Powrót do przyszłości

Powrót do przyszłości

MINISTER FINANSÓW CZECH oczyszczony z zarzutów współpracy z komunistyczną bezpieką. Nikt się nie oburzył, bo czeska lustracja, choć jedyna udana w byłych demoludach, nikogo już nad Wełtawą nie obchodzi.

Andrej Babiš, najbogatszy Czech i obecny minister finansów, przez dwa lata przerzucał się dokumentami i zeznaniami świadków ze słowackim Instytutem Pamięci Narodowej (UPN), który wpisał go na listę tajnych współpracowników czechosłowackiej bezpieki, oraz z sądem lustracyjnym w Bratysławie. W latach 80. młody aparatczyk i menedżer centrali handlu zagranicznego Petrimex znajdował się na liście Státníej Bezpečnosti (StB) pod kryptonimem Bureš. Dowody na współpracę były mocne, jednak Babiš konsekwentnie zaprzeczał, by do niej doszło. Według niego do kontaktu z StB doszło mimochodem, gdy agenci węszyli przy sprawach Petrimeksu. Sędzia Zuzana Doricová uznała, że Babišowi nie da się nic udowodnić.

Co znaczące, skórę ocalili mu dawni ubecy. Július Šuman – oficer, który miał raportować w 1982 r. o zwerbowaniu menedżera – przeszło trzy dekady później zaprzeczył wszystkiemu, co napisał. Drugi z agentów, którzy zajmowali się Babišem, Andrej Kul’ha, dołożył swoje trzy grosze. – Pojawienie się nazwiska w dokumentach oznacza jedynie, że miała miejsce współpraca, ale nieświadoma – dowodził. Eksperci i świadkowie powołani przez słowacki UPN próbowali udowodnić, że nazwisko i kryptonim znajdują się w zbyt wielu dokumentach, by można było mówić o nieświadomej współpracy. Na próżno, prezes UPN Ondrej Krajňák po wyroku mógł jedynie ubolewać: – To smutny dzień dla sądownictwa. Naszym obowiązkiem jest jednak prześledzić tę sprawę do końca. Nie powinniśmy pozwalać nikomu, by przepisywał nam historię. UPN będzie składać apelację od wydanego przez Doricovą werdyktu.

TAK!

– Czesi doskonale zdają sobie sprawę, że Babiš był częścią komunistycznej nomenklatury. Wiedzą, że należał do partii, że pracował w centrali handlu zagranicznego. Podejrzenia o współpracę z StB też nie były zaskoczeniem. Wyborcy wiedzieli, kogo wybierają – mówi „Wprost” Petruška Šustrová, niegdysiejsza sygnatariuszka Karty 77 i były członek rady Urzędu Badania Reżimów Totalitarnych w Pradze. – Skoro im to nie przeszkadza, to trudno – dodaje. Rzeczywiście, marsz Babiša po pieniądze i władzę mało kogo nad Wełtawą obrusza. Ten dobiegający sześćdziesiątki potentat po 1989 r. rzucił legitymacją partyjną i mimo że urodził się w Bratysławie i jest z pochodzenia Słowakiem, osiadł w Pradze i uzyskał obywatelstwo Czech. Zaczął budować imperium. Najpierw przejął od Petrimeksu spółkę Agrofert, potem kupował kolejne firmy rolnicze, przetwórstwa żywności, chemikaliów, a ostatnio – z sektora mediów. W efekcie powstała jedna z największych czeskich spółek, a osobisty majątek Babiša sięgnął – zgodnie z szacunkami „Forbesa” – 2,4 mld dolarów. Trzy lata temu biznes przestał mu wystarczać. Założył antyestablishmentowy ruch obywatelski ANO (TAK). Trafił w dziesiątkę. Od kilku lat przez Czechy przetaczał się skandal za skandalem – a to na tle korupcyjnym, a to obyczajowym. – Wchodzę do polityki z desperacji. Od 23 lat ci sami politycy nic nie robią, tylko mówią od rzeczy. Potrafią jedynie kłamać, obiecywać, a potem tych obietnic nie dotrzymywać – wyjaśniał. I słowa te można potraktować jako credo coraz większej grupy wyborców. Sam Babiš początkowo szacował ją ostrożnie na dziesięć procent rodaków – przy urnie okazało się, że jest ich dwa razy więcej.

I ich nie ubywa, mimo kłopotów Babiša z lustracją. Ba, ANO jest dziś ugrupowaniem z największym, 21-procentowym poparciem. Rozstrzygnięcie słowackiego sądu zostało w Pradze przyjęte z ulgą. Przynajmniej przez kręgi rządowe. Premier Bohuslav Sobotka został wcześniej ukarany grzywną 10 tys. koron za pozwolenie miliarderowi na zajęcie stanowiska ministerialnego bez certyfikatu lustracyjnego. Ucieszył się też – o, ironio – Pavel Bělobrádek, lider wchodzących w skład koalicji chadeków. Dzięki wyrokowi jego partia nie będzie musiała już balansować między uznaniem gabinetu Sobotki a buntem przeciw naruszaniu ustawy lustracyjnej. Wiadomo, że to Babiš rozdaje dziś karty w rządzie.

Miejscowa prasa przyjęła nienaruszalność pozycji ministra za pewnik i w swoich komentarzach skupiła się przede wszystkim na przyszłości lustracji. „Czesi nie chcą nieustannie konfrontować się z przeszłością, interesują się wyłącznie przyszłością. Dlatego ustawę lustracyjną należałoby zawiesić” – pisze w „Hospodářskich novinach” Petr Honzejk. W podobnej tonacji komentują proces gazety… Babiša. W ubiegłym roku kupił on pakiet udziałów w spółce MAFRA, wydającej dwa czołowe dzienniki – „Lidové noviny” i „Mladá fronta Dnes”. „Społeczeństwo się zmieniło. Ludzie uważają błędy popełnione w ciągu ostatnich 25 lat za ważniejsze od kolaboracji z niegdysiejszym reżimem” – pisze na łamach tego drugiego pisma Luděk Navara. Według niego podejście – zarówno Czechów, jak i Słowaków – dałoby się sprowadzić do formułki „wtedy wszystko było inaczej”. „Żaden sąd nie zadecyduje za nas, czy chcemy takiego człowieka na określonym stanowisku. Sami musimy zdecydować, czy przeszłość może być przeszkodą, czy też nie”.

Petr Kamberský z „Lidovych novin” ujmuje to jeszcze bardziej lapidarnie: „Ustawa lustracyjna, która miała chronić demokrację przed złoczyńcami, dziś jest już bezużyteczna. Najwyższy czas ją znieść”. – Czesi myślą dziś zupełnie inaczej niż na początku lat 90., to naturalna sprawa – przyznaje Petruška Šustrová. – Podobnie gdy chodzi o sądy lustracyjne: jeśli są wątpliwości, decydują po myśli oskarżonego. Mimo to niegdysiejsza dysydentka i była wiceminister spraw wewnętrznych w latach 1990-1991, gdy Czesi tworzyli i uchwalali ustawę lustracyjną, uważa napisane wówczas prawo za sukces. – Oczyściliśmy życie publiczne bardziej niż w jakimkolwiek innym państwie postkomunistycznym. Nie żyjemy w utopijnym świecie pozorów, choć oczywiście nic nie udaje się na sto procent – przyznaje.

KONIEC LUSTRACJI

Gdy popatrzy się na inne kraje regionu, trudno się z nią nie zgodzić. W latach 1948-1989 z przyczyn politycznych za kratami znalazło się 200 tys. Czechosłowaków. Spośród nich kilka tysięcy zmarło w areszcie, egzekucje przeprowadzono w 234 przypadkach. Ponad 200 osób zaginęło lub zostało zabitych w trakcie próby ucieczki na Zachód. Po 1989 r. Czesi uczynili z rozprawy z komunistycznymi dygnitarzami jeden z fundamentów nowego państwa: zakaz sprawowania funkcji publicznych przedłużano kilkakrotnie; od 2001 r. akta bezpieki są jawne, dziesięć lat temu listy agentów i TW trafiły do internetu. Tymczasem węgierska ustawa lustracyjna weszła w życie dopiero w 1994 r., pomijając m.in. dziennikarzy i duchownych. Rozliczenie z przeszłością błyskawicznie zamieniło się w ciąg przecieków, lepiej lub gorzej udokumentowanych oskarżeń i publikacji kolejnych list agentów – co odebrało całemu procesowi wiarygodność i kompletnie zobojętniło Węgrów. Przed sądem nie stanęli ani dawni politycy, ani oprawcy ze służb bezpieczeństwa. Ujawnianie informacji o agenturalnej przeszłości premierów Gyuli Horna czy Pétera Medgyessyego też nie zrobiło na Węgrach większego wrażenia.

Za wzorcową przez lata uważano lustrację w NRD. Jednak procesy członków NRD-owskiego politbiura w olbrzymiej części skończyły się zwolnieniem z odpowiedzialności ze względu na stan zdrowia – to choćby kazus Honeckera, który zmarł w Chile w 1994 r. W Rumunii stery władzy po Ceauşescu przejął jeden z jego niedawnych dworzan – Ion Iliescu. Zadbał co prawda o przypominający farsę proces i natychmiastową egzekucję obalonego dyktatora, ale w 1994 r. ułaskawił wszystkich politruków. Jeszcze gorzej poszło w Bułgarii. W 1997 r. powstał organ przypominający komisję lustracyjną – ujawnił on współpracę 23 polityków z bezpieką, po czym wkrótce został przeformowany w dwie fasadowe komisje. Dopiero w 2007 r. powstała instytucja, która ma porządkować akta dawnej bezpieki, ale wyniki jej prac pozostają mizerne: ujawniono nazwiska kilkuset funkcjonariuszy i agentów służb (również w internecie), ale dla życia publicznego w kraju nie ma to praktycznie żadnego znaczenia.

– Minęło już ćwierć wieku. Wszędzie, gdzie zainicjowano lub próbowano zainicjować procesy lustracyjne, ludzie przestają pamiętać, o co w tym wszystkim chodzi – wzdycha Petruška Šustrová. Co więcej, problem nie dotyczy wyłącznie ogółu wyborców, ale też kluczowych dla lustracji sędziów. – Na Słowacji ok. 70 proc. z nich to ludzie, którzy kształcili się już po upadku komunizmu. Dla nich tamte realia to abstrakcja – mówi. Nic zatem dziwnego, że Babiš nawet nie ruszył się z Pragi, by wysłuchać werdyktu sądu w Bratysławie. Miliarder ma dziś inne problemy – z właściwą sobie buńczucznością zapowiada likwidację dziury budżetowej, wykorzenienie korupcji z instytucji publicznych, poprawienie systemu ściągania podatków i zablokowanie pomysłów premiera Sobotki na ich podwyżkę. To interesuje Czechów znacznie bardziej niż relacje ministra z agenturą w dawno minionej epoce. �

Okładka tygodnika WPROST: 30/2014
Więcej możesz przeczytać w 30/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także