Pomożemy Swoim Ludziom

Pomożemy Swoim Ludziom

Ludowcy tylko przypominają partię polityczną, bo naprawdę są wielkim biurem pośrednictwa pracy. Tak przynajmniej wygląda to w Szczecinie.

Prezes ogłosił, że potrzebuje stanowisk dla młodych. A Józef Kaliszewski młody już nie był, dobijał siedemdziesiątki. Miał najdłuższy staż partyjny w całym szczecińskim PSL, ale wciąż blokował dobrze płatne stanowisko wicedyrektora regionalnej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, choć mógł być na emeryturze. Prezes ludowców Jarosław Rzepa odbył z nim więc kulturalną dyscyplinującą rozmowę i polecił jak najszybciej złożyć rezygnację, bo potrzebuje miejsc dla swoich ludzi. Dyrektor Kaliszewski się jednak postawił i odmówił. Wtedy został zaproszony na posiedzenie rady wojewódzkiej PSL, by wytłumaczył się przed kolektywem ze swoich wybryków.

– Prezes Rzepa wyjaśnił, że kolega Kaliszewski został wezwany, bo zachował się niegodnie – mówi Zbigniew Pomieczyński, do niedawna wiceprezes PSL w Szczecinie. Opowiada, iż Kaliszewski próbował się tłumaczyć, że podporządkuje się woli prezesa, tylko nie teraz. Poprosił o półroczną zwłokę, bo zmarła mu żona i ma na utrzymaniu pięć osób. W geście dobrej woli przesłał nawet do PSL wypowiedzenie, ale, niestety, z półrocznym wyprzedzeniem. – To się bardzo prezesowi nie spodobało i kazał swojemu człowiekowi w Warszawie natychmiast go wyrzucić – opowiada Pomieczyński. Pamięta, że głos zabrała skarbniczka PSL Helena Rudziś-Gruchała. – Jak pan się podzieli z PSL swoją pensją, to może pan zostać do stycznia – powiedziała. Pomieczyński: – Czy on doczekał, to nie wiem. Bo odszedłem z partii. Sprawdziłem w szczecińskim ARiMR. Kaliszewskiemu pozwolono odejść w styczniu, a jego miejsce zajął Franciszek Brudło, działacz PSL ze Stargardu Szczecińskiego. To dla niego prezes Rzepa potrzebował stanowiska.

PARTYJNY POŚREDNIAK

PSL to biuro pośrednictwa pracy dla działaczy, które tylko udaje partię polityczną. Tak wynika z tego, co dziś opowiada wiceprezes zarządu wojewódzkiego Zbigniew Pomieczyński. Według niego PSL zajmuje się głównie załatwianiem pracy dla swoich działaczy, a oni w zamian płacą ryczałt od swoich pensji na rzecz partii. Dzięki tej partyjnej maszynie tysiące działaczy PSL obejmuje rządowe i samorządowe posady, a PSL ma stały dopływ gotówki. Według Pomieczyńskiego za etaty zdobyte dzięki rekomendacji PSL trzeba płacić od 50 do 150 zł miesięcznie, a wysokość opłaty zależy od zajmowanego stanowiska. W województwie zachodniopomorskim w ten sposób PSL dotuje około 50 osób, a jest to region najsłabszy pod względem kadrowym. Dzięki temu do wojewódzkiej kasy partii wpływa nawet 90 tys. zł rocznie. Na każdym przelewie obdarowani stanowiskami muszą napisać: „dobrowolna wpłata”. Te sprawy dokładnie reguluje uchwała Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, którą każdy członek musi respektować. Dlaczego płacą? – Muszą, nie mają innego wyjścia, jeśli chcą mieć pracę. Ale zapewniam pana, że w razie przegranych wyborów żaden z tych, którzy dziś płacą, nie przyznałby się do PSL.

Jak ktoś nie zapłaci, może stracić pracę. To groziło kierownikowi świnoujskiego ZUS, członkowi PSL, który ociągał się z płaceniem. – Nie chciał płacić, bo uważał, że PSL wcale mu nie pomógł w załatwieniu stanowiska. Migał się, skarżył się i ociągał. Więc prezes Rzepa zadzwonił do mnie, bym mu przekazał, że jak nie zapłaci, to go wyrzuci z roboty. Jarosław Rzepa to najpotężniejsza figura w zachodniopomorskim PSL – jest członkiem zarządu województwa zachodnio pomorskiego i od dwóch lat prezesem zachodniopomorskiego PSL. To on – według Pomieczyńskiego – rozdziela wszystkie stanowiska w województwie i dba, by regularnie spływały wpłaty. – Nie ma czegoś takiego jak haracz – tłumaczy prezes Rzepa. A co jest? – Jest uchwała rady naczelnej, której nie będę ani tłumaczył, ani kwestionował. Ja też mam stanowisko członka zarządu województwa z rekomendacji PSL i odprowadzam dobrowolną składkę. – Ile?

– Pozwoli pan, że nie powiem. W uchwale NKW PSL jest wszystko wyszczególnione: ile płaci prezes agencji, ile członek zarządu, a ile dyrektor wydziału. Przecież w PO czy PiS wszyscy robią to samo.

W BIAŁYCH RĘKAWICZKACH

Na większość stanowisk w administracji państwowej, samorządowej czy w rządowych agencjach obowiązują konkursy. Ale większość konkursów zostaje rozstrzygnięta przed ogłoszeniem. W., który brał udział w konkursie na stanowisko dyrektora Centrum Rehabilitacji Rolników KRUS „Sasanka” w Świnoujściu, zrozumiał jeszcze przed rozmową konkursową, że nie ma szans na zwycięstwo (KRUS od lat podlega sferze wpływów PSL). – Wszystko odbyło się w białych rękawiczkach – mówi. – Była komisja z Warszawy, którą przysłał minister Marek Sawicki, było przesłuchanie i było głosowanie, które przegrałem. Ale przed przesłuchaniem jego jedyna konkurentka, Anna Wawrzynkiewicz, podeszła do niego i powiedziała, że niepotrzebnie się fatygował, a potem zaprosiła go do odwiedzenia w przyszłości ośrodka, jakby już była gospodarzem. I dodała, że będzie mógł korzystać z sanatorium na specjalnych warunkach.

Zbigniew Pomieczyński twierdzi, że również konkursy w warszawskiej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa są ustawiane. Jego zdaniem na dwa miesiące przed ogłoszeniem konkursu na stanowisko wiceprezesa ARiMR w Warszawie szczeciński PSL wiedział, że zwycięży Cezary Szeliga, członek szczecińskiego PSL i bliski współpracownik prezesa Jarosława Rzepy. Skąd to było wiadomo? Bo do PSL-owskiego wicewojewody zachodnio pomorskiego, Ryszarda Mićko, zadzwonił minister rolnictwa Stanisław Kalemba. Powiedział, że dostał polecenie od szefa PSL Janusza Piechocińskiego, by zatrudnić Szeligę w Agencji. Mićko podzielił się wtedy tą informacją z innymi członkami stronnictwa.

Zbigniew Pomieczyński jest jak świadek koronny w procesach karnych. Przez 21 lat był działaczem PSL, poznał partię od wewnątrz, doszedł do stanowiska wiceprezesa wojewódzkiego i gdy zaczął być spychany na margines, postanowił ujawniać mechanizmy działania. Twierdzi, że poszło o przywództwo. Dwa lata temu, po wyborach regionalnych, nowo wybrany prezes Jarosław Rzepa przyjechał do niego i obiecywał: – Jak tylko załatwię pracę Szelidze i sobie, to ja ci ten PSL oddam. Ja nie chcę rządzić. – Tylko że mu się to rządzenie spodobało i nie chciał oddać władzy – żali się Pomieczyński, który od tego momentu zaczął konkurować z Rzepą i gromadzić dokumenty świadczące o nieprawidłowościach w szczecińskim PSL.

SPALIĆ DOWODY

W listopadzie ubiegłego roku wiceprezes Zbigniew Pomieczyński pojechał z teczką dokumentów do Warszawy, by pokazać je Jarosławowi Kalinowskiemu, szefowi Naczelnego Komitetu Wykonawczego, czyli najwyższej władzy w PSL. Z dokumentów miało wynikać, że prezes szczecińskiego PSL wymusza dobrowolne opłaty od członków, nie rozlicza się z pieniędzy i załatwia zatrudnienie dla swoich partyjnych kolegów. Pomieczyński twierdzi, że pojechał tam z troski – bo za wynajęcie lokalu PSL w Świnoujściu częściowo płacił miejscowy komornik, co było niezgodne z ustawą i groziło utratą finansowania z budżetu państwa. – Kalinowski, jak zobaczył dokumenty, najpierw kazał je spalić, a potem obrócił się na pięcie i wyszedł – opowiada Pomieczyński.

W grudniu ubiegłego roku zarząd powiatowy PSL w Świnoujściu złożył doniesienie do CBA i prokuratury na radę naczelną PSL i kierownictwo partii. Trzy miesiące później zawiadomili Państwową Komisję Wyborczą, że rada naczelna mogła złamać przepisy o finansowaniu partii politycznych. A na koniec 52 działaczy ze Świnoujścia na znak protestu opuściło partię. Wojciech Godyński, który składał wówczas doniesienia, mówił, że finanse partii są niejasne i sprzeczne z obowiązującym prawem, faktury fałszowane, pieniądze pozyskiwane nielegalnie, a ponadto tworzony jest w PSL fundusz „lewej kasy”, by obejść restrykcyjną ustawę o finansowaniu partii politycznych. Dziś jednak żadnych szczegółów nie pamięta. – Jestem przeziębiony i nic nie mogę sobie przypomnieć – mówi Godyński, który nie poinformował kolegów, że szczecińska prokuratura trzy miesiące temu umorzyła śledztwo w tej sprawie, przez co uniemożliwił im złożenia zażalenia.

POMOC NAUKOWA

Podczas śledztwa nie został przesłuchany ani prezes PSL, ani kierownictwo ZUS, które od lat jest rezerwuarem etatów dla szczecińskiego PSL. Nawet jeśli działania PSL opisane przez Wojciecha Godyńskiego nie są przestępstwami, to pokazują nieznane kulisy funkcjonowania tej partii na szczeblu lokalnym, gdzie zaciera się granica między partią, administracją państwową i ważnymi instytucjami państwa. Zbigniew Pomieczyński opowiada, że pewnego razu zadzwonił do biura PSL w Świnoujściu wicedyrektor szczecińskiego ZUS Bohdan Ruszkowski. Powiedział, że dzwoni w imieniu prezesa Jarosława Rzepy, który prosił o załatwienie pracy Włodzimierzowi Jurczykowi, działaczowi PSL. Miał on zostać kierownikiem referatu w Świnoujściu.

Pomieczyński: – Mówił, że nie mają z nim żadnego kontaktu, a trzeba mu dostarczyć pytania, żeby się na przesłuchaniu nie wyłożył. Potem wysłał mi maila, ja go dostarczyłem Jurczykowi, a gdy go spotkałem kilka dni później, powiedział, że pomoce naukowe nadesłane przez dyrektora bardzo mu się przydały. Do dziś Pomieczyński przechowuje ten nadesłany przez dyrektora plik.

Włodzimierz Jurczyk konkurs na kierownika delegatury ZUS wygrał w ubiegłym roku. Przez sekretarkę przekazał, że nie będzie rozmawiał na temat swojej nominacji. Jego dawni koledzy z PSL mówią, że nie miał szans przegrać: był przecież jedynym kandydatem, dostał wcześniej pytania i odpowiedzi, a na dodatek w komisji konkursowej zasiadał dyrektor Ruszkowski. Dyrektor Ruszkowski zaprzeczył, by kogokolwiek nielegalnie wspierał podczas konkursu. To zrozumiałe. W czwartek został kandydatem PSL na prezydenta Szczecina. Gdy zwycięży, otworzy PSL drogę do tysięcy miejskich etatów. �

Okładka tygodnika WPROST: 39/2014
Więcej możesz przeczytać w 39/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także