"Toksyczni bliźniacy" z Aerosmith: Jesteśmy jak porządna stara maszyna

"Toksyczni bliźniacy" z Aerosmith: Jesteśmy jak porządna stara maszyna

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Steven Tyler i Joe Perry, fot. MB2 / newspix.pl / Źródło: Newspix.pl
Musisz mieć powód, żeby grać. I ciężko zasuwać – tłumaczą sukces zespołu Steven Tyler i Joe Perry, liderzy legendarnej grupy Aerosmith.
Znani jako „toksyczni bliźniacy” mogliby spokojnie zagrać w kolejnej części „Piratów z Karaibów” zamiast Johnny’ego Deppa i Keitha Richardsa. Wciąż są identyczni, choć widać encyklopedię używek XX w. wypisaną na ich twarzach. Podobnie jak ich chrzestni ojcowie z The Rolling Stones zdecydowali się na jeszcze jedną trasę koncertową. Światowe tournée miało się rozpocząć w Stambule. Występ został jednak odwołany z powodu tragedii w tureckiej kopalni. U nas koncert odbył się bez przeszkód w Łodzi.

Pamiętacie jeszcze moment, w którym pomyśleliście: „OK, chyba się udało, to właśnie będzie nasze zajęcie”?

Steven Tyler: Graliśmy gdzieś kilka małych koncertów i wróciliśmy do naszego rodzinnego Bostonu. Autostopem. Mieliśmy grać koncert na powietrzu jako support dla Sha Na Na, tych, co zrobili takie zamieszanie na Woodstock. Było z 10 tys. ludzi. I w pewnym momencie wszyscy podrzucili w górę puszki po piwie i dosłownie zasłonili słońce. Serio.

Joe Perry: Właśnie skończyłem pisać o tym w książce. To był 1971 r.

Co z dzisiejszej perspektywy uważacie za wasz największy sukces?

S.T.: Napisaliśmy kilka fajnych piosenek, nagraliśmy sporo niezłych płyt, ale chyba jednak to, że wciąż gramy razem, wciąż wychodzimy na scenę w tym samym od lat składzie, jest czymś, co nas samych zdumiewa. Kiedy spotkaliśmy się znowu razem w studiu z naszym pierwszym producentem Jackiem Douglasem, okazało się, że jesteśmy jak porządna stara maszyna. J.P.: Która lada chwila może wypaść z szyn, ale zasuwa dalej. Nasze wcześniejsze rozstanie, z kilku powodów słuszne w tamtym czasie, nie było niczyją winą, ani Stevena, ani moją, ani nikogo z chłopaków. Po prostu się rozeszliśmy, każdy w swoją stronę.

Mówiliście ostatnio, że być może nie nagracie już nowej płyty. Może powinniście pomyśleć o solowych albumach.

S.T.: Joe coś takiego planuje. J.P.: Tak, w październiku wychodzi moja książka. Jest plan, żeby towarzyszyła jej płyta, pewnie odgrzebię kilka starych numerów z szuflady. Najgorsze, że zgodziłem się na nagranie audiobooka, to niewiarygodnie upierdliwa praca, Jezu. Ty swoją książkę też nagrywałeś? S.T.: Tak, i teraz nie wiem, czy nie żałuję.

Czy zespół Aerosmith mógłby powstać poza Bostonem?

S.T.: Przyjechaliśmy do Bostonu z New Hampshire, bo to było najbliższe duże miasto. A wytwórnie muzyczne potrzebowały wówczas etykietki „brzmienie z Bostonu”. Do Nowego Jorku było wystarczająco blisko, żeby tam grać, ale nie da się mieszkać w tym grajdole. Boston to bardzo europejskie miasto. J.P.: To miasto uniwersyteckie, przyjeżdża tam masa młodych ludzi, którzy za chwilę będą decydować o tym, co robić w życiu, miejsce z klasą, takie bardzo światowe, są tam zdecydowanie kreatywne wibracje, świetne do dorastania. Inne miasta amerykańskie wciąż próbują bezskutecznie dogonić Boston. No i powstało tam sporo świetnej muzy. S.T.: I jest jeszcze tajne stowarzyszenie naukowe, sekta zwana MIT [Massachusetts Institute of Technology – red.], które czyta w myślach ludzi całego świata.

Na czym polega tajemnica długowieczności zespołu?

J.P.: Ukształtowały nas lata 70. Granie razem, przebywanie razem, wspólne pisanie piosenek, które, jak się teraz okazuje, przetrwały próbę czasu. To była baza, na której zbudowaliśmy całą karierę. Mieliśmy powód, by grać. Kiedyś występowaliśmy w klubie, do którego na nasz koncert nie przyszedł absolutnie nikt. Pytamy właściciela, czy iść do domu, a on na to: „Nie, grajcie”. I zagraliśmy supersztukę dla niego i dla nas samych. O to chodzi. Musisz mieć powód, żeby to robić. Niech to będzie nawet kupno nowej sukienki dla twojej dziewczyny. Tych powodów często współcześnie brakuje młodym muzykom. S.T.: Jest jeszcze jeden powód. To magia. Ostatnio zrozumiałem to po przebudzeniu. Tworzenie dźwięków z niczego. Z powietrza. To tak jak wzięcie garści ziemi i stworzenie rośliny. W każdej kreacji jest element magii, który ma szalone znaczenie dla twojego poczucia wartości. Pod tym względem wszyscy jesteśmy szamanami.

J.P.: No i praca. Nasza piątka umówiła się, że chcemy coś osiągnąć i zrobimy naprawdę wszystko, żeby się udało. A to oznacza po prostu ciężką pracę. Kropka. Zabrzmię jak stary dziad, ale uważam, że teraz nikomu nie chce się już tak ciężko zasuwać.

To jednak zdumiewające, że wciąż was to kręci. Pieniądze?

J.P.: Nie, ciekawość. Przeżyliśmy tyle etapów rozwoju branży, dziś mamy technologię, o której nikomu się nawet nie śniło. I zawsze byłem ciekaw, jak sobie poradzimy na kolejnym etapie. S.T.: Weź takie MTV. To była wtedy absolutna rewolucja. Nagle mogłeś robić do swojej muzyki całe filmy. Prawie nam to uciekło, bo akurat kiedy stacja startowała, byliśmy na etapie kłótni i rozstań. No, ale potem okazało się, że i tu idzie nam całkiem nieźle. Niedługo pewnie wymyślą coś takiego, że wyświetlą nas na wielkim ekranie w 3D. Obyśmy tego nie dożyli! J.P.: Przed trasą taką jak ta spotykamy się każdy z nowym bagażem doświadczeń i zaczynamy od nowa. Tu nie ma żadnej technologii. Jestem zawsze ciekaw kilku pierwszych koncertów, kiedy się docieramy, szczególnie po tak długiej przerwie.

Co pamiętacie z pobytu w Polsce dokładnie 20 lat temu?

S.T.: Najbardziej wbił mi się w pamięć ten monstrualny pałac w centrum Warszawy, podobno prezent od Stalina. Obiecałem sobie wtedy, że kiedyś tu wrócę. J.P.: Polska wychodziła wtedy dopiero z komunizmu, było czuć, że patrzycie w przyszłość.

Ksywa „Toxic Twins” przylgnęła do was już na zawsze.

J.P.: Najzabawniejsze jest to, że ochrzczono nas tak dopiero po naszym kolejnym powrocie jako Aerosmith. W latach 70. nikt nas tak nie nazywał, choć, jeśli w ogóle, to właśnie wtedy to określenie miało jakieś podstawy w rzeczywistości. To był zdaje się kolejny wynalazek epoki MTV.

Wywiad ukazał się w numerze 25 /2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania.
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku.
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.

Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore  GooglePlay

 1

Czytaj także