Zagraniczne banki polskie

Zagraniczne banki polskie

Niedługo do historii mogą przejść nazwy dwóch kolejnych polskich banków. Czy Polska może czuć się bezpiecznie pod dominacją zachodnich gigantów bankowości?

Danny de Vito reklamował, jak szybko zdobyć na lokacie pierwszy milion. John Cleese opowiadał, jak to łatwo można wziąć sobie kredyt gotówkowy. Sam też chciał. Lubi pierogi, był na Wembley w 1973 r., ale bank kredytu odmówił, bo angielski komik nie miał polskiego paszportu. Antonio Banderas roztaczał wizję, jak łatwo dzięki pożyczce można realizować marzenia. – Jacuzzi dla pań, kino domowe dla panów – szczerzył się do kamery. Kevin Spacey polecał swojemu krawcowi kredyt dla firm, żeby szybciej szył garnitury. W swoich reklamach BZ WBK zgromadził już taką plejadę gwiazd, że z powodzeniem mógłby we własnych placówkach nakręcić chociażby jakiś miniserial. Zagranicznym aktorom największą trudność na planie zawsze sprawiało wypowiedzenie polskiej nazwy banku. Jedni zaciskali zęby i syczeli coś pod nosem. Inni mieli tak mocny akcent, że nazwę musiał i tak przekładać na nasze polski lektor. Już niedługo gwiazdy nie będą musiały wykręcać sobie języków. Bank Zachodni WBK zmienia nazwę na łatwiejszy do wymówienia Santander. Właśnie rozpoczął się proces rebrandingu marki. W efekcie BZ WBK, przejęty cztery lata temu przez Hiszpanów, zniknie z rynku.

Z szyldów może również wyparować logo Banku Gospodarki Żywnościowej. Kilka dni temu Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na przejęcie go przez Francuzów z BNP Paribas. Na razie zastrzegła, że polska nazwa banku musi pozostać. Jak jednak pokazuje doświadczenie, Francuzi prędzej czy później będą chcieli pozbyć się elementów starej polskiej marki. I chociaż zarówno BZ WBK, jak i BGŻ od lat pozostają w zagranicznych rękach, znów pojawia się pytanie, czy tracąc kontrolę nad naszymi bankami, nie tracimy również kontroli nad naszą gospodarką.

UCZEŃ PRZERÓSŁ MISTRZA

– Nasz region jest fenomenem na skalę europejską. Nigdzie indziej udział zagranicznego kapitału w aktywach sektora bankowego nie jest tak duży jak u nas. W Polsce wynosi obecnie ok. 60 proc., podczas gdy w głównych krajach Europy Zachodniej jest o ponad połowę mniejszy. Włochy, Niemcy, Wielka Brytania są praktycznie zamkniętymi rynkami. Nie dopuszczają do siebie obcych inwestorów – mówi Paweł Borys, dyrektor pionu analiz i strategii PKO BP, jednego z niewielu banków z dominującym polskim kapitałem. Przez lata prywatyzacji polskich instytucji finansowych kapitał zagraniczny bardzo się u nas rozgościł. W latach 90. miało to swoje pozytywne strony. Polskie banki były wtedy słabe, nie miały odpowiednich standardów, cierpiały na brak dobrze wyszkolonej kadry. Przypływ zagranicznych inwestorów zrównał je z zachodnimi gigantami bankowości. Ale po kilkunastu latach Polska wyprzedziła swoich nauczycieli, stając się liderem nowoczesnej bankowości. Według raportu firmy badawczej comScore ponad połowa polskich internautów korzysta z bankowości internetowej. Jesteśmy w tym lepsi od Niemców, Norwegów, Belgów czy Duńczyków. Podczas gdy w Polsce wydano już ponad 20 mln kart zbliżeniowych, na Zachodzie technologia PayPass dopiero raczkuje.

I co najważniejsze: dla zagranicznych właścicieli nasz kraj stał się idealną maszynką do zarabiania pieniędzy. Według najnowszych danych NBP zysk sektora bankowego w okresie styczeń-lipiec 2014 r. wzrósł o 9,6 proc. i wyniósł 10,45 mld zł. Tymczasem firma doradcza KPMG ostrzega, że w brytyjskie banki wkrótce może uderzyć kolejny kryzys. Włosi muszą ratować się kroplówką z Europejskiego Banku Centralnego, pożyczając stamtąd setki miliardów euro. Na podobnych dopalaczach utrzymują się też Hiszpanie. Nic więc dziwnego, że polski sektor bankowy stał się dla zagranicznych inwestorów świetną kieszenią do drenowania.

BANKOWE DZIECIOBÓJSTWO

– Jak zagraniczni inwestorzy traktują polskie banki, najlepiej było widać w trakcie kryzysu finansowego. Chociaż nasza gospodarka nie była w takim dołku jak na zachodzie Europy, to zagraniczni właściciele polskich banków ograniczyli nam dostęp do kredytów, a zysk wypracowany przez polskie spółki córki przeznaczyli na ratowanie ich zagranicznych matek – komentuje prof. Robert Gwiazdowski ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Tylko przez pierwsze trzy kwartały 2012 r. zagraniczne banki wycofały ze swoich polskich spółek prawie 15 mld zł. Zdaniem dr. Marka Łangalisa z Instytutu Globalizacji podobnie dzieje się z dywidendą. Pod tym względem zeszły rok był dla banków wyjątkowo obfity. BZ WBK wypłacił jej ponad miliard złotych. 60 proc. trafiło jednak do Hiszpanów z Santandera. Pekao SA na dywidendę przeznaczył w tym roku ponad 2,61 mld zł. Połowa tej kwoty należy się większościowemu właścicielowi, czyli włoskiej grupie UniCredit. ING Bank Śląski zdecydował, że z zysku za 2013 r. na dywidendę trafi w tym roku ponad 572 mln zł. Trzy czwarte przysługuje grupie ING z Holandii. – Banki muszą zarabiać i przynosić zyski. Chociaż wiadomo, że dywidenda to święte prawo właściciela, lepiej byłoby, gdyby pieniądze zarobione dzięki polskim klientom były reinwestowane u nas w kraju, a nie eksportowane za granicę – mówi dr Łangalis.

I nawet kiedy Polska daje zarobić prezesom bankowych molochów z Hiszpanii, Francji czy Włoch, oni sami nie są za bardzo zainteresowani tak peryferyjnym rynkiem, jakim jest Polska. – Są zbyt daleko Polski. Nie rozumieją polskiego klienta, naszych przedsiębiorców, specyfiki naszej gospodarki – mówi Paweł Borys z PKO BP. – Podejmowanie strategicznych decyzji nie następuje w Warszawie, tylko w Mediolanie, Paryżu czy Amsterdamie. Tam, gdzie znajduje się siedziba centrali. Nikt tam nie będzie się przejmował rozwojem gospodarczym w jakimś dalekim kraju na drugim końcu Europy – dodaje dr Łangalis.

Zdaniem byłego wiceministra finansów Stefana Kawalca dominacja kapitału zagranicznego w polskich bankach może doprowadzić do kłopotów ze sfinansowaniem dużych inwestycji w energetyce. „Banki z krajów Unii Europejskiej i Norwegii niechętnie będą finansować wydobycie gazu łupkowego i elektrownie węglowe. Wątpliwe, by niemieckie, austriackie, holenderskie czy skandynawskie instytucje finansowe chciały kredytować energetykę jądrową. Z kolei francuskie nie będą jej finansować, o ile nie będziemy się opierać na francuskiej technologii” – mówił Kawalec w jednym z wywiadów. Podobnego zdania jest prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło. Twierdzi, że jeżeli decyzje w sprawie działania polskich banków zapadają gdzieś daleko poza Warszawą, na naszym rynku może to powodować turbulencje. Dla przykładu Włosi czy Francuzi mogą nagle stwierdzić, że za pięć lat pogorszy się koniunktura w przemyśle chemicznym. Wtedy do 30 krajów z centrali idzie rekomendacja, żeby ograniczyć kredytowanie dla tej branży. Mimo że polska chemia może być wtedy w dobrej kondycji, banki nie będą pożyczać pieniędzy.

AKCJA – REPOLONIZACJA

– Zarządzanie ryzykiem w dużych, międzynarodowych grupach finansowych rządzi się szczególnymi prawami. Znam wiele sytuacji, kiedy banki z polskim kapitałem też odmawiają udzielenia kredytów, bo nie mogą ze względów ostrożnościowych finansować niektórych ważnych dla gospodarki projektów – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. „W latach 2008-2012 Polska została liderem pod względem wzrostu udziału kapitału krajowego w sektorze bankowym – zwiększył się on z 25 do 44 proc.”– czytamy we wrześniowym raporcie ZBP. – Mamy przodujący polski bank PKO BP, rozległy Bank Pocztowy, Bank Ochrony Środowiska, Getin Bank, Bank Gospodarstwa Krajowego, 570 banków spółdzielczych – wymienia jednym tchem Pietraszkiewicz.

Jednak zdaniem ekspertów tych kilka polskich instytucji finansowych to i tak za mało. W większości krajów Europy Zachodniej udział kapitału zagranicznego w sektorze bankowym nie przekracza 20 proc. W takich krajach jak Włochy, Niemcy, Hiszpania czy Francja oscyluje wokół 10 proc. W Szwecji czy Holandii wynosi jeszcze mniej. Nic więc dziwnego, że w Polsce też pojawiają się głosy, żeby wykurzyć z kraju zagraniczny kapitał i z powrotem repolonizować część banków.

Na Węgrzech rząd Victora Orbána odkupił za 55 mln euro zagraniczne aktywa. W ten sposób połowa tamtejszego sektora bankowego znów jest w narodowych rękach. Zdaniem prof. Gwiazdowskiego tego typu podejście nie ma w Polsce sensu. – Nie po to w latach 90. sprzedawaliśmy banki, żeby teraz odkupywać je z pieniędzy podatników. Państwo nie jest od tego, żeby prowadzić działalność bankową – tłumaczy. Według niego na zakupy powinny wybrać się takie polskie instytucje jak BOŚ, BGK albo PKO BP. Ale po tym, jak w kwietniu tego roku największy polski bank przejął za 2,8 mld zł polską część skandynawskiej Nordei, reszcie nie za bardzo chce się sięgać do kieszeni po pieniądze. Borys z PKO BP miał nadzieję, że w ślad za jego bankiem pójdzie również PZU. Kilka miesięcy temu prezes ubezpieczeniowego giganta Andrzej Klesyk ujawnił, że wprawdzie miał plan przejęcia BGŻ i Alior Banku, ale w sprawie tego pierwszego ubiegli go Francuzi z BNP Paribas. Gdyby transakcja doszła do skutku, PZU weszłoby do czołówki polskiej bankowości, tworząc szósty co do wielkości bank w Polsce. Jak na razie nie ma szans na kolejne zakupy. Polska scena bankowa po serii przejęć jest zabetonowana. Trudno więc będzie nam dobić do zachodnich standardów, gdzie w rękach zagranicznych znajduje się zaledwie kilka procent sektora bankowego. Tam jednak system bankowy rozwijał się przez kilkaset lat. U nas dopiero niedawno wkroczył w dorosłość. �

Okładka tygodnika WPROST: 38/2014
Więcej możesz przeczytać w 38/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0