Milowym krokiem

Milowym krokiem

Mówią, że jesteś stary, gruby i wolny. I że się skończyłeś. A ty robisz psikusa i nagle zadziwiasz całą Polskę.

Opowieść o Sebastianie Mili to trochę amerykańska historia. Wydaje się, że już znikasz ze sceny, powoli odchodzisz. Pewnie dziennikarze sportowi za chwilę na pożegnanie napiszą ten słynny banał polskiej piłki: „Zdolny chłopak, ale do końca nie wykorzystał szansy”. Ale ty robisz zwrot i się nie żegnasz, wracasz na środek sceny, dajesz przedstawienie roku. Strzelasz mistrzom świata bramkę w meczu sezonu. W następnym spotkaniu ośmieszasz Szkotów i podajesz tak, jak robili to Andrea Pirlo czy kiedyś Kazimierz Deyna. Filmowa historia. Z wieloma zwrotami akcji.

KOSZULKA OD TATY

Można powiedzieć, że Mila był skazany na granie. Jego ojciec był piłkarzem Gwardii Warszawa i trenerem w Koszalinie. Pan Stefan krótko trzymał młodego Sebastiana. W jednym z wywiadów Mila opowiadał o sytuacji na meczu ligowym, gdy miał 12, może 14 lat. Sfaulował przeciwnika, sędzia odgwizdał przewinienie. I dyskretnie poradził młodemu blondynkowi, żeby przypadkiem nie patrzył za linię autową, gdzie stoi jego mocno wkurzony tata. – Te zachowania były dla mnie trudne, stresujące. Czułem, że jestem pod presją – mówił niedawno w jednym z wywiadów. Mimo takich sytuacji, kiedy tylko ma okazję, publicznie dziękuje rodzicom, podkreśla ich rolę, zaufanie, którym ich darzy. Mila, który zbiera piłkarskie koszulki, powiedział kiedyś, że tę najcenniejszą dostał właśnie od ojca. Wyrazem zaufania i więzi jest choćby to, że zarządzaniem pieniędzmi zarobionymi przez Sebastiana na kopaniu piłki do dziś zajmuje się jego ojciec, który prowadzi biznes restauracyjny w Koszalinie.

CHANGE, CHANGE…

Talent młodego Mili został szybko zauważony. W 1999 r. chłopak był w drużynie 16-latków, która zdobyła dla Polski wicemistrzostwo Europy. Dwa lata Mila mógł się chwalić medalem za mistrzostwo Europy do lat 18. Po krótkim epizodzie w Wiśle Płock trafił do prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. To był świetny ruch, czego nie da się powiedzieć o kilku następnych w karierze Mili. Ale 12 lat temu piłkarz trafił idealnie. W Grodzisku milioner Zbigniew Drzymała, potentat w produkowaniu foteli do niemieckich aut, zaczął bowiem budować silną drużynę Groclinu. Mila uczył się od Tomasza Wieszczyckiego, przed nimi w napadzie grał młody Andrzej Niedzielan. Drużyna z sukcesami grała w europejskich pucharach. W listopadzie 2003 r. Mila zrobił rzecz, którą przyćmiła dopiero bramka strzelona w poprzednią sobotę Manuelowi Neuerowi na Stadionie Narodowym. Te 11 lat temu drużyna Mili grała na wyjeździe z napuszonym, odbudowującym potęgę Manchesterem City. I przegrywała po bramce mistrza Europy Nicolasa Anelki. W 65. minucie Grzegorz Rasiak, ledwie co dotknięty przez obrońcę gospodarzy, przewrócił się 20 m przed bramką City. Mila podszedł do rzutu wolnego i uderzył bajecznie. David Seaman, bramkarz reprezentacji Anglii, nie miał szans sięgnąć piłki lecącej w okienko. Mila setki razy opowiadał o tym strzale, o euforii, która mu wtedy towarzyszyła. Czasem z goryczą, że nie chciałby zostać zapamiętany tylko jako ten, który strzelił kilkanaście lat temu bramkę Seamanowi. W jednym z wywiadów ciekawie opowiadał o kulisach tamtego meczu. Mila ścierał się wtedy na boisku z Joeyem Bartonem, równolatkiem i nadzieją angielskiego futbolu. Przepychali się, kopali, wyzywali od najgorszych. Po meczu Mila zaproponował Bartonowi wymianę koszulek. Anglik się zgodził, ale w szatni, a nie na oczach 32 tys. wkurzonych kibiców Manchesteru. Po kilku minutach Barton pojawił się w szatni uradowanej drużyny z Wielkopolski. „Change, change” – proponowali mu polscy gracze, ale Barton odpędzał ich, mówiąc, że on się umówił z Sebastianem Milą. To był wyraz uznania za mecz życia.

KRÓL PODWÓRA

Mila poczuł wiatr w żaglach. Posypały się propozycje transferów: z niemieckiego Schalke, z angielskiego Boltonu, z francuskiego Nantes. On wybrał Austrię Wiedeń i… kompletnie nie dał sobie rady. Nie znał języka, był sam, siedział przed telewizorem i oglądał ściągnięte z Polski filmy. Bez taty, który dotychczas nad wszystkim panował, okazał się bezradny. – Austria Wiedeń kupowała mnie za milion euro, leciałem do klubu prywatnym samolotem właściciela drużyny. Po dwóch latach mnie stamtąd wyrzucili, musiałem się spakować w samochód i wracać do domu – opowiadał trzy lata temu. Po latach powie, że gdyby w wiedeńskim okresie miał już żonę, dziecko, byłoby mu łatwiej. – Myślałem jak gówniarz, podejmowałem pochopne decyzje. Takie „ura bura, szef podwóra”. Nic się nie udało – mówił w 2011 r. w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Jako sportowiec tracił najlepszy czas do grania na ławce Austrii Wiedeń. Znalazł się wysoko na wstydliwej liście największych pomyłek transferowych w historii ligi austriackiej. Z przeciętnej ligi austriackiej trafił do jeszcze słabszej – norweskiej. Tam też szło mu marnie. Niepyszny wrócił do kraju i zaczepił się w trawionym finansowymi problemami Łódzkim Klubie Sportowym. Miał 26 lat i jego kariera podupadała.

PRZYGARBIONY ROGER

Rękę podał mu wtedy Ryszard Tarasiewicz, kiedyś świetny rozgrywający reprezentacji i trener wracającego do ekstraklasy Śląska Wrocław. Tarasiewicz roztoczył przed Milą wizję, że niebawem Śląsk będzie grał o tytuł mistrza Polski, Mila kiwał głową z niedowierzaniem, ale propozycję przyjął. On i jego narzeczona byli zachwyceni Wrocławiem. Pierwszy raz od czasów gry w Grodzisku sportowiec podjął dobrą decyzję dotyczącą własnej kariery. W klubie pojawiły się pieniądze inwestowane przez Zygmunta Solorza, obok Mili zaczęli biegać dobrzy piłkarze, odbudowujący potęgę Śląsk wspierany był przez oddanych kibiców. Mila, gdy poczuł się pewnie, zaczął grać jak kiedyś w Grodzisku, a może nawet jeszcze lepiej. Szybko przyszły sukcesy – Puchar Ekstraklasy, wicemistrzostwo Polski, europejskie puchary, w końcu tytuł najlepszej drużyny w kraju. Publiczność we Wrocławiu zakochała się w lekko przygrabionym blondynku, który nie wygląda na atletę. Z kilku powodów. Po pierwsze, kibice kochają takich graczy – reżyserów gry, tych, którzy na boisku widzą więcej od reszty. Mila nigdy za dużo nie biegał, nie walczył w obronie, zarzucano mu, że jest wolny. Ale miał to coś – błysk, genialne podania, świetnie bił rzuty wolne. Po drugie, nigdy nie pozował na gwiazdę i tym ujmował. W jednym z wywiadów opowiadał, że pozytywnego kopa dają mu kontakty ze zwykłymi kibicami w sklepie, na ulicy, gdy ludzie go pozdrawiają. Nie wydawał fortuny na nowe auta, zegarki, nie wywoływał skandali. Miał i ma dystans do siebie. Bawią go porównania do bliźniaczo podobnego serialowego Waldka Kiepskiego. Na swoim profilu na Twitterze Mila przedstawił się skromnie – „kopacz”. „Roger”, jak o nim mówią, co jest nawiązaniem do legendarnego kameruńskiego napastnika Rogera Milli. Szybko stał się symbolem, liderem, znakiem rozpoznawczym odnowionego Śląska Wrocław.

AUTOSTRADĄ POD PRĄD

Po paśmie sukcesów, jak to bywa w karierze Mili, przyszedł zjazd. Śląsk, po wycofaniu się Solorza z inwestowania w klub, zaczął przeżywać kłopoty finansowe. Z drużyną żegnali się najlepsi gracze. Działacze z coraz większym chłodem patrzyli na Milę, który miał jeden z najbardziej lukratywnych kontraktów w lidze. Konflikt między władzami klubu a zawodnikiem stawał się jawny. Piłkarz opuścił się w treningach, przytył do 82 kg. Na początku tego roku stracił opaskę kapitana na rzecz Portugalczyka, który z trudem po polsku potrafi powiedzieć kilka zdań. To był cios. „Roger”, lider i symbol drużyny, został zdegradowany i postawiony w szeregu z innymi. W jednym z wywiadów opowiadał, że poczuł się, jakby zaczął jazdę po autostradzie między autami poruszającymi się w przeciwnym kierunku. Do wyboru miał dwie drogi. Poślizgać się jeszcze, jak sam mówi, chwilę i zakończyć karierę jako ten, który strzelił bramkę Seamanowi. Albo wziąć się za siebie i pokazać, że jeszcze na coś go stać.

REŻYSER NA JOGURCIE

O dziwo, u 32-letniego zawodnika wygrała druga myśl. Ambicja była górą. Mila w ostatnich dniach chętnie opowiadał, jak na śniadanie pił wodę z cytryną i zajadał jogurt z zerową zawartością tłuszczu. Zszedł z wagą do 73 kg, wróciła sportowa forma. I w końcu zadzwonił trener reprezentacji Adam Nawałka. Do gry w kadrze Mila nie miał szczęścia. Grywał w niej, ale nieregularnie i rzadko. Franciszek Smuda nie widział kapitana mistrzów Polski w ekipie na najważniejszy turniej ostatnich lat, czyli Euro 2012, którego byliśmy gospodarzami. Argumenty były te, co zwykle – że wolny, że nie broni, że zbyt ociężały. Na jego boiskowej pozycji u Smudy, a potem u trenera Waldemara Fornalika grał nieintegrujący się z drużyną, wyobcowany Francuz polskiego pochodzenia Ludovic Obraniak. Gdy Francuz skłócił się z kadrą, okazało się, że jest wyrwa na klasycznej pozycji piłkarskiej „dziesiątki” – reżysera, ofensywnego pomocnika. Kreowani do grania na tej pozycji młodzi Rafał Wolski i Piotr Zieliński zatonęli w rezerwach ligi włoskiej. A odchudzony, odbudowany „Roger” palił się do gry. Na konferencji przed meczem z Niemcami, który dał Mili futbolową nieśmiertelność, mówił, kpiąc z samego siebie, że chce grać za napastnikami, być kapitanem i wykonywać wszystkie rzuty wolne. Było to o tyle śmieszne, że od 2006 r. zagrał w ledwie dwóch meczach reprezentacji, a Roberta Lewandowskiego znał tylko z nielicznych treningów. Te ostatnie dwa tygodnie przerosły jego oczekiwania. Pod koniec zeszłego tygodnia Mila na swym twitterowym profilu zamieścił zdjęcie. Trzyma na nim prezent od kolegów ze Śląska Wrocław, który dostał po meczach z Niemcami i ze Szkocją. To duże, oprawione zdjęcie. Mila w koszulce reprezentacji układa dłonie w kształt serca. Na dole jest napis: „Marzenia się spełniają, jesteśmy dumni”. Jest z czego. Futbol nie zawsze jest okrutny. �

Okładka tygodnika WPROST: 43/2014
Więcej możesz przeczytać w 43/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także