzowali. Dzięki temu doświadczyłem czegoś, czego już nie spodziewałem się ujrzeć za swego życia. Zobaczyłem, że nasze środowisko może jeszcze mówić wspólnym głosem, od Cezarego Gmyza, po Monikę Olejnik. To ważne i pokrzepiające. ■

Republika bananowa bez bananów

Żyjemy w republice bananowej, w której nie ma nawet bananów. Są za to chciwe głodomory ulokowane na eksponowanych stanowiskach.

Sławomir JASTRzęboWSki, redaktor NACzelny „Super ExpreSS”

Afera podsłuchowa ujawniona przez tygo­d­nik „Wprost” i wszystko, co się wokół niej wydarzyło, uświadomiła nam prawdę. Żyjemy w republice bananowej, w której nie ma nawet bananów. Są za to chciwe głodomory ulokowane na eksponowanych stanowiskach, niemądre i pazerne. Żyjemy w zdegenerowanym kraju, który wymaga pilnego rządzenia, którego urzędnicy na serio powinni traktować demokratyczne wartości. Żyjemy w kraju, w którym słowa ministra Bartłomieja Sienkiewicza o państwie istniejącym wyłącznie teoretycznie są prawdziwe. Poniżej krótka lista dowodów na to, że Polska jest republiką bananową. Po pierwsze, minister spraw wewnętrznych i prezes Narodowego Banku Polskiego, a także byli wiceministrowie dają się nagrać w czasie prywatnych rozmów, być może przestępczych w treści. To się nie powinno wydarzyć. Po drugie, po publikacji taśm kompromitujących ministra Sienkiewicza szef rządu reaguje jakby był jego zakładnikiem bądź wspólnikiem. Zostawia go na stanowisku i nakazuje sędziowanie we własnej sprawie. To się nie powinno wydarzyć. Po trzecie, zaprzyjaźnieni z rządem dziennikarze włączają manipulacyjną zasłonę dymną, kierując zainteresowanie na boczne tory. Główny akcent kładą na „nielegalność” taśm i na „w czyim to jest interesie”, a nie na treść rozmów. Przez cały dzień po ujawnieniu prawdziwej afery zajmują się nią marginalnie, starając się ją bagatelizować. Rządowi dziennikarze w obronie układu nie oceniają więc działań układu, ponieważ on ich karmi, a jedzą tłusto. To się nie powinno wydarzyć. Po czwarte, władza wysyła na dziennikarzy redakcji „Wprost” tajne służby, prokuraturę i policję. Dochodzi do gorszących scen w redakcji tygodnika, do fizycznej przemocy na redaktorze naczelnym, broniącym fundamentu demokracji, tajemnicy dziennikarskiej. Europa i świat patrzą z niedowierzaniem na białorusko-rosyjskie metody walki z mediami. To się nie powinno wydarzyć. Po piąte, przy okazji widzimy na własne oczy, na żywo, jak bardzo nieumiejętni, nieprofesjonalni są funkcjonariusze tego państwa, niepotrafiący skutecznie wykonać w sumie nieskomplikowanych czynności. Symbolem braku kompetencji staje się porzucona, zapomniana walizka ABW. To się nie powinno wydarzyć. Po szóste, premier na porannej konferencji nie rozumie lub nie chce zrozumieć powagi sytuacji, w której służby państwa organizują zajazd na „Wprost”, na tygodnik wykonujący sumiennie swoją pracę. Premier zaczyna konferencję niemądrym żartem, który nikogo nie bawi. Niezmiennie gra swoją grę „Polacy, nic się nie stało”. To się nie powinno wydarzyć. Tyle listy krótkich dowodów. Podsumowanie jest równie krótkie: nasza republika bananowa gnije. Starzy ogrodnicy zdają się być pozbawieni siły, determinacji, właściwego oglądu rzeczywistości. I co najgorsze, prywata myli się im z demokracją. ■

Pokazucha

To, czego byłem świadkiem, da się nazwać tylko jednym określeniem – zamach na wolność słowa.

Cezary Gmyz, „Do Rzeczy” i TV Republika

Środki, które przedsięwzięła prokuratura przy użyciu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i (na szczęście biernym) użyciu sił policyjnych, to była „pokazucha” mająca na celu zastraszenie dziennikarzy. Nagle się okazało, że prokuratura, która była wielokrotnie krytykowana za opieszałość, dostała wiatru w żagle. Jednego dnia otrzymała zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożone przez ludzi, którzy odpowiadają za służby specjalne, i już następnego zjawiła się w redakcji „Wprost”. W mojej opinii ten rodzaj gorliwości może świadczyć o tym, że mamy do czynienia z działaniami na zamówienie polityczne. Inne taśmowe afery w Polsce nie kończyły się tak, jak sprawa opisywana we „Wprost”. Choćby pamiętne „taśmy PSL”, czyli rozmowy Władysława Łukasika, byłego szefa Agencji Rynku Rolnego, z Władysławem Serafinem, szefem kółek rolniczych. Wtedy od chwili publikacji do momentu, w którym zwrócono się o udostępnienie nagrań, minęły trzy miesiące. Tym bardziej nadzwyczajny tryb, który w przypadku nagrań ujawnionych przez „Wprost” przyjęły organy ścigania, budzi podejrzenia, że jesteśmy świadkami działań na kształt białoruski czy rosyjski. To dobrze, że mecenas Jacek Kondracki, pełnomocnik redakcji „Wprost”, zapowiedział złożenie zażalenia na działania prokuratury. Mam nadzieję, że zarówno polskie sądy, jak i Europejski Trybunał Praw Człowieka, uznają prymat prawa do informacji opinii publicznej – nad interesem wymiaru sprawiedliwości. Dla każdego dziennikarza ochrona informatorów, którzy zastrzegli sobie anonimowość, powinna być świętością. Mam wszakże nadzieję, że wszystko, co się stało w tygodniku „Wprost”, okaże się zwycięstwem wolnego słowa. I że doprowadzi do wzmocnienia wolności słowa w Polsce. Uważam, że najważniejsza jest reakcja środowiska dziennikarskiego, które z nielicznymi, moim zdaniem haniebnymi wyjątkami, było jednoznacznie solidarne. ■

Dość arogancji i hipokryzji

Dziennikarze mają prawo i obowiązek chronić źródła informacji nie dla ochrony własnej skóry, lecz dla dobra publicznego.

Janina Jankowska, dziennikarka radiowa, działaczka opozycji demokratycznej w okresie PRL.

Państwo polskie jest dla mnie wielką wartością. Dlatego z przerażeniem obserwowałam na żywo realne dowody na to, jak ono źle funkcjonuje. Pokaz bezradności służb, niekompetencji, braku wyobraźni, a co gorsza, nieznajomość nowych technologii. Oni weszli do siedziby „Wprost” i nie mieli pojęcia, jak wygląda praca redakcyjna i narzędzia tej pracy. Kompletnie nie rozumiem na przykład, co prokuratura rozumiała przez „dowód przestępstwa”, po który przyszli ABW, prokuratorzy i policja. Co fizycznie chcieli uzyskać? Nośnik czy zawartość? Kopie surowych plików audio, które otrzymała redakcja od informatora? A może zawartość twardych dysków wraz ze wszystkimi materiałami redakcyjnymi, czasem poufnymi, wszystkich osób, które były współautorami artykułu? Czy może dostęp do laptopa samego redaktora naczelnego? To wszystko było chaotyczne i kompletnie niezrozumiałe. Czy chcieli kopiować na miejscu (czas!), czy zabrać sprzęt (paraliż redakcji!)? Skandalem jest, że zastosowano metody kompletnie nieprzystawalne do sytuacji. A przede wszystkim do specyfiki miejsca, jakim jest redakcja – bardzo czułego i wrażliwego. Bo to nie jest tylko miejsce pracy, ale z punktu widzenia demokracji miejsce, gdzie tę demokrację się chroni. Stąd przecież mamy uprawnienia do ochrony źródła informacji. Nie dla ochrony własnej skóry, tylko dla interesu publicznego. To, co odróżnia polską aferę taśmową od reszty cywilizowanego świata, to lekceważenie treści samych nagrań, które pokazują prawdziwe oblicze ludzi władzy. A jednocześnie skupienie się na samym fakcie ich nagrania. Udostępniając opinii publicznej wiedzę o zjawiskach patologicznych w kręgach władzy, dziennikarze wypełnili swój obowiązek. To leży w interesie polskiego państwa. Ku przestrodze przyszłych polityków. Dość arogancji, braku odpowiedzialności, hipokryzji i partyjnej prywaty. Przykre, że to wszystko w tym momencie uderza w obraz Polski. Ale Państwo Polskie to coś więcej niż interes partii sprawujących władzę, to także my, dziennikarze i opinia publiczna. ■

Komuś Bóg rozum odebrał

Coś takiego zdarzyło się w Polsce po raz pierwszy od 1989 roku.

Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor telewizji Biełsat, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Są dwie podstawowe wartości w państwie demokratycznym, na którym jest ono oparte: wolne wybory i wolność słowa. Obrazy, które obserwowaliśmy podczas akcji służb w redakcji „Wprost”, były godne pożałowania. Odbieranie siłą laptopa redaktorowi naczelnemu? No przecież chyba komuś Pan Bóg rozum odebrał! Tak drastycznych metod można by bronić, gdyby w całej sprawie chodziło o znacznie poważniejsze przestępstwo niż nielegalne podsłuchanie urzędników. A i wtedy byłyby one co najmniej dyskusyjne. Tak nieproporcjonalnych środków, jakie zastosowano, w żadnym razie nie da się uzasadnić. Można je tłumaczyć jedynie działaniem celowym albo kompletnym brakiem profesjonalizmu. Coś takiego zdarzyło się po 1989 roku po raz pierwszy. A trzeba pamiętać, że w tym czasie padały różne zarzuty wobec rządów. Że zamordyzm, że podsłuchy, że wchodzenie o szóstej rano. Jednak nigdy nikomu nie przyszło do głowy, by wchodzić do redakcji tylko dlatego, że ktoś kogoś nagrał! Na szczęście jest jeszcze jeden aspekt tej sytuacji. Dziennikarze wykazali daleko idącą solidarność. W redakcji doszło do zablokowania odebrania laptopa Sylwestrowi Latkowskiemu. Cała Polska widziała, jak koledzy wpadli do jego gabinetu. Słyszałam oczywiście i takie opinie, że to był cyrk. Więc ja powiem tak: może i ktoś uważa, że to cyrk. Najważniejsze jednak, że skuteczny. ■

Państwo zawłaszcza naszą wolność

Tajemnica dziennikarska jest jedną z gwarancji wolności.

Jarosław Włodarczyk, członek Rady PreSS Club Polska, SekreTArz Generalny International ASSOCIATION of PreSS Clubs

Dziennikarze pełnią szczególną, kontrolną funkcję wobec władzy. Pełnią tę funkcję w imieniu i na rzecz społeczeństwa, będąc jednym z gwarantów wolności i demokracji. Ochrona źródła informacji to fundament wolności słowa. To, co się wydarzyło 18 czerwca w redakcji tygodnika „Wprost”, jest wzruszeniem fundamentów demokracji, wolnego państwa, wartości, którymi się kierujemy w wolnym cywilizowanym świecie. Press Club jest instytucją zajmującą się między innymi kwestią wolności słowa i stąd nasza zdecydowana reakcja. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje, że samo przeszukanie redakcji jest już naruszeniem wolności słowa. Przy tym tajemnica dziennikarska to nie jest przywilej zawodowy, ochrona czy stawianie dziennikarzy ponad prawem, tylko jedna z gwarancji dla obywateli wolności i skutecznej kontroli władzy. Wcześniej zdarzały się w Polsce drobne naruszenia ochrony źródeł informacji, np. poprzez przeglądanie billingów dziennikarskich, na podstawie których można namierzyć informatorów, jednak nigdy wcześniej nie zachowano się aż tak ostro i arogancko.

Od 18 czerwca 2014 roku zaczynamy mieć wątpliwości, czy Polska jest krajem w pełni wolnym, skoro naruszana jest wolność słowa będąca jednym z podstawowych praw obywatelskich. Chcę przypomnieć, że na Białorusi wolność słowa jest gwarantowana konstytucją i ustawami, tylko co z tego, skoro praktyka władzy i służb specjalnych jest inna. Ostatnie 25 lat pokazuje, że wielką wolność uzyskaną w 1989 roku rozmieniamy na drobne, bo państwo sukcesywnie, krok po kroku, rozmaitymi przepisami w większości obszarów życia i ograniczaniem zaufania do obywatela nam tę wolność zawłaszcza. Wejście do redakcji przedstawicieli służb specjalnych i prokuratury z nakazem przeszukania to przekroczenie Rubikonu. To wydarzenie, po którym możemy mieć obawy, że taka sytuacja może się powtórzyć. Press Club Polska poinformował inne kluby, międzynarodowe organizacje zajmujące się wolnością słowa, a także media na świecie, o tym, co się stało 18 czerwca w Polsce. To jest bardzo skuteczna metoda oddziaływania na przywódców państw demokratycznych. ■

List dziennikarzy

18 czerwca 2014 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przeszukała redakcję tygodnika „Wprost”, domagając się wydania materiałów, które mogły zawierać chronioną prawnie tajemnicę dziennikarską. To pierwszy po 1989 roku przypadek jawnie siłowego rozwiązania wobec mediów i otwartej ingerencji tajnych służb w sferę wolności słowa w jej najbardziej wrażliwym aspekcie, jakim jest ochrona źródeł, które zastrzegły sobie anonimowość. Bez względu na to, kim są informatorzy i jakie są ich intencje, dziennikarz ma obowiązek strzec ich danych. Wyjątki od tej zasady są nieliczne i nie dotyczą opisywanej sytuacji. ABW na polecenie prokuratury nie domaga się od „Wprost” materiałów w sprawie o morderstwo czy zamach terrorystyczny. Chodzi o nagrania rozmów najwyższych urzędników państwowych, których treść stawia w złym świetle obecny rząd. Dlatego działania służb specjalnych w redakcji „Wprost” uznajemy nie tylko za bezprawne, ale i nacechowane politycznie. Odrzucamy argument, że chodzi o wydanie dowodów przestępstwa. Przepisy Kodeksu postępowaniakarnego, na które powołuje się tu prokuratura, mają niższą rangę niż zasada ochrony źródeł oraz zapisana w Konstytucji wolność słowa. Protestujemy przeciwko akcji organów ścigania w tygodniku „Wprost”. Solidaryzujemy się z redakcją tygodnika i jej naczelnym Sylwestrem Latkowskim w decyzji odmowy ujawnienia źródeł. Uważamy, że doszło do niebezpiecznego precedensu. Po raz pierwszy od 1989 r. tak otwarcie władza użyła tajnych służb przeciwko mediom. Nie możemy pozostać obojętni wobec tego brutalnego aktu naruszenia niezależności dziennikarskiej.

Podpisali się m.in.: Marek Balawajder (RMF FM), Maria Bnińska (Radio Eska), Andrzej Bober (publicysta), Piotr Brzezina (Radio Maryja, TV Trwam), Michal Cessanis („National Geographic”), Wojciech Cieśla („Newsweek”), Piotr Cywiński (wPolityce.pl), Ewa K. Czaczkowska (Areopag21. pl), Wojciech Czuchnowski („Gazeta Wyborcza”), Juliusz Ćwieluch („Polityka”), o. Dariusz Drążek (Radio Maryja, TV Trwam), Maciej Duda (TVN24.pl), Malwina Dziedzic („Polityka”), Małgorzata Gendłek („Gazeta Wyborcza”), Piotr Gociek („Do Rzeczy”, TV Republika), Artur Grabek („Rzeczpospolita”), Renata Grochal („Gazeta Wyborcza”), Brygida Grysiak (TVN 24), ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski (publicysta), Jarema Jamrożek (Superstacja), Jerzy Jurecki („Tygodnik Podhalański”), Marcin Kącki („Gazeta Wyborcza”), Bertold Kittel (TVN), Andrzej Kocjan (Radio Zet), Katarzyna Kolenda-Zaleska (TVN 24), Małgorzata Kolińska-Dąbrowska („Gazeta Wyborcza”), Agata Kondzińska („Gazeta Wyborcza”), Karolina Korwin-Piotrowska (TVN Style, „Wprost”), Piotr Krysiak (TVP INFO), Michał Krzymowski („Newsweek”), Grzegorz Kwolek (RMF FM), Patryk Michalski (Jedynka Polskie Radio), Bianka Mikołajewska („Gazeta Wyborcza”), Krzysztof Nakonieczny (Teleexpress), Monika Olejnik (TVN 24, Radio Zet), Samuel Pereira („Gazeta Polska Codziennie”), Konrad Piasecki (RMF FM), Mariusz Piekarski (RMF FM), Marcin Pieńkowski („Rzeczpospolita”), Paweł Reszka („Tygodnik Powszechny”), Tomasz Sekielski (TVP), Adam Wajrak („Gazeta Wyborcza”), Maciej Warsiński (TVN 24), Mikołaj Wójcik („Fakt”), Robert Zieliński (TVN24.pl), Rafał Ziemkiewicz („Do Rzeczy”). (Kolejni dziennikarze wciąż podpisują petycję. Źródło: RMF24.pl i Wyborcza.pl).

Okładka tygodnika WPROST: 26/2014
Więcej możesz przeczytać w 26/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także