Pożegnanie z żyrafą

Pożegnanie z żyrafą

W ciągu zaledwie 40 lat z powierzchni Ziemi zniknęła ponad połowa dzikich zwierząt. Prawdziwa zagłada dopiero nadciąga.

Siedemset gatunków ptaków, dwieście gatunków ssaków, sto gatunków gadów – park narodowy Wirunga ma się czym poszczycić, przynajmniej na razie. Położony we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga jest jednym z najbardziej fascynujących miejsc na Ziemi. Liczy 7800 km kw., znajdują się tam zarówno łańcuchy wulkaniczne, w których można spotkać górskie goryle, jak i sawanny pełne antylop. Żyrafy podgryzają tu liście akacji, a pośród szumiących rzek taplają się hipopotamy. Są gęste dżungle, ale też bagna, a nawet dymiące jeziora żywej lawy.

Wirunga, pierwszy park narodowy w Afryce, to ważny obiekt znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO i zarazem miejsce, któremu grozi zapaść, a dokładnie wymarcie wielu gatunków zwierząt. Dlaczego? 85 proc. terytorium Wirungi zostało rozparcelowane na terytoria poszukiwawcze dla firm naftowych. Park może niedługo stać się terenem masowych wierceń i wykopek, a także stracić swój chroniony status. Wtedy jego wody gruntowe i jeziora zacznie podciekać ropa, a florę i faunę czeka zagłada.

DEKADY ZAGŁADY

– W parku Wirunga jak w soczewce skupia się tarcie między cywilizacją a naturą – twierdzą członkowie organizacji ekologicznej WWF, czyli Światowego Funduszu na rzecz Przyrody. Jej symbolem jest zagrożona wyginięciem panda. WWF od lat monitoruje degradację środowiska naturalnego związaną z działalnością człowieka, taką jak wycinka lasów czy emisja CO2. WWF monitoruje też populacje dzikich zwierząt. Dla tych celów stworzył aktualizowany co dwa lat wskaźnik bioróżnorodności Living Planet Index (LPI). Wskaźnik powstaje we współpracy z organizacjami zoologicznymi, m.in. Zoological Society of London, która monitoruje ponad 10 tys. skupisk kręgowców na całym świecie podzielonych na 3 tys. gatunków.

Choć już poprzednie edycje LPI uwidoczniły, że na świecie ma miejsce wymieranie gatunków dzikich zwierząt, to tegoroczny raport zaskoczył nawet samych ekologów. – W latach 1970-2010 liczba ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb na Ziemi zmalała aż o 52 proc. – alarmują autorzy raportu. Jeśli połowa zwierząt ginie w ciągu czterech dekad, można mówić o zagładzie. „Wyginęło 76 proc. zwierząt słodkowodnych oraz po 39 proc. zwierząt na lądzie oraz w oceanach” – precyzuje raport. Najwięcej zwierząt wyginęło w rejonach tropikalnych, które zanotowały spadek populacji rzędu 56 proc. Regionem, który ucierpiał najbardziej, jest Ameryka Łacińska. Liczba zwierząt zmalała tam aż o 83 proc.

OSTRE KŁY CZŁOWIEKA

Kto ponosi odpowiedzialność za galopującą zagładę gatunków? Odpowiedź wydaje się prozaiczna – człowiek. Badacze WWF ustalili, że za spadek liczebności prawie połowy badanych gatunków odpowiadają przede wszystkim zmiany granic ich naturalnego terytorium. Człowiek uprawiający rolnictwo, rozbudowujący miasta i poszukujący źródeł energii oraz dóbr zapędza zwierzęta w kozi róg. Ścieśnione na mniejszej przestrzeni lub wyparte na nowe terytorium muszą walczyć o przetrwanie. Drugim największym czynnikiem, wpływającym na 37 proc. wymierających gatunków, jest polowanie. Często oba czynniki występują razem. Ucierpiał w ten sposób np. słoń leśny Loxodonta africana cyclotis, czyli mniejszy brat słonia afrykańskiego ze śmiesznymi okrągłymi uszami. W ciągu ostatnich 20 lat XX w. tereny w Afryce Środkowej i Zachodniej zajmowane przez ten gatunek skurczyły się o 93 proc. Zamknięte na małej przestrzeni słonie stały się wtedy celem dla okaleczających je kłusowników, pragnących dobrać się do kości słoniowej. Z perspektywy kłusownika liczy się kieł, a słoń może być równie dobrze żywy, jak i martwy. Nic więc dziwnego, że w latach 2002-2011 populacja słoni leśnych spadła o 60 proc.

Czy wśród winowajców zagłady da się wyróżnić tych, którzy przykładają do niej rękę w największym stopniu? Skoro to zapotrzebowanie na zasoby przyczynia się do zagłady, to kraje konsumujące najwięcej zasobów na mieszkańca są w pewnym sensie największymi szkodnikami. Badacze z WWF stworzyli tzw. ślad ekologiczny, który porządkuje kraje według stopnia, w jakim konsumowane w nich zasoby przekraczają możliwości regeneracji globalnej przyrody. W pierwszej dziesiątce znalazły się kraje najbogatsze, takie jak: Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Stany Zjednoczone, Szwajcaria czy Belgia. Co ciekawe, w tych najbogatszych krajach paradoksalnie wzrosła w ostatnim czasie bioróżnorodność – mają one na jej zachowanie pieniądze. Jednak w krajach o średnim i małym dochodzie spadła ona odpowiednio o 18 proc. i 58 proc. – Zasoby odnawiają się zbyt wolno, a ludzie konsumują zbyt dużo – kwitują badacze. O ile za dużo? – Żeby spełnić obecne zapotrzebowanie świata na zasoby, potrzeba by nam było mieć dodatkowe pół Ziemi w zanadrzu.

Co takiego spowodowało, że ekolodzy budzą się dopiero teraz? I dlaczego wcześniejsze raporty nie podawały tak alarmujących liczb? – Dotychczasowe szacunki były robione głównie na podstawie danych z Ameryki Północnej oraz Europy, bo tam dostępnych danych było najwięcej i były najbardziej kompletne – tłumaczą autorzy. Jednak w obecnej edycji reportu brano pod uwagę także dane z Ameryki Południowej, Afryki Środkowej, Indii, Australii, Oceanii, a nawet Arktyki i Antarktydy. Co w takim razie zrobić ze świadomością, że 40 lat wystarczy, aby wyginęła połowa dzikich zwierząt? Niektórzy naukowcy twierdzą, że choć oczywiście mamy powody do zmartwień, to raport WWF może być nieco przesadzony. Dlaczego? Bo populacje, które były badane, mogą być niereprezentatywne dla całości planety. – Być może mamy tendencję, żeby skupiać się w badaniach akurat na zagrożonych zwierzętach, a nie tych, z którymi wszystko w porządku i które się rozmnażają – twierdzi biolog Stephen Buckland z brytyjskiego Narodowego Centrum Ekologii Statystycznej. I dodaje inny powód, dla którego skala zagłady może być mniejsza: – Zwierzęta, które żyją w pobliżu skupisk ludzkich, są często po prostu lepiej monitorowane niż te pozostałe.

MIESZANE UCZUCIA

Pytanie fundamentalne: skoro kiedyś największym mordercą gatunków była natura, uśmiercająca jedne gatunki i promująca inne, to czy każdy zanikający gatunek jest powodem do zmartwień? Richard Turere, 13-latek z okolic Nairobi w Kenii, ma na ten temat swoje zdanie. – W mojej wiosce lwy ciągle napadały na bydło, czasem mordowały ludzi – mówił Turere na konferencji TED, opowiadając o tym, jak wymyślił specjalne światło odstraszające wielkie dzikie koty, które da się zmontować z części samochodowych. Młody wynalazca nie jest jedynym afrykańskim nastolatkiem, który widział lwa rozszarpującego człowieka. Dlatego o lwach ma opinię niepoprawną politycznie. – Jako dziecko nauczyłem się nienawidzić lwów – wyznał Turere. I pewnie nie miałby nic przeciwko temu, gdyby ich populacja spadła. �

Okładka tygodnika WPROST: 43/2014
Więcej możesz przeczytać w 43/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także