Sezon na buldożera

Sezon na buldożera

AFERA Z BYŁYM PREZYDENTEM w roli głównej jest jedynie objawem cięższej choroby, jaka toczy Francję. Kraj dusi kryzys, a Francuzi zadają sobie pytanie, czy nadal są tacy wyjątkowi.

Sędziowie śledczy przyszli do domu Nicolasa Sarkozy’ego o drugiej w nocy. Przynieśli wezwanie. Wczesnym rankiem były prezydent wsiadł na tylną kanapę czarnego citroena. Kierowca zawiózł go do podparyskiego Nanterre, skąd działa antykorupcyjna policja. Sarko był przesłuchiwany przez 15 godzin w ramach procedury „garde ą vue”, czyli formalnego zatrzymania stosowanego dla kryminalistów. Nigdy wcześniej nie przytrafiło się to urzędującemu bądź byłemu prezydentowi Francji. Po przesłuchaniu odjechał z powrotem do stolicy, do sądu, gdzie dostał zarzuty płatnej protekcji i podżegania do łamania tajemnicy śledztwa. Gdy się wyspał i ogolił, poszedł do telewizji, żeby powiedzieć Francuzom, że nie da się wykończyć. Wielu mu przyklasnęło.

O to, jakim cudem Nicolas Sarkozy pozostaje najpopularniejszym politykiem prawicy mimo ciągnących się za nim afer i skandali, pytam Krzysztofa Solocha z paryskiego think tanku Fundacja na rzecz Badań Strategicznych. Uśmiecha się. – Proszę spojrzeć na ten tercet, który kieruje teraz partią [byli premierzy Jean-Pierre Raffarin, Franćois Fillon i Alain Juppé – red.]. To są panowie bez... – urywa z grzeczności. W przeciwieństwie do tercetu Sarko jaja ma. Bezrobotnych młodych z imigranckich przedmieść nazywał motłochem. Romów deportował. Ludowi pracującemu miast i wsi wydłużał wiek emerytalny z 60 do 62 lat. Przyszedł do władzy z hasłem „Ten normalny gość” – w pełni uprawnionym. Jest pierwszym prezydentem od dziesięcioleci, który nie ukończył elitarnej Narodowej Szkoły Administracji. Jest pierwszym prezydentem-synem imigrantów (jego ojciec, drobny arystokrata, uciekł po wojnie z komunistycznych Węgier, a matka była z pochodzenia Greczynką). Na tle budyniowatych jegomości z pierwszych szeregów największych partii wyróżniają go wigor, cięty język i żona, której zazdroszczą mu wszyscy heteroseksualni mężczyźni Piątej Republiki. Ci, którzy go nienawidzą – też.

Jak pokazują sondaże, nawet niechętni mu Francuzi nie są przekonani, czy zasłużył na traktowanie, jakie spotyka go dziś ze strony wymiaru sprawiedliwości. – Wielu ludzi, bez względu na przekonania, ma wrażenie, że sprawa przeciw Sarkozy’emu jest montowana politycznie – mówi Soloch. Choć wyborcy wyeksmitowali go z Pałacu Elizejskiego po jednej kadencji, teraz wielu chce, żeby wrócił. Alternatywą jest tercet bez jaj, najgorszy prezydent w historii albo skrajna prawica, której nestor zamierza posyłać wrogów do pieca. Ale czy powrót Sarko jest możliwy? Thomas Guénolé z Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu odpowiada w rozmowie z „Guardianem”: „Buldożera nic nie zatrzyma”.

TELEPREZYDENCIE, WRÓĆ!

Plan był prosty. Na listopadowym kongresie centroprawicowej Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) dokonuje się oficjalny powrót Nicolasa Sarkozy’ego. Startuje w wyborach na szefa partii i je wygrywa, pozostawiając daleko w tyle wystawionego tylko dla formalności jednego z panów z tercetu. W 2015 r. przeprowadza wielką odnowę swojej formacji – nowa nazwa, nowe hasła, nowy program. Rozpoczyna marsz do władzy, zakończony zwycięstwem wyborczym w 2017 r. nad bezzębnymi socjalistami i radykalnymi narodowcami.

Według dość powszechnej nad Sekwaną opinii takiego właśnie planu swoich rywali wystraszyli się socjaliści i to oni próbują w porozumieniu z sędziami śledczymi odstrzelić dziś Sarko. Teoria spiskowa stoi na takich historiach, jak słynna już konferencja prasowa minister sprawiedliwości Christiane Taubiry, na której wymachiwała dokumentami mającymi świadczyć o tym, że nie była informowana o dochodzeniach prowadzonych przeciwko byłemu prezydentowi. Dziennikarze nie dostali ich do rąk, ale powiększyli obraz na stop-klatce i wyczytali, że z papierów wynika coś całkiem przeciwnego – pani minister od wielu miesięcy miała baczenie na śledztwo.

Tymczasem Franćois Hollande jest – wedle sondaży – najgorszym, a przynajmniej najmniej popularnym prezydentem w powojennej historii (niechlubny rekord: 13 proc. pozytywnych ocen), który poszedł na skróty i sięgnął do kieszeni obywateli. Podatki podniesiono wszystkim, nie tylko najbogatszym (którzy gremialnie zaczęli zwiewać przed fiskusem za granicę, vide: Gérard Depardieu), ale też tym najmniej zamożnym – wiernym wyborcom socjalistów. – Znam ludzi, którzy głosowali na lewicę całe życie, a dziś zarzekają się, że nie zrobią tego nigdy więcej – mówi Soloch. Sprawę pogarszał kluchowaty styl pozbawionego charyzmy prezydenta. Lud zatęsknił za wystrzałowymi rządami Sarko, gościa nazywanego teleprezydentem, który o miano największej gwiazdy mediów konkurował wyłącznie z własną małżonką i jak nikt przed nim we Francji zrobił z polityki reality show. To jednak właśnie telewizyjny, a przy tym arogancki i narcystyczny styl rządów narobił mu wrogów na wszystkich frontach. Inna teoria spiskowa na temat trwającej afery – sugerowana choćby przez dziennik „Le Figaro” – mówi, że śledczy ścigają go na własną rękę, bez porozumienia z Hollande’em – w zemście za próby ograniczenia ich niezależności. Jeszcze inna głosi, że na swojego byłego szefa zasadził się wspominany już tercet z jego partii, żeby uniemożliwić mu ponowne przejęcie sterów na prawicy. Wersja najmniej popularna jest taka, że Sarkozy’ego traktuje się jak kryminalistę, bo po prostu jest kryminalistą. Ścigający go śledczy mają ponoć na to niezbite dowody.

UPADEK FRANCJI

Problemy Sarko zaczęły się dwa lata temu, kiedy policja przeszukała jego dom i biura w ramach dochodzenia w sprawie nielegalnego finansowania kampanii wyborczej. Były prezydent z partyjnymi kolegami mieli ponoć otrzymywać brązowe koperty z solidną zawartością od najbogatszej Francuzki, sędziwej Liliane Bettencourt, spadkobierczyni fortuny L’Oreal. W kolejnym śledztwie pojawiły się jeszcze mocniejsze zarzuty – w politycznej karierze miał byłego prezydenta wspierać nieżyjący już „potwór z Libii”, Muammar Kaddafi.

Żeby znaleźć na to dowody, śledczy postanowili się dobrać do telefonów Sarko i jego najbliższego otoczenia. Podsłuchy założono m.in. jemu i jego prawnikowi. W zarejestrowanych rozmowach pojawił się nowy wątek – panowie mówili o sędzim Gilbercie Azibercie. Według oskarżenia miał on informować Sarkozy’ego o postępach w toczących się przeciw niemu dochodzeniach. W zamian były prezydent miał mu załatwić intratną posadkę w Monako. To właśnie sprawa Aziberta – choć ten nigdy do Monako nie wyjechał – pogrąża teraz Sarkozy’ego. Jeśli dojdzie do procesu i polityk zostanie skazany, grozi mu nawet dziesięć lat więzienia.

Pomaga mu to, że na polityczne afery lud Republiki się uodpornił. Elity aplikują je w końskich dawkach. Najbardziej wymowną z ostatnich miesięcy jest ta z udziałem byłego już ministra skarbu Jérômego Cahuzaca. Okazało się, że wyprowadzał pieniądze na konta w rajach podatkowych, choć obejmując stanowisko, obiecywał bezwzględną walkę z tym procederem, jako rujnującym francuski budżet. Degrengolada elit wpisuje się w głębszy kryzys, jakiego Francja nie przeżywała od lat. Gospodarka stoi w miejscu, kończą się pieniądze na jeden z najbardziej rozbudowanych systemów opieki społecznej na planecie, z którego Francuzi – słusznie zresztą – dumni byli przez dziesięciolecia. Tygodnik „The Economist” i inne prorynkowe ośrodki wymieniają Francję obok Grecji, Portugalii czy Hiszpanii jako jednego z „chorych Europy”, których zapaść pociągnie na dno całą Unię.

Francuzi stracili też moc polityczną – dziś ich głos w globalnych debatach jest ledwie słyszalny. Symbolem tego jest choćby ich słaba obecność na corocznym zlocie elity ekonomicznej w Davos. Jak wyznał mediom anonimowo jeden z rządowych doradców, jego szefowie nie lubią jeździć do Davos, bo słabo lub w ogóle nie mówią po angielsku. Tymczasem reszta świata nie chce się już uczyć francuskiego. Potężny kiedyś francuski soft power wypiera fala z Azji – miliony studiują język chiński w rozrzuconych po planecie Instytutach Konfucjusza i zachwycają się azjatyckim kinem (również w Cannes). Z pierwszej ligi wypadły nawet francuskie restauracje – w pierwszej dziesiątce najlepszych knajp na świecie, według renomowanego rankingu S. Pellegrino, nie ma ani jednej znad Sekwany.

Wizerunku Francji nie poprawia fakt, że jej obywatele w wyborach do europarlamentu dają zwycięstwo ksenofobicznemu Frontowi Narodowemu Marine Le Pen. Jej ojciec, założyciel partii Jean-Marie Le Pen, na swoim wideoblogu regularnie odbywa antysemickie wycieczki. Ostatnio groził krytykującemu go piosenkarzowi Patrickowi Bruelowi, że pośle go do pieca. „Upadek Francji” – wieszczył kilka miesięcy temu amerykański „Newsweek”. Zatytułowany tak tekst paryskiej korespondentki Janine di Giovanni wywołał nad Sekwaną oburzenie, ale w duchu wielu Francuzów męczy poczucie, że jako naród tracą na wartości.

ŻYCIE NA PODSŁUCHU

– Nie można wyrzucać kapitana z tonącego statku – desperacko apelował do wyborców Sarkozy w ostatniej prezydenckiej kampanii. Nie posłuchali. Zmienili kapitana, ale pod sterem nowego łajbą rzuca jeszcze bardziej. Dlatego Sarko wspina się po burcie z powrotem na pokład. W telewizyjnym wystąpieniu w ubiegłą środę, nazajutrz po opuszczeniu sądu, przeszedł do kontrataku. Mówił, że cała afera jest zemstą lewicowych sędziów. Sugerował, że w sprawie palce macza obecna administracja. Wyrażał zdumienie, że jest to możliwie we Francji – pozornie państwie prawa i demokracji. Nawiązywał tym samym do swojego tekstu z „Le Figaro”, który opublikował w marcu tego roku, po tym jak wyszło na jaw, że jego telefon przez ponad rok był na podsłuchu. „To nie film »Życie na podsłuchu« o agentach Stasi inwigilujących opozycję. To Francja” – napisał.

Wtedy większość opinii publicznej stanęła po jego stronie. Nawet jeśli Sarko ma swoje za uszami, Francuzów rozemocjonowanych rewelacjami Edwarda Snowdena o permanentnej globalnej inwigilacji ze strony amerykańskiej agencji NSA bardziej oburzyło to, że również u nich policja w majestacie prawa założyła pluskwę byłej głowie państwa. W kwietniu UMP w cuglach wygrała wybory samorządowe, wymiatając ze stołków wielu socjalistycznych merów. Teraz też, jak pokazały błyskawiczne badania opinii, wystąpienie Sarkozy’ego zostało dobrze odebrane. Gdyby wybory odbyły się dziś, nie dałby szans Hollande’owi. Jego przewaga nad kolegami z partii w sondażach badających nastroje na prawicy też jest gigantyczna.

Zdania co do tego, czy Sarko wygra trwającą bitwę, są podzielone. Christian Makarian, wicenaczelny „L’Express”: – On chciał zawsze zwracać się do ludzi ponad głowami establishmentu. Ale establishment jest we Francji mocny, a najmocniejsi są sędziowie. Krzysztof Soloch: – Śledczy sprawiają wrażenie zdeterminowanych, żeby go dopaść. Oskarżenia są mocne. Ale jeden z ważnych ludzi w UMP uspokaja, że Sarkozy najskuteczniejszy jest wtedy, gdy się go przyciśnie do muru: – On uwielbia konflikt. Jak nie ma konfliktu, to sam go kreuje. Buldożera nic nie zatrzyma? �

Okładka tygodnika WPROST: 28/2014
Więcej możesz przeczytać w 28/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także