Społeczni konserwatorzy zabytków

Społeczni konserwatorzy zabytków

Polacy oszaleli na punkcie zapomnianych lokalnych zabytków, które od lat niszczały w ich sąsiedztwie. Walka o ich uratowanie to trend, który ogarnia kraj.

Przed dawnym przedszkolem przy ulicy Podchorążych na warszawskich Sielcach rozpoczyna się happening. Okoliczni mieszkańcy przechodzą wzdłuż ogrodzenia przedszkolnego ogrodu, podrygując wesoło w rytm brazylijskich bębenków, niczym w czasie karnawału w Rio. Dziewczyny w pierwszym rzędzie parady uśmiechają się i unoszą transparenty: „Lepszy dworek niż potworek!”, „Staniemy na głowie przeciwko budowie”. Widać pełen przekrój pokoleniowy: dwie starsze panie, podpierając się nawzajem, drepczą za młodym małżeństwem z dziećmi. Babcia i wnuczka trzymają razem duży karton z wymalowanym żółtymi literami napisem: „Fauna i flora zamiast inwestora”.

Na przekór urzędom

– Walczymy o przestrzeń, która ma być publiczna i społeczna – mówi Karolina, mieszkanka Sielc, ze Stowarzyszenia Badawczo-Animacyjnego „Flâneur”. Wraz z innymi miejskimi działaczami włączyła się w zablokowanie budowy apartamentowca, który ma powstać w miejsce ogrodu, tuż przed oknami pobliskich lokatorów. Urząd dzielnicy wydał na to zgodę, chociaż budynek dawnego przedszkola jest wpisany do ewidencji zabytków. Zamiast nowej kamienicy mieszkańcy chcą lokalnego domu kultury, miejsca na dyskusje, spotkania, wystawy i koncerty. W czasie kwietniowego happeningu pod hasłem „Więcej kultury dla przestrzeni, więcej przestrzeni dla kultury” zbierali podpisy pod petycją do władz miasta i wymieniali się pomysłami na to, co można jeszcze stworzyć na Sielcach. Ogród w stylu angielskim, plac zabaw, a może klub seniora?

Powstały na przełomie lat 40. i 50. parterowy budynek o wyglądzie szlacheckiego dworku służył jako przedszkole przez ponad pół wieku. Jako powód jego zamknięcia w 2006 r. podawany jest niż demograficzny, ale mieszkańców to nie przekonuje.

Sielce nie są wyjątkiem. W ostatnim czasie, na fali mody na inicjatywy miejskie oraz szeroko pojętą lokalność, coraz więcej grup mieszkańców zaczyna doceniać obecną w ich sąsiedztwie przestrzeń publiczną i bronić zapomnianych, często pogardzanych przez urzędników zabytków. Nie chcą, żeby po ich pokoleniu zostały tylko domy jednorodzinne i super markety. Cieszynianie na przykład zabiegają o zachowanie schronu z czasów drugiej wojny światowej. Mieszkańcy Katowic demonstrowali w obronie zabytkowego dworca kolejowego, przekonując: „To będzie nasza Rospuda!”. Głośnym echem odbił się też zeszło roczny protest przeciw wycince drzew w Ogrodzie Krasińskich, wspierany m.in. przez aktora Olgierda Łukaszewicza. Według prof. Marka S. Szczepańskiego, socjologa, wykładowcy na SWPS i Uniwersytecie Śląskim, taka postawa to w Polsce nowość. Dotąd Polacy pytani, na rzecz czego w ostatnim czasie „zachowali się obywatelsko”, w pierwszej kolejności wymieniali szkołę, do której uczęszczają ich dzieci, oraz parafię, której są członkami.

Perły z drewna

Mieszkańcy podwarszawskiego Otwocka od kilku lat toczą walkę o zabytkowy pensjonat Abrama Gurewicza. Budynek uznaje się za największy drewniany dom w Europie. Przed wojną było tu słynne uzdrowisko, kuracjusze mieli do dyspozycji salę koncertową, tarasy do kąpieli słonecznych oraz urządzony w stylu angielskim park z egzotycznymi bananowcami. Pensjonat, którego budowa rozpoczęła się w roku 1906, stworzony został w stylu nadświdrzańskim (świdermajer), charakterystycznym dla podwarszawskiej architektury letniskowej przełomu XIX i XX w. Przedwojenni artyści i mieszczanie uwielbiali spędzać wakacje w drewnianych willach w pobliżu Otwocka. Bolesław Prus pisał o nich, że „są to cacka, jakich Warszawa jeszcze nie widziała w tej ilości i rozmaitości”. Tam też nakręcono znany film Doroty Kędzierzawskiej „Pora umierać” z Danutą Szaflarską w roli głównej.

Po wojnie opuszczone świdermajery zamieniono w lokale komunalne. Nikt ich nie remontował, dlatego dziś są zupełnie zaniedbane: zabite dyktą, oklejone papą i wszystkim, co nadaje się do łatania, nawet gazetami. Kiedy stan takiego zapuszczonego świdermajera grozi zawaleniem, zamieszkujące go rodziny przenoszone są do lokali zastępczych, a budynek zostaje zamknięty. – Potem „sam” się rozsypuje albo jest wykupywany przez jakąś firmę deweloperską, która dba o to, by uległ „nieszczęśliwemu wypadkowi”. Brakuje planu zagospodarowania przestrzennego – mówi Tomasz Brzostek, założyciel promującego lokalną architekturę serwisu Świdermajer.info.

Legendarny pensjonat Gurewicza również popada w ruinę, a powiat nie ma pomysłu, co zrobić z bezcennym zabytkiem. Sytuacja jest beznadziejna, bo starostwo nie przeznaczy pieniędzy na wyremontowanie czegoś, co jest własnością państwa. Obiekt wystawiono na sprzedaż, ale chętnych jak na razie brak. Cena wykupu spada. Najpierw wynosiła 3,5 mln zł, teraz już 1,5 mln zł. Inwestorów odstrasza wymóg przeprowadzenia kosztownego remontu. Ale jest też coś, co ich kusi.

– Gurewicz stoi na bardzo dobrej działce w samym centrum miasta. W sytuacji gdy świdermajer ulega spaleniu czy też się zawala, najczęściej następuje decyzja o rozbiórce i wtedy już nic nie przeszkadza w zbudowaniu tam osiedla bloków – tłumaczy Brzostek, który wraz z wieloma mieszkańcami Otwocka podejmuje od lat starania, aby ochronić perły przedwojennej architektury. W przeciwieństwie do urzędników on i podobni mu działacze lokalnej społeczności mają pomysł, jak można by wykorzystać ogromną przestrzeń pensjonatu. Mógłby tam powstać skansen lub muzeum prezentujące całą historię architektury świdermajer. Na razie na dziedzińcu przed Gurewiczem odbywa się organizowany co roku przez Świdermajer.info i Towarzystwo Przyjaciół Otwocka festiwal. Choć impreza miała dotychczas zaledwie trzy edycje, jest o niej głośno w całej Polsce. Głównie za sprawą gwiazd na niej występujących. Rok temu na scenie Festiwalu Świdermajer zagrała Mela Koteluk, popularna wokalistka, laureatka dwóch Fryderyków, a prywatnie wielka miłośniczka architektury drewnianych domów. Otwocki pensjonat, o którym było głośno po pierwszej edycji festiwalu, tak ją zauroczył, że postanowiła nakręcić tam teledysk do piosenki „Melodia ulotna”, który w internecie obejrzało już prawie 3 mln widzów.

Ona też była inicjatorką kampanii społecznej „Kocham świdermajery”, polegającej na promowaniu zabytków dawnych podwarszawskich letnisk przez gwiazdy. – Chodzi przede wszystkim o to, by ludzie dowiedzieli się o istnieniu świdermajerów – przekonuje w rozmowie z „Wprost” Koteluk. Jej zdaniem od tego trzeba zacząć, by w przyszłości negocjować z władzami system ochrony tych domów. – Bo stale ich ubywa, najczęściej płoną w niejasnych okolicznościach. Żeby znieść wydany na nie wyrok, trzeba na początek podnieść świadomość ich istnienia – mówi artystka. Oprócz Meli Koteluk w kampanii wzięli już udział urodzony w Otwocku prezenter telewizyjny i dziennikarz Maciej Rock oraz Ewelina Flinta, gość tegorocznego Festiwalu Świdermajer.

Podpalony lont

– Świdermajery urzekły mnie, bo współistnieją z przyrodą – wyjaśnia Flinta. To zasługa rzeźbionych w drewnie zdobień, ażurowej ornamentyki nadającej tej architekturze romantycznego charakteru rodem z bajek. – Cieszę się, że ta akcja ruszyła, szczególnie że powstała oddolnie. Zebrała się grupa ludzi, którym po prostu zależy i w których nie ma zgody na niszczenie tamtejszych pereł architektury. Jednocześ nie zdają sobie sprawę z tego, że jest się czym pochwalić, i chcą, aby świat się o tym dowiedział – dodaje artystka. Na stronie internetowej Gurewicz.pl mieszkańcy Otwocka i zwolennicy ochrony tamtejszych zabytków zbierają podpisy pod petycją do wojewody mazowieckiego Jacka Kozłowskiego. Piszą w niej: „W Otwocku rzadko zdarza się coś, co jednocześnie porusza i łączy tak wielu ludzi. Jesteśmy gotowi zrobić naprawdę wiele, aby dawny pensjonat Gurewicza znów służył mieszkańcom Otwocka (i nie tylko Otwocka). Nie chcemy na jego terenie nowoczesnego osiedla, nie chcemy też patrzeć, jak ulega stopniowemu zniszczeniu. Chcemy, by na nowo stał się dumą naszego miasta i miejscem dostępnym dla wszystkich”.

Tomasz Brzostek czuje, że już odniósł sukces. Niezależnie od tego, w którą stronę rozwinie się sprawa zabytku, już udało mu się zjednoczyć lokalną społeczność. Ludzie działają razem, mimo bierności władz. – Jest wręcz w dobrym tonie zrobić coś dobrego dla Festiwalu Świdermajer. Restauracja zapewnia jedzenie, ktoś daje swoją wiedzę i robi warsztaty, ktoś kupuje materiały i nie chce za nie zwrotu, jeszcze inny udostępnia samochód i rozwozi przez całą noc sprzęt z koncertu. Mieszkańcy już sobie nie wyobrażają, żeby nie było Festiwalu Świdermajer. Po każdej edycji są głosy, że nie mogą się doczekać następnej. Okazało się, że ludzie są jak podpalony lont, tylko dotąd brakowało iskry zapalnej – mówi pomysłodawca dorocznej imprezy pod pensjonatem Gurewicza.

Dlaczego takich ludzi, jak Tomasz Brzostek, Mela Koteluk czy aktywiści z Sielc, jest coraz więcej? Socjolog prof. Szczepański przypuszcza, że wbrew powszechnemu narzekaniu na naszą bierność w Polakach zaczynają procentować lata mozolnej budowy społeczeństwa obywatelskiego. – Przypominam sobie dialog sprzed kilku lat z pewnym wybitnym angielskim socjologiem, którego zapytałem wprost, jak on widzi perspektywy rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Odpowiedział mi, że z tym jest jak z ogrodem angielskim: trzeba go pielęgnować 200 lat, zanim olśni nas urodą. Najwyraźniej jednak 200 lat to dla Polaków za dużo. �

Okładka tygodnika WPROST: 34/2014
Więcej możesz przeczytać w 34/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także