LEKSYKON III RP

LEKSYKON III RP

Dodano: 
"Skrzydlate słowa" polityki polskiej
"Szok kontrolowany" Leszka Balcerowicza, "Czyja będzie Polska?" Jana Olszewskiego, "Nieszczęsny dar wolności" księdza Józefa Tischnera - za każdym z takich haseł kryje się cały rozdział najnowszej historii Polski. W serii drugiej "Skrzydlatych słów" Henryka Markiewicza i Andrzeja Romanowskiego obok Szekspira figuruje Lech Wałęsa, a obok Boccaccia - Bogumiła Boba. Dziesiątki powiedzonek, aforyzmów i stwierdzeń ostatniego dziesięciolecia zaświadczają bezdyskusyjnie: mieliśmy długi i udany karnawał polityczny.

Skrzydlata myśl religijna w 1979 r. wybrzmiała na placu Zwycięstwa z ust Jana Pawła II tonem patetycznym i sprawczym: "Nie można (...) bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski (...). Nie sposób zrozumieć tego Narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną, bez Chrystusa". Po dekadzie lat 80., kiedy wezwania papieża interpretowano jako uwznioślającą inspirację polityczną, jego przesłanie przejęła egzekutywa. "Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt - najważniejsze, aby Polska była katolicka" - deklarował Henryk Goryszewski w 1993 r. w trakcie liturgicznej celebry. Trzeźwiejsi politycy ostrzegali w ślad za przebłyskiem krytycyzmu, jakim Jarosław Kaczyński wykazał się w 1991 r.: "Najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe". Polemika z głosami krytycznymi nie była przewidziana: "Kościół (...) nie może odpowiadać na ujadanie podwórkowych kundelków" - uzasadniał w 1991 r. prymas Józef Glemp. Wkrótce i jego samego prześcignęli w gorliwości zwolennicy "dokańczania rewolucji": "Gwiazda Dawida jest wpisana w symbole swastyki oraz sierpa i młota" - objaśniał ksiądz prałat Henryk Jankowski. Akcja przyniosła reakcję. Sfery młodzieżowo-rockowe przejęły od Pawła Kukiza refren "ZChN się zbliża", który inteligencja przekładała na bardziej wystylizowany szlagwort z kabaretu Olgi Lipińskiej: "Niech ręka Boska broni mnie/ Przed pychą i nadgorliwością/ Twych urzędników, Panie B.".
Teoretyczną refleksję polityczną dwóch ostatnich dekad dobitnie streszcza zdanie kilkakrotnie powtórzone przez redaktora Jerzego Giedroycia: "Polską ciągle rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego". Pragmatykę powszednią naszej polityki w wersji farsowej zapowiedział Jacek Kuroń, obejmując w 1989 r. posadę ministra pracy: "Dobrze to może nie będzie, ale na pewno śmieszniej". Apokaliptyczną wersję wydarzeń zarysował natomiast w 1990 r. Andrzej Celiński, określając polską klasę polityczną jako "gromadę chamowatych, spoconych w pogoni za władzą mężczyzn". Najdobitniejszą myśl polityczną dekady wypowiedziała jednak osoba spoza branży. Aktorka Joanna Szczepkowska orzekła krótko po przełomowych wyborach: "Proszę państwa,
4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm". Tragiczną sytuację kraju w dobie "radości z odzyskanego śmietnika" czynni politycy próbowali motywować historycznie. "Czterdzieści pięć lat komunizmu wyrządziło Polsce więcej szkód niż okupacja hitlerowska" - tę śmiałą myśl historiozoficzną premier Jan Krzysztof Bielecki upowszechnił w 1991 r. na 
międzynarodowej konferencji w Davos.W kwestii uskrzydlania polszczyzny wystąpiła wyraźna asymetria polityczna. Lewica wyspecjalizowała się w produkcji ostrożnego i bezbarwnego słowo- toku, z którego żadne żywsze sformułowanie nie zahacza się w pamięci.Głęboko w historii pozostało: "Mówię bez kartki, z głowy, czyli z niczego" tow. Zdzisława Grudnia czy "trynd" tow. Jana Szydlaka. Z sarkastyczną satysfakcją wypomina się najwyżej epokową komendę tow. Mieczysława Rakowskiego z ostatniego zjazdu w 1990 r.: "Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - wyprowadzić!".Natomiast prawica ukwieciła życie publiczne wręcz nadmiarem retorycznych fajerwerków. Tu nie dał się nikomu wyprzedzić Lech Wałęsa.
"Jestem "za", a nawet "przeciw"", "Dwie nogi", "Czuj się odwołany", "Prezydent z siekierą", "Wojna u góry" - za każdym z tych sformułowań stoi kawałek najnowszej historii.
Z rzadka w ostatniej dekadzie uskrzydlali swoje teksty artyści, chociaż i oni zaczęli patetycznie - tekstem Ernesta Brylla z 1989 r., poety, który szybko zajął etat w dyplomacji: "Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż". Z latami coraz częściej ich twórczość przenikała na szersze forum jako przypis do kwestii bardziej fundamentalnych, na które monopol przejęli politycy. Niespodziewanie drugiej młodości doczekała się PRL-owska rupieciarnia. Pytanie z filmowej agitki "Gdzie jest generał?" stosowano z początkiem dekady do gen. Jaruzelskiego. Swojskie "Pawlak, podejdź no do płota" z 1967 r. eksploatowano na nowo za rządów innego Pawlaka, opromienionego zresztą pamiętną wypowiedzią utytułowanej piękności: "Premierowi się nie odmawia". Patetyczną pieśń Krzysztofa Dowgiałły z 1970 r.: "Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chylonii..." przestano pamiętać w emfatycznym wykonaniu Krystyny Jandy - w wersji prześmiewczej i zdystansowanej przywołali ją pijani ubecy z "Psów". Piosenkarze, których refrenami PRL-owska publiczność przerzucała się przez dziesięciolecia, trafiają na pierwsze strony gazet tylko wtedy, gdy uda im się zgrabną frazą streścić sejmowy słowotok. Na tej zasadzie przybliżył masom sztukę rapu Kazik Staszewski, który z sopockiej sceny zażądał w 1992 r.: "Wałęsa, dawaj moje sto milionów". W politykę poczuł się wplątany nawet ponadczasowo pogodny Andrzej Sikorowski, którego refren z 1994 r.: "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa" wyraźnie zrymował się z powszechną niechęcią do "Warszawki". Na uwagę mogą liczyć jeszcze ludzie związani ze sztuką, znalazłszy się w sytuacji skrajnej. Wers: "Umrzeć - tego nie robi się kotu" Wisławy Szymborskiej zyskał pogłos dopiero po Nagrodzie Nobla dla poetki. Również sądy Wiesława Pawła Szymańskiego nie opuściłyby z pewnością kart polonistycznych biuletynów, gdyby nie rozliczeniowy zapał badacza, wyrażony ocenami radykalnymi, a dociekliwymi, na przykład: "Życie erotyczne Marii Dąbrowskiej było, delikatnie mówiąc, bardzo nieuporządkowane". Punktem dojścia słownej twórczości aforystycznej stały się slogany reklamowe. Paulina Fedak upamiętniła się dzięki: "Oj plama, plama, co za pech" oraz "Podaruj sobie odrobinę luksusu". Duet Iwo Zaniewski Kot Przybora wypłynął dzięki reklamie browaru Okocim: "Mariola ma oczy piwne, Mariola Okocim spojrzeniu".
Niektóre frazy były tak trafne, że oddzieliły się od swoich autorów i zostały uznane za dobro wspólne. Bez autora pozostaje pytanie: "Czy biel może być jeszcze bielsza?", zachęta: "Poznaj siłę swoich pieniędzy", prośba: "Komuno, wróć!" i rozkaz: "Księża na księżyc". W powszechnej pamięci utrwaliły się również powiedzonka, których kontekst rozpłynął się w pamięci. Któż bowiem może dziś zrekonstruować okoliczności, w jakich senator Andrzej Kern wygłosił z trybuny sejmowej zdanie: "Jak każdy mężczyzna noszę przy sobie narzędzie gwałtu". Albo powód upublicznienia własnego doświadczenia pedagogicznego przez Marka Jurka: "Dzieci, które nie dostają w skórę, są mniej współczujące i bardziej histeryczne". Zasadniczo nie pamięta się też, od kogo i za co wybaczenia domagał się w 1991 r. Zbigniew Bujak, tytułując swoją książkę: "Przepraszam za "Solidarność"".
Okazało się także, że bez nowych, oszlifowanych w praktyce politycznej pojęć w ogóle nie da się nazwać polskiej rzeczywistości. Do tej bazy pojęciowej należą terminy: "katolewica" (Stefan Niesiołowski), "przypadkowe społeczeństwo" (Halina Nowina-Konopczyna), "falandyzacja prawa" (Ewa Milewicz), "pampersi" (Wiesław Władyka), "lewica laicka" (Adam Michnik), "dekretynizacja" (Grzegorz Kołodko) czy "Rzeczpospolita druga i pół" (Jerzy Diatłowicki). Ta nadpodaż staje się kłopotliwa. Życie publiczne zyskuje więc wzgardliwy szyld "Polskie zoo" (Marcin Wolski), wybrzmiewa nad nim publicystyczne requiem "Coś w Polsce pękło, coś się skończyło" (Jacek Żakowski). To rozpanoszone wielosłowie niektórych przejmuje lękiem. Danuta Zofia Mastalska na łamach "Niedzieli" pytała już w 1993 r.: "Czyż ta "polska wieża Babel" nie domaga się zdrowej, humanistycznej i patriotycznej cenzury?".
Okładka tygodnika WPROST: 27/1998
Więcej możesz przeczytać w 27/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także